Aleksandra Gajewska to jedna z tych osób, które pracowały nad zwycięską kampanią prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Teraz wspiera Małgorzatę Kidawę-Błońską w wyścigu po fotel głowy państwa. W sztabie kandydatki Koalicji Obywatelskiej Ola jest odpowiedzialna za kontakt z młodymi wyborcami. Sama zaczęła działać w Radzie Warszawy w bardzo młodym wieku, a po październikowych wyborach w 2019 roku została jedną z najmłodszych posłanek w Sejmie. I walczy tam o to wszystko, czym zajmowała się będąc radną. Nadal bliskie są jej problemy samorządów, ale również kwestie klimatyczne, edukacyjne oraz prawa kobiet. Wierzy, że to właśnie kobiety mogą zmienić oblicze polskiej polityki, a jej syn Aleks będzie mógł wychowywać się w kraju, gdzie respektowane są poglądy każdego obywatela i obywatelki.

Na nasze spotkanie przyszłaś prosto z warszawskiego ratusza. Zdradzisz, co tam robiłaś?

Rozmawialiśmy o kwestiach klimatycznych, ochronie powietrza, budownictwie, infrastrukturze. Jest wiele obszarów, w które angażowałam się będąc radną miasta i chcę zajmować się nimi w Sejmie. Znamy ograniczenia samorządów, dlatego jestem w stałym kontakcie z radnymi dzielnic i miasta, pracownikami ratusza, prezydentem Warszawy, aby spróbować wprowadzić odpowiednie zmiany na poziome parlamentu. Cały czas podkreślam to, że dalej jestem reprezentantką tych samych mieszkańców, ale w innym miejscu.

A teraz wróćmy na sam początek Twojej drogi. Zawsze wiedziałaś, że polityka to jest to, czym chciałabyś się zajmować
w życiu?

Zaczęłam w bardzo wczesnym wieku, ale to nie była kwestia samej polityki, tylko tego, że chciałam zmieniać swoje otoczenie, wpływać na to, jakie będzie. Miałam poczucie, że trzeba brać sprawy w swoje ręce. To jaką przebyłam drogę, to wynik mojej aktywności, ale niekiedy też zbiegi okoliczności – czasami bardzo niespodziewanych i przypadkowych.

Wygrałam wybory samorządowe, gdy miałam 21 lat i byłam wówczas najmłodszą w historii radną Warszawy. Myślę, że przetarłam szlaki wielu innym, młodym osobom.

Istniało kiedyś takie utarte skojarzenie, że radni to starsze osoby, często w wieku emerytalnym, co nie jest prawdą. W radach, osoby bardzo młode, te w średnim wieku i starsze współpracują, wymieniają się swoją energią i doświadczeniem, działają razem na rzecz warszawianek i warszawiaków.

W radzie miasta pracowałaś 9 lat. To kawał czasu.

To był bardzo cenny okres w moim życiu. I masa doświadczenia. Mnóstwo projektów i programów, jakie udało się w mieście zrealizować oraz zmian, jakie udało się wprowadzić. Zapoczątkowaliśmy też wiele procesów, które cały czas trwają. 9 lat temu zupełnie inaczej wyglądało podejście do kwestii środowiskowych – mamy świadomość jak ważna jest walka o poprawę jakości powietrza, zmniejszanie emisji CO2, czy inwestycje w energię odnawialną. Dzisiaj konsultacje społeczne to norma, a zaproszenie urzędnika na debatę, czy spotkanie w klubokawiarni o 19:00 nikogo nie dziwi – a ja pamiętam jak ciężko musieliśmy pracować, by tak teraz było.

Czyli można powiedzieć, że Twoja obecność w polityce wzięła się z miłości do miasta?

