GALA: Dołączyłaś do „M jak miłość”, gdy serial działał już jak dobrze naoliwiona maszyna. Czułaś presję pracy na planie najpopularniejszej produkcji w Polsce?

Barbara Kurdej-Szatan: Nie zdawałam sobie wtedy sprawy ze skali  popularności serialu. Gdy po sukcesie reklamy jednej z telefonii komórkowych mój agent oznajmił mi, że producenci chcą mnie zatrudnić, on był pod wielkim wrażeniem, a ja dopiero zaczęłam wchodzić w świat „M jak miłość”. Serial oglądali moi teściowie, ja już wtedy pracowałam tak dużo, że nie miałam na to czasu.

Jak powitano Cię na planie?

Miło, ale dopiero po jakimś czasie z nowej twarzy stałam się członkinią ekipy. Musiałam dotrzeć się z kolegami, którzy pracowali razem już od dawna. Pamiętam, jak makijażystka  Jola powiedziała mi, że za 15 lat będę dalej siedzieć na jej krześle charakteryzatorskim. Zarzekałam się, że nie. A proszę, jestem „Emce” wierna już od pięciu lat.

A jaka była reakcja publiczności?

Po raz pierwszy zetknęłam się z hejtem.  „M jak miłość” ma fanów, ale i fanatyków,  którzy traktują losy bohaterów bardzo osobiście. Po emisji pierwszych odcinków komentowali więc na moim profilu na Facebooku,  że mam odejść z serialu, bo Tomek powinien być z Agnieszką, a nie ze mną. Przewalczyłam hejt trolli, skupiając się na wielbicielach serialu. I zdobyłam za rolę trzy Telekamery.

Na planie spotkałaś się ostatnio ze swoim mężem, Rafałem Szatanem.

Tak, gra czarny charakter. Pianistę, z którym moja Asia będzie miała na pieńku, bo spróbuje poderwać Julkę, jej przyszywaną córkę. Rafałowi kibicuję też w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”. Świetnie mu idzie! Cieszy mnie równowaga zawodowa między nami. Oboje mamy dobry czas. Spełniamy się. I wspieramy.

Zobacz także:

Twoja córeczka ogląda Cię w telewizji?

Serialu nie ogląda, ale gdy widzi mnie na ekranie, mówi: „Ooo, mama”. Kiedy jako trzylatka zobaczyła mnie z Felkiem Mateckim, który gra mojego przyszywanego syna, przytulała się i mówiła: „To moja mama!”. Teraz już się uśmiecha.

Kochasz swoją pracę?

Tak, zdecydowanie jestem kobietą pracującą. Staram się zawsze pracować dobrze i szybko. Ale tak napięty grafik, zwłaszcza jak godzi się pracę z rodzicielstwem, wymaga perfekcyjnej logistyki. Gdy pędzę do domu po 12 godzinach na planie, by zobaczyć Hanię, denerwuje mnie każde 20 minut opóźnienia. Wtedy pozwalam sobie na chwilę słabości. Natomiast jestem ogromnie wdzięczna produkcji „M jak miłość” za to, że są bardzo pomocni. Na przykład gdy miałam próby do spektaklu „Chicago”  w Krakowie, zmniejszyli moje obciążenie  do trzech dni zdjęciowych.

Asia, którą grasz, to pełna poświęceń matka.

Moja postać jest idealna! Zajmuje się wszystkimi dookoła. To raczej wokół niej dzieją się rzeczy odważniejsze obyczajowo: romanse, seks, zdrady. Chciałabym, by w tym sezonie Asia zajęła się sobą. I żeby spotkało ją dużo dobrego. Poprzednie odcinki przepłakała. Musiała też pomóc dzieciom poradzić sobie  z traumą po śmierci ojca. Asia ma problemy wychowawcze z Zosią. Teraz w jej życiu pojawia się ktoś nowy, sąsiad grany przez Pawła Deląga. Będzie też blisko z Agnieszką, w której rolę wciela się Magda Walach. Uwielbiam ją! Na razie będą tworzyć trio. Zobaczymy, co  wydarzy się potem.

Serial wkracza w wiek dojrzały. Jaka Ty byłaś jako 18-latka?

Czułam się bardzo dorosła. Wydawało mi  się, że zdobywam świat. Nigdy nie było mnie w domu. Mama nazywała mnie włóczykijem. Po szkole biegałam na zajęcia aktorskie, językowe, wokalne. A potem na imprezy. Oczywiście teraz, z perspektywy czasu, wiem, że wcale nie byłam dojrzała. Ale niech tak będzie. Dajmy sobie przyzwolenie na to, by zmieniać zdanie. Kiedyś mówiłam, że nigdy nie zapalę papierosa. Potem zapaliłam, a świat się nie  zawalił. Twierdziłam też, że będę wyluzowaną staruszką ze spodniami z opuszczonym krokiem. A pewnie będę stateczną babcią.  Ale pewne rzeczy pozostają takie same. Moje rodzinne Opole uwielbiam do dzisiaj. Najlepsze przyjaciółki mam właśnie stamtąd.

Rozmawiała Anna Konieczyńska