Blanka Lipińska była niepokornym dzieckiem. Jej mama Małgorzata Lipińska mówiła, że albo osiągnie wielki sukces, albo... będzie nikim. Dzisiaj jest dumna z tego, że córka mimo ogromnej popularności wciąż na pierwszym miejscu stawia rodziców. Blanka z kolei opiekuje się mamą, rozpieszcza ją prezentami i dba o to, by ich relacja była jeszcze silniejsza.

BLANKA LIPIŃSKA

Anna Zejdler: Mówisz, że rodzice są miłością Twojego życia…

Blanka Lipińska: Tak, bo kocham ich najbardziej na świecie. To moi najlepsi przyjaciele. Ludzie, którym mogę się wygadać, którzy darzą mnie bezwarunkową, ogromną miłością, na których zawsze mogę polegać i wobec których jestem drastycznie szczera. Mówimy sobie otwarcie, co myślimy. Nawet jeżeli to niewygodne. Układ wymarzony. To jest właśnie miłość życia, na zawsze.

Zawsze byłyście z mamą najlepszymi przyjaciółkami?

Mama zawsze była dla mnie jak schron atomowy. Podobnie jak bohaterka mojej książki uciekam do mamy zawsze, kiedy życie mi się wali. Jestem bardzo konserwatywnie wychowana.

Nie sprawiasz takiego wrażenia.

Wiem, nie widać tego, bo ten konserwatyzm dotyczy bardziej mojego życia prywatnego. Czasem mam pretensje do Małgorzaty, że mnie nie wychowała na miarę XXI wieku.

Co masz na myśli, mówiąc, że jesteś konserwatywnie wychowana?

Mama wpoiła mi zasady. Zacznę od tego, co najbardziej oddala mnie od XXI wieku, czyli seksu. Mówiła mi, że najpierw trzeba kogoś pokochać, a seks jest wyrazem miłości. Przez większość życia ładowałam się w związki z facetami nie do końca dopasowanymi do mnie. Często narzekałam: „Mamo, najpierw wypadałoby sprawdzić, co i jak, a dopiero później się zakochiwać”. Mama nauczyła mnie też, że nie wolno się spóźniać. Lepiej być 10 minut za wcześnie niż minutę za późno… My z bratem byliśmy bardzo krótko trzymani. Kiedy mieliśmy 15 lat, znajomi mogli w wakacje bawić się na dworze do drugiej, trzeciej w nocy, a my musieliśmy być w domu najpóźniej o 23. Minutę przed 23.00 mama stała z papierosem na środku podjazdu i czekała na nas. Mało tego, już ją bolał żołądek, głowa i było jej niedobrze z nerwów! Miała talent do czarnowidztwa. Musieliśmy chodzić jak w zegareczku. I to mi zostało do dzisiaj.

Nie denerwowało Cię to?

Nie znałam innego życia. Ale oczywiście wkurzało mnie, że koledzy mogli zanocować u kogoś, a ja nie. W wieku 14 lat dostałam takiego świra, że mama chciała mnie posłać do szkoły z internatem prowadzonej przez siostry nazaretanki. Postawiła mi ultimatum, że jeśli się nie uspokoję, odda mnie tam. Myślę, że nie byłam łatwą w wychowaniu nastolatką…

Co takiego robiłaś?

Przede wszystkim bardzo nie lubiłam nakazów i zakazów, a z drugiej strony respektowałam je. Poza tym nienawidziłam się uczyć. Mam o rok starszego brata geniusza. Kuba jest wybitny w każdej dziedzinie oprócz muzyki. Był pierwszym dzieckiem, zawsze świetnie się uczył. Ja próbowałam się prześlizgnąć, kombinować. On był lubiany przez nauczycieli i dyrekcję, miał wzorowe zachowanie, a ja zawsze poprawne albo nieodpowiednie. Nie mieli ze mną w szkole łatwo. Źle znosiłam, kiedy ktoś wywierał na mnie presję.

Do dzisiaj chyba jesteś niepokorna?

Przez ostatnie trzy, cztery lata życie nauczyło mnie pokory. Wcześniej jednak „na złość babci odmrażałam sobie uszy”. Byłam okropna. Fatalnie odzywałam do rodziców. Chętnie cofnęłabym się w czasie i sprzedała sobie siarczystego liścia. Pamiętam, jak się brzydko do mamy odezwałam i dostałam za to w twarz. Ile mogłam mieć wtedy lat? Piętnaście? Szesnaście?