Uwielbiam miasto za to, że to żywy organizm, który nieustannie się zmienia. Cały czas jest tutaj coś do zrobienia, pojawiają się nowe wyzwania, zmieniają się oczekiwania. Kiedy już uda się zamknąć dany projekt to płynnie przechodzi się do realizacji kolejnego, wyczekiwanego przez mieszkańców. Właśnie dlatego miasto jest dla mnie tak bardzo fascynujące.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#jasnezegajewska

Post udostępniony przez Aleksandra Gajewska (@jasnezegajewska) Paź 26, 2019 o 7:08 PDT


Często jest jednak jakiś moment w naszym życiu, który bardziej motywuje nas do podjęcia konkretnych kroków. U Ciebie też tak było?

W moim przypadku to jest raczej kwestia charakteru. Od kiedy pamiętam, starałam się być aktywna, grałam w szkolnej drużynie koszykarskiej, potem w lidze i w reprezentacji Polski na Mistrzostwach Świata szkół we Wrocławiu. Byłam przewodniczącą klasy, później szkoły. Nie pamiętam przełomowego momentu, ale pamiętam emocje, jakie wywołała we mnie katastrofa smoleńska, a później to, co zaczęło dziać się na arenie politycznej – to, że tę tragedię ubrano w barwy partyjne. Poczułam wtedy w sobie sprzeciw i stwierdziłam, że młodzi ludzie muszą się zaangażować, by nie pozwolić odebrać sobie prawa do oceny wydarzeń i decyzji politycznych. Do dzisiaj tak uważam.

Jakie cechy Twoim zdaniem powinien posiadać dobry polityk? Empatia, asertywność?

Obie te cechy, jakie wymieniłaś są ważne. I skuteczność – bo to ona jest najczęściej oceniana. Prosty przykład: przychodzi do nas na spotkanie grupa mieszkańców, którzy walczą o progi zwalniające na ulicy, przy której mieszkają, to potem rozliczają nas z tego, czy te progi zostały zamontowane. Oceniają nas przez pryzmat tego, czy udaje się nam coś poprawić w ich codziennym życiu, czy nie. Czy rozmawiamy z nimi szczerze, czy uprawiamy populizm. Czy traktujemy ich podmiotowo. Mieszkańcy mają ogromną świadomość i łatwy dostęp do informacji. Sami są bardzo aktywni i trzeba ich traktować poważnie. Moim zdaniem polityk, który nie zdaje sobie z tego sprawy, nie odnajdzie się w dzisiejszych realiach.

Czyli trzeba po prostu umieć, ale przede wszystkim chcieć rozmawiać z ludźmi.

Ja w swojej aktywności uważam, że wiele moich sukcesów to efekt tego, że miałam tak dobry kontakt z mieszkańcami. Tego, że często sami się do mnie zgłaszali, wskazywali działania, jakie powinnam podjąć. Kiedy jest taka grupa ludzi, która jest podporą, to dużo efektywniej się funkcjonuje. To jest coś, co napędza, pozwala sensownie podzielić czas i być skuteczniejszym.

Co zmieniło się w Tobie na przestrzeni tych wszystkich lat, przez które działałaś jako samorządowczyni, co wiesz, że przyda Ci się jako posłance?

Na pewno nauczyłam się cierpliwości. Zderzyłam się z tyloma przedłużającymi się procesami, że musiałam tę cechę w sobie wypracować. Gdy zaczynałam, byłam w gorącej wodzie kąpana i chciałam wszystko zrobić na już, na wczoraj. Musiałam nauczyć się czekać i dodatkowo być tą osobą, która tłumaczy innym, że coś jest na tyle skomplikowane, że wymaga analiz, czy opinii kilku biur, że musimy przestrzegać wymogów prawnych np. przy przetargach, aby coś mogło powstać i nikt nie mógł tego później zakwestionować. Ale nauczyłam się też współpracy.

Kiedyś wydawało mi się, że sama mogę zająć się wszystkim i by coś opracować, zarwać cztery noce. Dzisiaj jestem mądrzejsza i wiem, że jeśli nie mam wokół siebie sprawnej drużyny, sama nie jestem w stanie działać.

W skrócie można powiedzieć, że polityka jest grą zespołową.

A czy tę cierpliwość i umiejętność współpracy udało Ci się również udoskonalić w życiu prywatnym?

