Świętej w opiekę

Pierwsze co robi, gdy wprowadza się do domu nowej podopiecznej, to wiesza na ścianie krzyż. Czule zawinięty w kawałek szmatki, żeby nie poturbował się w walizce. Maud, młoda kobieta, pracuje jako pielęgniarka i całodobowa opiekunka. Sprząta, gotuje, podaje leki, wykonuje ze swoją podopieczną proste ćwiczenia fizjoterapeutyczne. Jej pacjentką jest była tancerka, kiedyś wielbiona i sławna, dziś schorowana i zamknięta w wielkim domu, choć Amanda mimo wymuszonej chorobą izolacji stara się wyciągnąć z życia tyle przyjemności, ile się da. Zaprasza znajomych, pije, pali, uprawia seks. Robi wszystko to, na co nie pozwala sobie świętoszkowata Maud. Bawi się. Żyje, mimo że umiera.

Spacer, który boli

Niewiele wiadomo o przeszłości samej Maud. Można się domyślać, że ma za sobą traumatyzujące doświadczenie, i że to ono zwróciło ją w stronę religii, w której znalazła ukojenie. Można się domyślać, że nawrócenie na ścieżkę Boga pchnęło ją do decyzji o zerwaniu ze starym życiem. Z przyjaciółmi, imprezami, mężczyznami. Gdy tylko pozwoli sobie na powrót do starych nawyków, musi odpokutować. W jej systemie wiary każda przyjemność jest grzechem, za który trzeba słono zapłacić, np. spacerem w trampkach wypełnionych pinezkami. Cierpienie uszlachetnia, ból zbliża do Boga, życie w czystości pozwala uniknąć zagrożeń (bo nie wszystko co spotyka dziewczynę, gdy wychodzi z domu, jest przyjemne).

Wierzący lepszy niż niewierzący?

Maud się nie modli. Ona rozmawia z Bogiem. Jest przekonana, że ten jej odpowiada, a w momentach kontaktu z siłą wyższą wygląda tak, jakby właśnie przeżywała całkiem przyzwoity orgazm. To dość klasyczne dla religii katolickiej portretowanie kobiet. Estetyzacja bólu, seksualizacja doświadczeń duchowych. Trochę przemocy, trochę porno. Oj, obraziłam właśnie czyjeś uczucia religijne? Nie moja wina, że religia obraża kobiecość, a niedawne protesty w kościołach nie wzięły się znikąd. Zresztą w „Saint Maud” mocno wybrzmiewa jeszcze jeden wątek bardzo typowy dla kościoła katolickiego. Ten że wierzący jest lepszy niż niewierzący. Że wierzący ma prawo narzucać swoje wartości innym. Maud w ramach swojej opieki nad Amandą szybko przestaje ograniczać się do podawania zastrzyków i fizjoterapii. Jest przekonana, że wiara daje jej autorytet moralny, który pozwala sterować życiem swojej podopiecznej. Zbawiać na siłę, wbrew woli zbawianej. Dlatego chociażby, uwaga spoiler, próbuje pozbyć się kochanki Amandy (bo wiadomo, że seks to grzech, a lesbijski seks to już w ogóle). Brzmi znajomo?

Papież Franciszek o osobach LGBT: „zasługują na prawną ochronę dla swoich związków”

Lewitacja czy halucynacja?

„Saint Maud” jest pełnometrażowym debiutem brytyjskiej reżyserki Rose Glass. Zapamiętajcie to nazwisko, bo rokuje. W jej wykonaniu klasyczny horror nabiera głębi psychologicznego dramatu. „Saint Maud” to film o samotności, traumie i obsesji. Nie wiadomo, czy główna bohaterka faktycznie weszła w bliską relację z Bogiem, czy tylko sobie roi. Czy faktycznie lewituje unoszona siłą wiary, czy może to tylko halucynacja katalizowana żarliwą modlitwą. Zwrot ku religii jako objaw stresu pourazowego? Faktycznie, w „Saint Maud” scen z klasycznego horroru jest może z pięć, ale dużo bardziej przerażają wszystkie pozostałe. Te, w których widać, do jakiego spustoszenia w życiu i głowie może doprowadzić obsesyjna wiara. To jest prawdziwy horror.

„Saint Maud” w reżyserii Rose Glass jest pokazywany w polskich kinach od 23 października 2020 r.