Co Wigilię przyrządzają je moi dziadkowie. Zawsze tak samo, rok w rok według tradycyjnego przepisu. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, przyjeżdżaliśmy do nich z moim młodszym bratem żeby zobaczyć jak karpie pływają w wannie. Klękaliśmy przy niej i zaglądaliśmy do środka, by przyjrzeć się dwóm rybom poruszającym się tam i z powrotem. Dla nas był to nieodłączny element świąt, rytuał, który pozwolił nam na obejrzenie z bliska czegoś, do czego normalnie nie mieliśmy dostępu. Wiedzieliśmy, że łuski karpi chowa się do portfela, by zapewniły szczęście i powodzenie finansowe w kolejnym roku, ale nie do końca docierało do nas, co stanie się z samymi rybami. Nigdy też nie pytaliśmy, jak przywieziono je do domu, czy wszystkie przeżyły drogę, ani w jaki sposób są zabijane, czy cierpią. A patrząc na to, co dzieje się w polskich sklepach - cierpiały na pewno. Dopiero niedawno zaczęto o tym mówić naprawdę głośno. Nie, nie tylko w moim domu, ale w całej Polsce. Z początkiem grudnia ruszyła ogólnopolska akcja sprzeciwiająca się sprzedaży żywego karpia. Sukcesywnie dołączały do niej kolejne supermarkety, w których tych ryb kupujemy najwięcej.

Karpia świadomie jem pewnie od 10 lat. W mojej rodzinie podczas Wigilii jest daniem obowiązkowym, jak w większości polskich domów. Dlatego tak wielu przeciwników ma akcja, która skrytykowała tę wieloletnią tradycję (a jako społeczeństwo wykształciliśmy w sobie odruch walki o wszelkie zwyczaje związane ze świętami). Bo jak to Boże Narodzenie bez karpia? W jednym z wydarzeń na Facebooku ponad 40 tysięcy osób zadeklarowało, że w 2018 roku nie zje karpia. Pod nazwą #ProtestPrzeciwkoSprzedażyŻywychRyb nie kryje się jednak kategoryczny zakaz ich jedzenia, bądź w ogóle nawoływanie do całkowitej rezygnacji i zupełnego wycofania ich ze sprzedaży. Chodzi o zwrócenie uwagi na to, w jakich warunkach ryby są sprzedawane i transportowane. Bo o humanitarnym traktowaniu nie ma tu mowy.

Choinka żywa czy sztuczna - która jest bardziej szkodliwa dla środowiska? >>>

Już samo ich przetrzymywanie jest dalekie od ideału. Zwykle tłoczą się w przepełnionych akwariach czy basenach, następnie pakowane są w foliowe torebki (dolanie odrobiny wody do jednorazówki nie załatwia sprawy), gdzie zwyczajnie się duszą, a zabijane są w byle jaki sposób, nieumiejętnie, przez co ranne cierpią jeszcze dłużej. W ostatnich dniach do sieci trafiło sporo nagrań i zdjęć, które pokazują, że po zakupie karpie pokonują jeszcze w reklamówkach sporą drogę po sklepowych alejkach. Ludzie wkładają je do koszyka i udają się po resztę sprawunków. Nie ma więc szans, że ryba za kilka godzin popływa jeszcze w czyjejś wannie. Petycję, przeciwko tak okrutnemu traktowaniu ryb podpisało prawie 25 tysięcy osób. Bo czy naprawdę tradycja wymaga żywego karpia niesionego w foliówce do domu? Przecież jest wiele innych opcji, jak filety czy mrożona ryba!

Kilka dni prze Wigilią sam Sąd Najwyższy przypomniał, że sprzedaż żywych karpi narusza ustawę o ochronie zwierząt: „Transportowanie i przetrzymywanie ryb w pojemnikach pozbawionych wody, czy też przenoszenie ich w workach foliowych nie jest humanitarnym traktowaniem zwierzęcia i może wyczerpywać znamiona znęcania się nad nim”. Wiele w tym temacie mówi, edukuje, ale przede wszystkim robi Karolina Kuszlewicz, adwokat walcząca o prawa zwierząt, która podkreśla, że wszelkie naruszenia należy zgłaszać na policję lub Powiatowemu Inspektoratowi Weterynaryjnemu. Ale osoby takie jak ona, organizacje jak Otwarte Klatki, obrońcy tych, którzy głosu nie mają (a w tej sytuacji powiedzenie, że ryby głosu nie mają wydaje się jeszcze smutniejsze), od początku grudnia zbierają zewsząd hejt. Bo w świadomości społeczeństwa karpie nie zaliczają się do zwierząt domowych, a co za tym idzie – nie zasługują na humanitarne traktowanie. Ironicznie pokazuje to rysunek Andrzeja Milewskiego (Andrzej Rysuje): pies cieszy się, że odwołano pokaz fajerwerków w Warszawie, na co siedzący w wannie karp odpowiada „doprawdy pocieszające”.

Wiem, że przekonanie moich dziadków do rezygnacji z żywego karpia nie będzie łatwe. Ale przecież nikt nie każe zupełnie odpuszczać ryb w Wigilię. Chodzi o to, by zacząć zwracać uwagę na tę kwestię, myśleć, co można zrobić i... po prostu zacząć działać, by ulżyć zwierzęciu, którego los jest i tak już przesądzony. Warto więc porozmawiać o tym przy wigilijnym stole. W końcu to bardzo często (lub niemalże tradycyjnie już) miejsce, od poruszania niewygodnych i trudnych tematów.

Zobacz także:Twój pies boi się fajerwerków? Powstała „cicha buda”, która tłumi wszelkie dźwięki i może pomóc zwierzętom w Sylwestra >>>