Nie wiem, co powiedziałby na to mój partner (śmiech). Na pewno jest jeszcze wiele do wypracowania, ale staram się spokojniej podchodzić do naszego życia. Jestem chaotyczna, zajmuję się dziesięcioma rzeczami naraz, a kiedy nie uda mi się dokończyć, robię sobie wyrzuty. Uczę się codziennie od swoich bliskich – od partnera, syna, rodziny, współpracowników i staram się być lepsza.

Wspomniałaś o swoim synu. Czy zostanie mamą dało Ci więcej energii do działania?

Tak, syn jest dla mnie ogromną motywacją. Nie spodziewałam się, że macierzyństwo tak na mnie wpłynie, to jest naprawdę fajna sprawa. A dziecko może być wspaniałym przyjacielem, kompanem. I zmienia optykę myślenia o pewnych sprawach.
 


Na przykład zmianach klimatycznych? Ich ciężar odczuwają dzisiaj coraz mniejsze dzieci i coraz głośniej mówią, że boją się konsekwencji, jakie te zmiany za sobą niosą. Czujesz w związku z tym większą odpowiedzialność jako polityk
i jednocześnie mama?

Jak patrzę dziś na swojego syna i myślę sobie, że będzie kiedyś mierzył się ze skutkami nieodpowiedzialności dzisiejszych rządów, np. w kwestii zmian klimatycznych, to mam jeszcze większą motywację do działania. Edukacja klimatyczna jest bardzo istotna i potrzebna, ale musi być mądrze prowadzona, by dzieci zdobywały praktyczną wiedzę i umiały zmieniać dotychczasowe nawyki, a nie jedynie przerazić je, że wkrótce zaleją nas oceany. Paradoks właśnie polega na tym, że już kilkuletnie dziecko zdaje sobie sprawę z powagi wydarzeń chociażby w Australii, a na sejmowej sali wywołuje to śmiech. Nasz rząd bagatelizuje fakty i nie wprowadza koniecznych zmian. Najlepszym przykładem jest sztandarowy program PiS „Czyste Powietrze” – przecież ten program to fikcja! Zamiast ponad 100 mld na wymianę pieców, mamy zaledwie 147 umów na dofinansowanie. A do tego właściwie nie wiadomo czym się zajmuje Ministerstwo Klimatu … To wszystko składa się niestety na czarną wizję przyszłości. W takiej sytuacji musimy brać sprawy w swoje ręce – dlatego młodzież wychodzi na ulice i protestuje.

A co mają myśleć sobie młodzi ludzie, którzy coraz bardziej angażują się w walkę o ochronę środowiska, chodzą na marsze, protestują, kiedy słyszą, jak pani poseł mówi, że ustawodawca to nie jest rozhisteryzowana nastolatka? Jak po czymś takim mają traktować rządzących na serio?

Mierzymy się z bardzo trudnym procesem, w którym głos młodych ludzi ma ogromne znaczenie.

Młodzież ma szansę być prawdziwą dobrą zmianą w dobie tak postępujących zmian klimatycznych. Ich działania mają dzisiaj nieocenioną wartość.

Wychodzą na ulice rezygnując z lekcji, upominają się o swoje podstawowe prawa i robią to konsekwentnie. To jest przejaw dużej odpowiedzialności i dojrzałości. Bardzo mocno im w tym kibicuję i mam nadzieję, że uda się nam coś zmienić.

Jednym z dowodów na to, że rządzący nie mają gdzieś młodych ludzi i zmian klimatu, byłoby choćby poświęcenie im więcej uwagi w szkołach. We Włoszech od września tego roku uczniowie będą mieli jedną lekcję tygodniowo na temat zmian klimatycznych. Ale po tak fatalnej reformie szkolnictwa, z której pokłosiem musimy się teraz mierzyć, chyba szanse na to, aby polski rząd zdecydował się na podobny ruch są raczej nikłe…