Uważasz, że zasłużyłaś? Nie miałaś o to pretensji?

Nie. Uważam, że rodzice powinni wtedy wystawić mnie za drzwi i pokazać mi, ile mam do stracenia. Wstyd mi do dzisiaj za to! Zrzucam to trochę na hormony, na dojrzewanie, ale nadal gdy o tym myślę, chce mi się płakać, że tak odzywałam się do swojej ukochanej mamy. Na szczęście szybko zaczęłam rodziców doceniać. Był podział na dobrego i złego policjanta, mama była tym złym. Ona nas wszystkich trzymała krótko, włączając tatę. Kiedy chciałam nowe spodnie, mówiła: „Po co ci? Masz tyle ciuchów w szafie”. I kończyła temat, a tata pytał, ile pieniędzy na nie potrzebuję. Mama do dziś jest w stanie przyczepić się absolutnie do wszystkiego. Kocham ją za to! Teraz się z niej nabijam, bo już mogę sobie na to pozwolić, a co gorsza, sama niestety jestem identyczna!

Mama wspominała, że jesteście do siebie bardzo podobne.

Koszmar! Jesteśmy takie same. Powiedziałam ostatnio: „Mamo, ja nie mogę mieć dziecka, a już na pewno nie dziewczynkę, bo trzeba w końcu przerwać ten zły krąg”.

Czego się aż tak czepiacie?

Wszystkiego! Jeżeli facet nie ustali jasno zasad, nie wytyczy granic i pozwoli mi wejść sobie na głowę, to jest koniec.

Twój tata nie wygląda na nieszczęśliwego…

Wiesz co? Tata się przyzwyczaił. Poza tym mama też się trochę zmieniła. Nie czarujmy się, do kobiet po pięćdziesiątce przychodzi menopauza nie jak rycerz na białym koniu, tylko raczej jak kostucha na czarnej kobyle.

Menopauza była trudnym czasem dla mamy...

To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, ponieważ kompletnie mamy nie rozumieliśmy. Nie dawała sobie pomóc. Widziałam, jak idealne małżeństwo moich rodziców przechodzi kryzys. Nasz dom był zawsze przepełniony miłością, również fizyczną. Tata wracał z pracy, obejmował mamę przy kuchni, zawsze ją łapał za bioderko, w szyję pocałował… Emocje były. I nagle zobaczyłam swoją mamę warczącą, która nie radziła sobie z sobą. Potrafiła wybuchnąć płaczem, a wcześniej nigdy w życiu jej płaczącej nie widziałam, bo to była najsilniejsza kobieta, jaką znałam. Powtarzała, że jest stara, brzydka, bezwartościowa. Patrzyłam też na cierpienie taty, który nie umiał jej pomóc. Na szczęście zmusiłam mamę do wizyty u zaprzyjaźnionego ginekologa, który przekonał ją do leczenia farmakologicznego. Sama bardzo ciężko znoszę PMS, a on mi wytłumaczył, że menopauza jest jak „PMS level master przez 365 dni w roku”. Nie wiem, jak ja to kiedyś przeżyję. Dzięki Bogu ten problem z mamą jest już za nami. Tata ostatnio powiedział, że mama jest znowu taka, jaka była kiedyś w narzeczeństwie. Odnaleźli się na nowo, chociaż są razem od prawie 40 lat.

„Mama potrafi być bardzo różna. Może zafundować karczemną awanturę, ale kiedy widzi, że jest źle, zamienia się w schron atomowy”.
Blanka Lipińska

W Twoim domu otwarcie rozmawiało się o seksie?

Wszyscy sobie wyobrażają, że rodzice Lipińskiej postawili przed nią dildo, kiedy miała 15 lat, powiedzieli, co i jak, i zaproponowali wizytę u ginekologa. Nie, nie, nie! Przecież u mnie w domu mówiło się, że seks jest dozwolony tylko po ślubie.

Ale nie posłuchałaś się?

No, nie. Dzięki Bogu miałam prawie 18, kiedy uznałam, że należy to zrobić. Nie chciałam powiedzieć o tym mamie, bo się wstydziłam, że nie spełniłam jej oczekiwań. Wydawało mi się, że robię coś źle, że grzeszę… Ale rodzice wiedzieli, co się stało, bo zaczęłam chodzić do ginekologa i zostało to przyjęte. Potem zaczęłam brać tabletki antykoncepcyjne i wiadomo było, po co. Mama była zadowolona, że uprawiam bezpieczny seks.

