Jeśli jest coś gorszego dla cery niż brudne pędzle do makijażu, to może to być tylko wysłużony beautyblender. Jakkolwiek jest to najlepsze narzędzie do aplikacji podkładu, którego z podium nie strąci nawet specjalnie prosto ścięty pędzel, prawda jest taka, że mimo szeregu dostępnych środków do dezynfekcji i klasycznych metod, którymi na co dzień się ratujemy, jedynym skutecznym sposobem, by zachować go w higienicznej wersji jest po prostu regularna wymiana na nowy model.

I tu pojawia się zgrzyt – cena tego akcesorium powoduje, że chciałoby się z nim związać na dłużej. Ale mimo że makijażyści przekonują, że regularne mycie pozwala utrzymać beautyblender w dobrej formie przez dłuższy czas (czym dokładnie myć – zdania są podzielone, ale my polecamy sprawdzoną metodę), okazuje się, że warto zdać się na tych, których dziecięca ciekawość pcha do nieoczywistych eksperymentów.  

Mniej zorientowanym w temacie wyjaśniamy - jest spora grupa pasjonatek makijażu, które na portalu reddit.com wymieniają się wszelkiej maści radami, odkryciami czy ostrzeżeniami. Kilka z nich wpadło na prosty pomysł, by przeciąć swoje gąbeczki i zajrzeć, co się dzieje w środku. Odkrycia nie nastrajają optymistycznie – podkład, który przedostał się do wnętrza beautyblendera jest nie do usunięcia, a więc mimo zabiegów higienicznych wciąż stanowi pożywkę dla bakterii. Dodatkowo, swój ślad odciska także środek czyszczący, tworząc siedlisko dla innego ich szczepu.

Jeśli zastanawiacie się, od jak dawna sięgacie po swój egzemplarz – uspokajamy: czyszczony właściwie, czyli specjalnie przeznaczonym do tego preparatem, np. Blendercleanserem, a nie mydłem czy szamponem, może być spokojnie używany nawet do 3 miesięcy. Jeśli dodatkowo pozwalacie mu swobodnie wyschnąć, unikacie niebezpieczeństwa, że w środku pojawi się pleśń.

No i jeszcze jedno: naprawdę warto pamiętać nie tylko o prawidłowej higienie, ale też jednak o regularnej wymianie - cera się za to odwdzięczy.