Reforma spowodowała, że system edukacji zdecydowanie się pogorszył. I mówią o tym dyrektorzy szkół, nauczyciele, rodzice, ale i sami uczniowie. Z jej skutkami będziemy borykać się latami. Znalezienie dodatkowej przestrzeni na rozmowy o ważnych dzisiaj społecznie kwestiach jest bardzo ważne. Ale czy obecni rządzący stworzą na to jakiekolwiek szanse? Nie sądzę. Myślę, że pojawi się tam, gdzie jest aktywna młodzież i odpowiedzialni pedagodzy. I będzie to wyłącznie ich zasługa. Podejrzewam, że rząd prędzej wprowadzi więcej lekcji religii, niż pozwoli mówić o klimacie…

Przeglądając Twój profil na Facebooku, natknęłam się na taki komentarz: „Do rady miasta dostałaś się dlatego, że jesteś ładna”. Napisała go kobieta. Wiele razy zderzałaś się z takimi opiniami, właśnie ze strony innych kobiet?

Od lat mierzę się ze stereotypem blondynki, która osiąga sukcesy tylko dzięki wyglądowi i młodemu wiekowi. I myślę, że z nim wygrywam nie tylko ja, ale i wiele innych kobiet. Niestety, polityka od dawna nosi krawat, więc aktywne kobiety próbuje się dyskredytować poprzez stereotypy i seksizm. Musimy się temu stanowczo sprzeciwiać. Swoją działalnością wraz z koleżankami udowadniamy, że to, co robimy ma znaczenie, że wiemy, po co to robimy. I że mamy własne zdanie. Osiągamy sukcesy i zmieniamy rzeczywistość.

Gdy obserwuję kobiety działające w polityce w Warszawie i w Polsce, to napawa mnie to nadzieją, że do polityki wraca normalność. Nie mam na tym tle kompleksów.

A to, że ktoś próbuje sprowadzić moją pracę do tego, że jestem młodą blondynką? Przestałam się tym przejmować. Kiedyś bardziej mnie to dotykało, a w tej chwili traktuję to po prostu jako kolejny złośliwy komentarz.

Bo zamiast pisać takie komentarze, chyba lepiej docenić, że ma się w sejmie kogoś, kto walczy o nasze prawa, reprezentuje nasze interesy.

Ja wierzę w kobiecą solidarność, choć niestety wielokrotnie miałam też do czynienia z jej brakiem. Ale gdybym w nią nie wierzyła, to po co miałabym zajmować się tym wszystkim? Sama staram się współdziałać z kobietami. Myślę, że z roku na roku jest coraz lepiej z tą naszą solidarnością. I będzie lepiej.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Korytarz sejmowy @mgramat #onduty #sejm #warszawa #jasnezegajewska #posłanka #polityka

Post udostępniony przez Aleksandra Gajewska (@jasnezegajewska) Sty 8, 2020 o 6:07 PST


Czy to, ile kobiet dostało się do sejmu po ostatnich wyborach parlamentarnych, to dla Ciebie zaskakująco dużo czy zdecydowanie za mało?

Myślę, że wciąż zdecydowanie za mało. A wynika to z tego, że kobiety nie są eksponowane na wysokich miejscach na listach. My w warszawskiej Platformie bardzo dbaliśmy o to, żeby zarówno w wyborach samorządowych, jak i parlamentarnych była odpowiednia reprezentacja kobiet na tzw. miejscach biorących. Ale to nie jest też tak, że uważam, że już wszystko zostało zrobione.

Kobiety muszą przestać być traktowane jako wypełnienie listy z powodów wizerunkowych, ale ich pozycja ma odzwierciedlać ich zaangażowanie.

Mamy tutaj wciąż wiele do zrobienia, ale jest lepiej. Cieszy mnie to, że w PO rola kobiet jest coraz bardziej znacząca. Żałuję jednak, że po prawej stronie sceny politycznej rola kobiety jest cały czas sprowadzana do tej bardzo tradycyjnej, bo ma to wpływ na nieproporcjonalną reprezentację kobiet w Sejmie.