Czyli nie o wszystkim się otwarcie rozmawiało?

U nas w domu działa szczerość, mama zawsze bardzo dbała o to. Tata wychował się w niepełnej rodzinie, babcia była dosyć trudną osobą. To właśnie mama nauczyła go mówić „kocham cię”. Mój brat ma 36 lat i dwoje dzieci, ale nadal przytula się do taty taty i mówią do siebie „kocham cię”, to jest u nas na porządku dziennym. Panuje u nas szczerość emocjonalna. W bardzo wielu tematach brat ma lepszy przelot z tatą, ja z mamą. A po szkole średniej, gdy wyprowadziłam się z domu, zdałam sobie sprawę, że zajebiście lubię swoich rodziców. Oprócz tego, że ich kocham, to ich po prostu lubię.

Udało Wam się stworzyć z mamą bardzo przyjacielską relację, mimo że ona była surowa i wprowadzała dyscyplinę, zamiast starać Ci się przypodobać.

Wiesz, jak trzeba było przytulić i „ojojać”, ona to robiła. Ale potrafiła też postawić do pionu i wziąć rzemienie w rękę. Ona zbudowała naszą rodzinę. Zawsze miała w sobie dużą mądrość emocjonalną. Nie miała łatwego życia z moim tatą na początku ich związku. Długo musiała pracować nad tą relacją. Poza tym do mojego szóstego roku życia tata pracował po 18–20 godzin na dobę, by nas utrzymać. Nie mieliśmy za dużo pieniędzy, wręcz byliśmy biedni. Mama też pracowała i jeszcze zajmowała się nami. A najśmieszniejsze jest to, że nie pamiętam mamy z tamtego czasu, mimo że cały czas była przy mnie. Pamiętam tylko tatę, bo jego pojawienie się traktowałam jako coś wyjątkowego. Mama potrafi być bardzo różna. Może zafundować naprawdę karczemną awanturę, ale kiedy widzi, że jest źle, zamienia się w schron atomowy – to stanowi jej mądrość. Tata mnie nauczył konsekwencji, a mama bycia dobrą osobą.

Za co najbardziej ją podziwiasz?

Za miliard rzeczy. Za cierpliwość, za altruizm. Trudno policzyć, ile razy musiała schować swoją dumę i honor do kieszeni. Ja bym tak nie umiała. Z niej jest dusza człowiek, tylko ma jedną wadę: strasznie się czepia. Teraz kiedy jestem starsza, trochę mi odpuściła. Za to ja się czepiam jej.

No właśnie, mam wrażenie, że Ty mamę krótko trzymasz. (śmiech)

Muszę ją krótko trzymać, bo odnoszę wrażenie, że jak się jej popuści, to się zacznie starzeć. Jest takie powiedzenie, że nie zatrzymujesz się dlatego, że się starzejesz, tylko starzejesz się dlatego, że się zatrzymujesz. I ja postawiłam sobie za punkt honoru, że nie pozwolę swoim rodzicom się zatrzymać. Oni będą biec aż do końca, cały czas będą w biegu. Nie pozwolę im zdziadzieć. Zdarza się, że wsadzam ich w samochód i mówię: „Lecicie na dwa tygodnie na Karaiby. Tata będzie pływać na katamaranie, a ty będziesz leżała i smażyła się na słońcu. Nie obchodzi mnie, czy chcecie, czy nie. Wszystko już kupiłam, załatwiłam. Chyba nie chcecie, żeby kilkadziesiąt tysięcy się zmarnowało?”.

No właśnie, czy teraz, kiedy osiągnęłaś sukces, rozpieszczasz rodziców?

Tak! Prawda jest taka, że mnie w ogóle nie bawi wydawanie pieniędzy na siebie.

