Fakt: w 2012 roku w Polsce nastąpił największy boom na bieganie. Dotychczas kojarzyło mi się tylko z karą za przeklinanie na lekcjach wf-u w podstawówce ("Jagnicka, trzy okrążenia wokół boiska!!!"), ale... skoro wszyscy wokół mnie dostali obsesji na punkcie:

a) mierzenia przebiegniętych kilometrów, a następnie publikowania swoich wyników na Facebooku (złośliwie pojawiały się na wallu znajomych zawsze ok. 22:00, akurat wtedy gdy otwierałam paczkę solonych chipsów, god damn it!)

 b) inwestowania w specjalistyczne sportowe buty ze sprężynką (koniecznie odblaskowo różowe, żólte albo pomarańczowe)

c) wstawania na trening przed pracą o nieludzko wczesnej godzinie (śladami najbogatszych CEO - w końcu oni wszyscy zaczynają dzień przed 6:00 rano)

....to stwierdziłam "DLACZEGO MAM NIE SPRÓBOWAĆ?"

Przyznaję - niespecjalnie przygotowałam się do "pierwszego razu". O ile dobrze pamiętam, moim pierwszym strojem na bieganie były szare luźne spodnie w stylu uczestników pierwszej edycji You Can Dance, bluzka od piżamy z Hello Kitty (prezent od starszego brata pod choinkę) i stara bluza z polaru.

Gdyby istniało Fashion Police dla biegaczy, zostałabym natychmiast aresztowana. Po pierwszym kilometrze (choć sądzę, że mogło to tak naprawdę być 700 metrów), dostałam kolki, a także podejrzewałam atak serca. Nie byłam gotowa umierać, więc trening przerwałam.

Nie poddałam się jednak od razu, bo nie lubię przegrywać. I dobrze, bo aby osiągnąć dobre (lub wtedy w moim przypadku: jakiekolwiek) wyniki w bieganiu, trzeba być regularnym. I podejść do sprawy powoli, strategicznie, dać sobie trzy miesiące.

I tak minęła wiosna i lato, a ja biegałam trzy razy w tygodniu ok. 4 kilometry, organizowałam sobie treningi interwałowe (oznacza to na przemian trucht, szybki bieg, sprint. Uwaga, podczas takiego wysiłku możesz spalić nawet 3 razy więcej kalorii niż podczas normalnego treningu plus poprawia się twoja wydolność i sprawność).

Kupiłam też pierwsze buty do ćwiczeń, legginsy i top. Okazało się, że fajnie mieć ubrania dla biegaczy - nie dlatego by się nimi lansować (wcześniej oceniałam to w ten sposób, dlatego pewnie biegałam w piżamie), ale po to by trenowało się wygodniej, efektywniej i żeby czuć się po prostu dobrze.

Cholera, skoro mam po treningu być cała mokra i czerwona, to niech chociaż moje ubranie wygląda dobrze. Poza tym, okazało się, że gdy but nie jest starym trampkiem, a specjalnie zaprojektowanym obuwiem do ćwiczeń, to masz wrażenie, że latasz, nie biegasz.

Miałam szczęście, bo od razu trafiłam na perełkę wśród całej oferty na rynku. Adidas Boost był wtedy nowym wynalazkiem, z idealnie przylegającą cholewką (trochę jak w skarpetach czy pończochach) i sprężystością (pianka w podeszwie Boostów sprawia, że zupełnie tak jak piłka opuszczona na ziemię, twoja stopa odbija się od podłoża z jeszcze większą energią).

Sprawdziłam też inne buty do biegania i mogę polecić takie modele: - Adidas Supernova, Ultraboost, Kanadia TR4 - New Balance 1980 Zante, 890 v4 - Nike Flyknit, Zoom Pegasus, Zoom Vomero - Reebok ZIGtech, RealFlex - Asics Gel-Nibmus, DS Trainer 20.

Niestety, muszę cię przygotować, że niektóre z tych modeli butów są wyjątkowo paskudne. Za to w kwestii przyczepności, sztywności, amortyzacji, stabilizacji...10/10. Trzeba też liczyć się ze sporym wydatkiem, bo najlepsze buty do biegania kosztują ok. 350-600 zł. To inwestycja. Ale jeśli cię na nią (jeszcze) nie stać, zajrzyj do Decathlona.

Znalazłam tam buty marki Kalenji, które kosztują ok. 100-200 zł i z czystym sumieniem ci je polecam. Ubrania? Ja kupuję w Adidas. Jeśli chodzi o sieciówki, Reserved, mają super linię "Be Active" - wybieram ich długie legginsy i przeciwdeszczowe kurtki. Wszystkie ciepłe (ale lekkie!) bluzy na jesień i zimę mam z kolei z 4F.

Sprawdziłam też sportowe ubrania z Primarka - są super, więc jeśli będziesz w Anglii, koniecznie wybierz się tam na megatanie zakupy. Sportowy top kupisz u nich już za 4 funty (a ja biegam w nim od roku). Teraz? Biegam co drugi dzień. Odpuszczam, gdy nie czuję się dobrze: fizycznie. Bo jeśli coś cię trapi, bieganie to jeden z najlepszych pomysłów na psychiczną regenerację sił.

Mój trening to minimum godzina, w tym czasie przebiegam 10 kilometrów. Biegam sama (towarzystwo mnie rozprasza), z nikim się nie ścigam (czasami z pijanymi gośćmi, gdy natrafię na nich podczas nocnego biegu. Ale to bardziej ucieczka, niż ściganie się), nie planuję wziąć udziału w maratonie. Taka jest prawda: biegam, bo za bardzo lubię pizzę i frytki (i makarony i czekoladę i.... itd.).

Biegam, bo to mnie pobudza i sprawia, że się nie lenię. Biegam, bo w trakcie biegu wpadam na fajny pomysły. Dlatego właśnie chcę podzielić się z tobą tym co ja - totalny amator w tym sporcie - odkryłam o bieganiu. To pierwszy odcinek. Stay tuned!

autor: Magdalena Jagnicka