Jednym z ostatnich przykładów tego, jak traktowane są kobiety, które mają odmienne poglądy niż strona rządząca, jest usunięcie Magdaleny Biejat z funkcji przewodniczącej Komisji Polityki Społecznej i Rodziny…

To są przede wszystkim potyczki polityczne. Być może, wybranie Magdaleny Biejat na przewodniczącą było wyciągnięciem ręki przez Prawo i Sprawiedliwość do Lewicy. PiS zakładał, że, może liczyć na jej poparcie w konkretnych projektach, dlatego tak, a nie inaczej zostały rozdzielone role w komisjach. To dowód na to, że obóz rządzący może odebrać w Sejmie każdemu to, co tylko będzie chciał. Nie ma to żadnego uzasadnienia merytorycznego, to czysta polityka. Mam nadzieję, że posłanki Biejat, która dopiero co dostała się do Sejmu, nie zrazi to do dalszego działania, a wręcz przeciwnie - zmotywuje.

Lewica ma najliczniejszą reprezentację w Sejmie jeśli chodzi o kobiety. Jesteś zaskoczona, że ich kandydatem na prezydenta nie jest kobieta?

Ale naszą kandydatką jest kobieta! Lewica podejmuje decyzje we własnym gronie. Nie wiem, czy Robert Biedroń jest, jak to mówią media, wymęczonym kandydatem, bo nie było innej osoby. Ale on już był kandydatem na tyle funkcji, że ja już nie mam poczucia świeżości, zdecydowania w tej kandydaturze.

Bardzo mocno kibicuję Małgorzacie Kidawie-Błońskiej. To kobieta z ogromnym doświadczeniem, merytoryczna. Jest bardzo silną, twardą polityczką, która potrafi wynegocjować co trzeba. I robi to z ogromną klasą.

Trzymam za nią kciuki i na pewno wesprę swoimi działaniami. Mam nadzieję, że ten wyścig zakończy się sukcesem przede wszystkim dla tych osób, które chcą zmiany w pałacu prezydenckim. Bo nie chcemy prezydenta, który jest wyłącznie wykonawcą woli z ulicy Nowogrodzkiej.

A jak patrzysz na to, co dzieje się w Finlandii, gdzie na czele rządu stoi 34-letnia Sanna Marin, a reprezentantkami czterech na pięć partii są kobiety, to co sobie myślisz?

Że fajnie tam mają i trzeba tam pojechać! (śmiech) Cieszę się, bo do nas też to kiedyś przyjdzie. To proces, w którym wszyscy uczestniczymy. Są państwa, gdzie dzieje się to szybciej, i takie, gdzie wolniej. Ale mam nadzieję, że już niedługo tak znacząca rola kobiet w polityce nie będzie dla nikogo żadnym zaskoczeniem. Fajnie, że w Finlandii już takie procesy zaszły. Fajnie, że w Stanach Zjednoczonych jest tak dużo zaangażowanych politycznie kobiet, które mówią wprost o swoich potrzebach i prawach. I my też powinniśmy, bo jest masa obszarów, jakie są dla kobiet rozczarowujące – ich sytuacja zawodowa, wynagrodzenie, formy opieki nad dziećmi, ochrona zdrowia. Bo kto, jeśli nie my same, będzie w stanie zrobić z tym porządek?

Jak oceniłabyś obecną sytuację kobiet w Polsce? Ja przekonałam się na własnej skórze, że w opinii niektórych jest bardzo dobra, a wyciągnięcie na forum debaty publicznej kwestii zagrożenia praw kobiet w Polsce, spotyka się ze słownym linczem i wyśmianiem, że przecież nie żyjemy w kraju arabskim tylko cywilizowanym świecie. A jeśli komuś się coś nie podoba, to droga wolna.

Myślę, że powinniśmy się porównywać do państw, które wypracowały już lepsze standardy. Co jakiś czas mierzymy się z tym, że chce się odbierać kobietom prawa. Nie bez powodu były Czarne Protesty. To nie było tak, że ktoś dla kaprysu wyszedł na ulice. Były konkretne powody, które przyczyniły się to tego, że kobiety kompletnie niezaangażowane politycznie poczuły się oburzone i zagrożone.