Ale 200 par butów sobie kupiłaś…

To nie są tylko drogie buty. Mam manię zbieractwa. Robię to od lat, dlatego uzbierało się ich tyle. Zawsze miałam słabość do butów. I jeżeli mam kupić coś drogiego, zastanawiam się 700 razy i jest duże prawdopodobieństwo, że się rozmyślę. Jeżeli zaś moja mama mówi: „Oj, zobacz, jakie to ładne”, natychmiast jej to kupuję. Podczas sesji spodobał jej się sweterek, od razu poszłam do stylisty: „Dobra, ja płacę, a ty, mamusiu, bierz sweterek”. Oczywiście rodzice nie chcą tego wykorzystywać za bardzo, więc za każdym razem, kiedy chcę im sprawić przyjemność, wzbraniają się. Wtedy po prostu wysyłam im zdjęcie stanu mojego konta i pytam: „Będziemy nadal dyskutować?”. I przypominam mamie: „Jak byłam mała, to byliśmy biedni. A jednak wysyłałaś nas na wakacje, odmawiałaś sobie przez ileś tam miesięcy różnych rzeczy, by zrobić nam przyjemność, prawda? To czemu mi nie pozwalasz robić tego samego?”. I jest koniec rozmowy. Kupiłam tacie samochód, bo jeździł straszną padaczką bez klimatyzacji i nie mogłam tego znieść, teraz ma najbezpieczniejszy samochód na świecie. Tak się cieszył, jak go dostał…

Jesteś idealną córką?

O to trzeba zapytać rodziców. Jako człowiek i partnerka jedyne, co bym w sobie zmieniła, to nie chciałabym się czepiać. To jest drażniące nawet dla mnie samej, mnie samą to często męczy. Naprawdę potrafię się przyczepić o wszystko! „Dlaczego tę ścierkę tutaj powiesiłeś? Przecież ona wisiała tam. A dlaczego te chusteczki tutaj stoją, przecież one stały tam. Czemu tu się kręcisz? A możesz odłożyć ten nóż? Po co go wziąłeś?”. Jest kiepsko. Teraz kiedy mama dobija do sześćdziesiątki, marudzi, że jest stara, ale myślę, że to tylko kokieteria. Trochę trzeba ją poklepać po plecach. Powiedzieć, że wiek to tylko cyfry. Ale jak się czasami zaniedba, to ja jestem bezlitosna. Przyjeżdżam i mówię np.: „O! Utyłaś”. Były takie momenty, że chlebek wjeżdżał na noc, komentowałam: „Oj, mamusiu, chyba sobie za bardzo pozwalasz”. Albo kiedy zaczęła się starzeć, chciała nadrobić ubraniem i nosiła krótkie spódniczki, powiedziałam wprost: „Mamo, wybacz, ale to już nie te lata”. Tego samego oczekuję od niej. Liczę na to, że mi powie, kiedy coś źle robię, źle wyglądam albo coś mi nie służy.

Przyjmujesz krytykę bez problemu?

No pewnie. Wiem, że ona to robi w jak najlepszej wierze.

Masz poczucie, że rodzice są z Ciebie dumni?

Tak, bo często mi to mówią. A ja za każdym razem zastanawiam się, z czego tu być dumnym? Poważnie! Nie mam świadomości swojego sukcesu. Wszystko to traktuję w kategoriach pracy, ale robię to specjalnie, żeby mi sodówka nie odbiła, bo mogłabym się przecież zacząć sadzić: „O, jestem taka świetna, pobiłam tyle rekordów, napisałam tyle bestsellerów”. Oddzielam życie zawodowe od prywatnego. Moją pracą w tej chwili jest bycie Blanką Lipińską, autorką książek, twórczynią filmową, prowadzącą program. Czy rodzice są dumni ze mnie? No, osiągnęłam sukces, więc się cieszą. Widzę nieraz, jak tatusiowi się oczka szklą. Ale ja tak tego nie odczuwam. Gdybym wynalazła lek na raka, to rozumiem, że można być ze mnie dumnym, a ja napisałam tylko trzy powieści i zrobiłam film.

Małgorzata Lipińska

Anna Zejdler: Blanka powiedziała, że rodzice są miłością jej życia. Wiedziałaś o tym?

Małgorzata LipińskaTak, to bardzo miłe. Nie jestem tym wyznaniem zaskoczona. Odkąd pamiętam, u nas w rodzinie miłość była tematem przewodnim. I miłość zwyciężała wszystko.

Ile miałaś lat, kiedy urodziłaś Blankę?

22 lata. Od początku bardzo chciałam mieć dzieci, i to szybko. Obydwie moje ciąże były zaplanowane, po ślubie. Syna
urodziłam w wieku 21 lat, Blanka była druga. Wychowywałam dzieci intuicyjnie. Dzisiaj rodzice mają wszystko przemyślane, wygooglowane, przedyskutowane. Ja szłam na żywioł, ale to się sprawdzało.

Jakim dzieckiem była Blanka?

Do czwartego miesiąca życia non stop płakała, 24 godziny na dobę. Biegałam z nią po lekarzach, wszyscy twierdzili, że jest zdrowa. Mówili: „Ona po prostu taka jest”.

Urodziła się niezadowolona?

Nie wiem, czy to było niezadowolenie, nie mam zielonego pojęcia. Po czwartym miesiącu przestała płakać jak ręką odjął i z dnia na dzień widać było u niej coraz większą radość. Jako dziecko przez cały czas śpiewała. Zresztą powiem ci jedną rzecz – ja dokładnie wiem, kiedy ona jest szczęśliwa. Kiedy przyjeżdżamy w odwiedziny, a ona coś robi i zaczyna śpiewać, to mam pewność, że u niej jest dobrze.

Jako dziecko przejawiała talent w tym kierunku?

Tak, śpiewała przepięknie. Bardzo lubiła występować, popisywać się przed rodziną. Nie trzeba było jej namawiać, sama się rwała. Nie była nieśmiała. Robiła pokazy mody u babci. Wyjmowała z szafy ubrania, wszystkie babcine sukienki się za nią wlokły kilometrami. Nakładała szpilki. Była bardzo kreatywna i bardzo altruistyczna już jako małe dziecko. To mnie zaskakiwało. Dwoje dzieci mamy i wychowywaliśmy je tak samo. A jednak bardzo się różnią. Kiedy Blanka w ogrodzie zerwała orzecha laskowego, to go rozbijała na podwórku kamieniem i dzieliła na cztery części, każdemu z nas dawała kawałeczek. Nigdy nie uczyłam jej, że trzeba się dzielić. To dziecko miało taką naturę.

Sprawiała Ci często kłopoty?

Nie. Dzisiaj pewnie by powiedziano, że była niegrzeczna. Ja nazywam to kreatywnością. Była bardzo ciekawa świata. Zawsze robiła różne, przedziwne rzeczy.

Co takiego na przykład?

Całą rolkę papieru toaletowego wrzuciła do sedesu, upychając ją szczotką. Nikt nie wiedział, że ten papier tam jest, dopóki babcia nie spuściła wody i wszystko nie podjechało do góry.

Jaki był cel tego eksperymentu?

Nie wiem, chciała coś sprawdzić najprawdopodobniej. Albo np. potrafiła cioci wlać do szamponu pastę do zębów. Trochę psociła, ale mnie to nie przeszkadzało. Miałam cierpliwość. Problemy pojawiły się, kiedy zaczęła dojrzewać, dorastać. Byłyśmy w konflikcie. Podejrzewam, że mnie wtedy nienawidziła. Straszyła, że ucieknie z domu.

Co Ci zarzucała?

To, że ją bardzo kontrolowałam, chciałam wszystko wiedzieć. I to, że jej wielu rzeczy nie było wolno. Moje dzieci do trzeciej albo czwartej klasy nigdy nie oglądały żadnego filmu po „Wiadomościach”. Musiały być w swoim pokoju.

Byłaś dla nich surowa?

Tak! To ja byłam tym niedobrym policjantem, bo mąż na wszystko by im pozwolił. Nieraz prosiły, żebym odwołała jakiś zakaz, ale twardo mówiłam „nie”. Płakałam później w łazience, bo było mi ich szkoda. Najchętniej bym się złamała, ale uważałam, że to będzie niewychowawcze. Była wina, musiała być i kara.

Stosowałaś system kar i nagród?

Tak, bezwzględnie. U nas życie rodzinne toczyło się w kuchni. Tam się odbywały wszystkie poważne rozmowy. I tak jest do tej pory, chociaż już nie mam kogo rozliczać…

O czym rozmawialiście przy tym stole?

W szkole podstawowej Blanka była tak niepokorna, że raz w tygodniu byłam do szkoły wzywana. Już dokładnie nie pamiętam, co takiego złego robiła. Uczyła się dobrze, więc do nauki nikt nie miał pretensji. Wydaje mi się, że rywalizowała z koleżankami, ale chyba tak dzieje się do dzisiaj w szkołach. Tylko teraz to wszystko jest bardziej bezwzględne i brutalne niż w latach 80.

Była lubiana?