Jeśli kobiecie, która zostanie zgwałcona, odbiera się prawo decyzji, jak ma dalej postąpić, to my nie możemy milczeć. Dlaczego mężczyzna idąc do urologa nie musi martwić się, kto go będzie badał, a kobieta może trafić do ginekologa powołującego się na klauzulę sumienia?

Prawa kobiet są prawami człowieka i to trzeba cały czas powtarzać. Nie możemy pozwolić sobie tych praw odebrać. Należy nam się takie samo wynagrodzenie za pracę jak mężczyznom. Należy nam się taki sam dostęp do opieki zdrowotnej. Mężczyźni są tak samo odpowiedzialni za swoje dzieci, jak kobiety. Bardzo ubolewam nad tym, że w Polsce u władzy jest ugrupowanie, które traktuje kobiety przedmiotowo. Nie ma na to mojej zgody.

A to upominanie się o nasze prawa w opinii wielu osób niestety zazwyczaj sprowadza się tylko i wyłącznie do kwestii protestów przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej. Zupełnie zapomina się choćby o tym, że niektórzy próbują przeforsować fakt, że jednorazowy akt przemocy wobec kobiety to nie jest przemoc…

Każdy akt przemocy jest przemocą i nie ma tu miejsca na żadne wyjątki! Nie chciałabym udawać, że jestem ekspertką, ale poraża mnie to, że rząd próbuje odebrać pieniądze organizacjom, które specjalizują się w pomocy pokrzywdzonym kobietom. Trzeba przeciwko temu protestować, bo to nic innego, jak ograniczanie ich działań poprzez manipulacje finansowe, prawne i społeczne. Napuszcza się jedną część społeczeństwa na drugą, a te podziały będzie bardzo ciężko zniwelować.

Jaka jest Twoja definicja silnej kobiety? To według Ciebie kobieta, która ponad wszystko wynosi swoją niezależność i wierzy w to, że sama ze wszystkim da sobie radę, czy taka, która nie boi się poprosić czy skorzystać z pomocy, którą dostaje od innych, na przykład od swojego partnera?

Silna, mądra kobieta to taka, która robi wszystko w zgodzie ze sobą. My kobiety mamy to do siebie, że często się do kogoś porównujemy, a powinnyśmy koncertować się na tym, co jest dobre dla nas i dla naszej rodziny. Ja uważam, że jestem silną i niezależną kobietą, a mój partner przez ponad sześć miesięcy był na urlopie i razem wychowujemy naszego syna. To pozwoliło mi poprowadzić swoją kampanię. I nie widzę w tym niczego, co zachwiałoby moją niezależnością. Otrzymałam ogromne wsparcie. Mogłam dzięki temu podjąć kolejne wyzwania, o których dzisiaj rozmawiamy. Ale też nie uważam, i to chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że nie jest silną i niezależną kobietą taka, która decyduje się na zupełnie inny model funkcjonowania niż ja. My w domu dbamy by nasza relacja była partnerska – dzielimy się obowiązkami, słuchamy, możemy na siebie liczyć i to jest super istotne. Podsumowując, nie ma jednego dobrego wzorca silnej kobiety.

Silna kobieto, czego życzyłabyś sobie na kolejne 9, a może i więcej lat w polityce?

Życzyłabym sobie, abyśmy bardziej świadomie podchodzili do otaczającej nas rzeczywistości. Żeby wokół nas było więcej zieleni, żeby mijało nas mniej samochodów, żebyśmy odchodzili od węgla i bardziej zdawali sobie sprawę z tego, że odpowiadamy za to, co po sobie pozostawimy, że nasze działania mają skutki. Życzyłabym sobie też więcej tej kobiecej solidarności.

A w 2020 roku, czego sobie życzysz?

Życzę sobie i innym obywatelom, żeby kobieta znalazła się w pałacu prezydenckim. Wierzę, że możliwa jest zmiana. I że jeżeli chcemy, to możemy wszystko.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

#kidawa2020

Post udostępniony przez Aleksandra Gajewska (@jasnezegajewska) Lut 8, 2020 o 6:07 PST