Tak. I zazwyczaj była przywódcą stada. Ona musiała rządzić.

Rozpieszczaliście czasami dzieci?

Rozpieszczaliśmy na miarę naszych możliwości. Było nam bardzo ciężko, pracowaliśmy, żeby spłacić teścia. Dzięki temu mamy dzisiaj piękny dom, duży. Ale kosztowało nas to wiele wyrzeczeń. Ja pracowałam w windykacji i rozliczeniach, mąż w ubezpieczeniach w wydziale sądowniczym. Moje dzieci były tulone, całowane. Jak trzeba było, to i karane. Dzisiaj wielu by powiedziało, że tak się nie robi.

Dawałaś klapsy?

Zdarzało się... Może nie powinnam tego mówić, dzisiaj obowiązuje inny model wychowania. Chociaż czasami wydaje mi się, że rodzice mylą bezstresowe wychowanie z brakiem wychowania. Ale to jest wyłącznie moje odczucie.

Jakie zasady starałaś się dzieciom wpoić?

Miały dyżury sprzątania. Zlew musiał być zawsze pusty i czysty. Ja pracowałam, mąż pracował, w domu zawsze kręciło się pełno znajomych. Nie miałam nic przeciwko temu, ale musiało być posprzątane. Tydzień jedno miało dyżur, tydzień drugie. Nieraz pomagali im koledzy, koleżanki, bo wiedzieli, że matka przyjdzie i będzie się awanturować.

Kiedy Twoje relacje z Blanką zrobiły się takie przyjacielskie?

Gdy była mała, musiałam być matką i ją wychowywać. Zrobiłam tyle, ile byłam w stanie. Niektóre matki tego nie rozumieją, ale przychodzi moment, kiedy trzeba przestać wychowywać dziecko i zacząć być dla niego partnerem. Myślę, że Blanka miała wtedy 17 lat. Koleżanki mówiły mi, że to za wcześnie. Ja uważałam, że nie. Robiłam wszystko, żeby dzieci jak najszybciej się usamodzielniły i wyszły z domu.

Chciałaś, żeby jak najszybciej się wyprowadziły?

Tak, chciałam. Nie miałam syndromu opuszczonego gniazda. O tyle mi było łatwiej, że kiedy syn jako pierwszy wyfrunął z domu, to przez rok miałam jeszcze Blankę. Potem już zostałyśmy przyjaciółkami. Powiedziałam sobie: „Czas na wychowanie miałam, teraz, jeśli chcę mieć dobry kontakt z córką, to muszę być jej koleżanką”.

Namawiałaś koleżankę na seks po ślubie? (śmiech)

Tak. I wiesz co? To chyba było głupie… Bez sensu!

Zwierzacie się sobie?

Blanka bardzo mnie chroni przed złymi informacjami. I tak mnie nie oszuka, bo ja nawet przez telefon wiem, kiedy ona jest smutna. No i jak już ją docisnę, to niejednokrotnie płacze.

„Przychodzi moment, kiedy trzeba przestać wychowywać dziecko i zacząć być dla niego partnerem”.
Małgorzata Lipińska

Dlaczego płacze?

Osiągnęła sukces, spełniły się jej marzenia… Większość ludzi myśli, że fajnie jest osiągnąć sukces, tylko nikt nie wie, jaką ciężką pracą jest to okupione.

Jaka jest cena jej sukcesu?

Taka, że nie ma czasu na odpoczynek, to mnie bardzo boli. Kiedy była dzieckiem, mogłam ją chronić, coś zrobić, nakazać, zakazać. A w tej chwili nie mam już nad nią kontroli… Muszę się z tym pogodzić. Nieraz sobie popłaczę razem z nią.

Spodziewałaś się, że córka osiągnie w życiu sukces?

Kiedyś z mężem rozmawialiśmy i uznaliśmy, że ona albo zajdzie bardzo wysoko, albo będzie nikim. No i zaszła wysoko. Dla mnie nie ma znaczenia, czy ona by osiągnęła sukces, śpiewając, tańcząc, pisząc książki, czy kręcąc filmy. Do dzisiaj tak naprawdę nie wierzę w to, co się wydarzyło. Kiedy skończyła szkołę średnią, bardzo naciskałam, żeby szła na studia, a ona mi powiedziała krótko: „Mamo, znajdź mi studia, które mnie zainteresują”. Wszystkie moje propozycje po kolei odpadały: „Nie, to nie, to nudne, tutaj za dużo matematyki”, więc odpuściłam.

W Waszym domu otwarcie rozmawiało się o seksie?

Nie było tematów tabu. Ale nie było tak, że siadałam z mężem i z dziećmi i rozmawialiśmy, co się u nas w sypialni dzieje. Nigdy jednak się nie kryliśmy, jeśli chodzi o nagość. Kiedy dzieci były małe, nie chowałam się, żeby zmienić bieliznę. Jeśli dzieci o coś pytały, to nie próbowaliśmy czarować rzeczywistości. Książki były w domu. „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej stała na półce i był czas, że Blanka i Kuba po nią sięgali. Tematów tabu do dzisiejszego dnia u nas nie ma.

Dumni jesteście z Blanki?

Bardzo, bardzo! Wiesz, kiedy widzę ją w telewizji, to mówię sobie: „Kurczę, nie wierzę, że to moja mała Blanka, która żarła mokrą ziemię”, bo ona uwielbiała jeść mokrą ziemię. (śmiech) Jak w ogrodzie spadł deszcz i wychodziła się bawić, to zawsze przychodziła z ziemią w kącikach ust. Wyjadała też ziemię z kwiatów. Do tej pory zresztą mówi, że jak czuje gdziekolwiek wilgotną ziemię, to garściami by jadła. Non stop to dziecko odrobaczałam. A że odrobaczałam ją, to musiałam i całą rodzinę, więc ogólnie nic nie robiliśmy, tylko się odrobaczaliśmy. (śmiech)

Przejmujesz się negatywnymi komentarzami na temat Blanki?

Martwię się bardzo! Boję się, że ludzie zrobią jej krzywdę. Mam nadzieję, że ona komentarzy nie czyta. Ja się kiedyś zagalopowałam zagalopowałam i przeczytałam – to było straszne. Nie przyznałam się Blance, boby mnie zrugała. Wydaje mi się, że ona Cię „trzyma krótko”. Wiesz dlaczego? Był czas, że ja zarządzałam nią i ona w moim towarzystwie i mojego męża czuła się bezpieczna. To była jej strefa komfortu, nawet kiedy dostawała klapsy. A teraz role się odwróciły i ona daje mi poczucie bezpieczeństwa, kiedy jestem w jej towarzystwie. Nie lubię dużych miast, nie lubię Warszawy. Gubię się w nich, ale kiedy jestem z Blanką, to nie boję niczego. Ja jestem w stanie pójść z nią nawet na ściankę.

Zawsze liczysz się z jej zdaniem?

Tak. Uważam, że ludzie młodzi wielu rzeczy mogą nas nauczyć. Nie można wychodzić z założenia, że to my jesteśmy najmądrzejsi tylko dlatego, że mamy większe doświadczenie.

Czego Cię nauczyła Blanka?

Blanka nauczyła mnie dystansu do świata. Żeby się tak wszystkim nie przejmować. Jestem osobą nadwrażliwą. Zresztą Blanka też. To jest taki pancerzyk, że ona jest twarda baba. Łatwo ją zranić. Ale ona tego po sobie nie pokaże.

Jesteście do siebie bardzo podobne?

Z charakteru myślę, że tak. Mamy podobny stosunek do ludzi, do partnerów. Nieraz nas denerwują, ale bardzo ich kochamy. Poza tym obie lubimy wszystko kontrolować. Kiedy ktoś nam zabiera możliwość kontrolowania wszystkiego, to wyrzuca nas tym samym z naszej strefy komfortu. Ja przez cały czas miałam wszystko pod kontrolą i nagle się to skończyło.

Co masz na myśli?

Zwolniono mnie z pracy tuż przed emeryturą. Bez mojej winy. Blanka przyjechała natychmiast do domu. Bardzo mnie wspierała. Pomogła mi. Potrafiła wytłumaczyć, że to nie koniec świata, że są inne rzeczy ważniejsze niż praca.

Jakie są największe zalety Blanki?

Blanka jest przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. Jest uczciwa. Świadomie nikomu krzywdy nie zrobi.

A ma jakieś wady?

Czy ma wady?  Tak, jest impulsywna. Nieraz szybciej mówi, niż myśli. Chociaż coraz rzadziej jej się to zdarza. Ale to jest kochane dziecko. Dla mnie będzie zawsze moją małą Blaneczką.

rozmawiała Anna Zejdler