Angelika Kucińska: Pisanie „Mojej siły” było terapeutyczne? Książka pomogła Ci przepracować własne doświadczenie przemocy?

Justyna Moraczewska: Ostatecznie na pewno, chociaż nie do końca taka była intencja. Sama całkiem szybko zaczęłam mówić o swoim doświadczeniu przemocy i wtedy dotarła do mnie skala problemu. Wcześniej nie miałam pojęcia, że przemocy doświadcza tak wiele kobiet, bo to przecież nie jest temat, który poruszasz swobodnie przy butelce prosecco. Ale  jak sama się otworzysz, to ludzie też chętnie się przy tobie otwierają i zaczynają mówić. Chyba poczułam misję.

Mówisz, że szybko zaczęłaś opowiadać swoją historię. To rzadkie, bo ofiary przemocy się wstydzą.

We mnie też był wstyd. Wydaje nam się, że przemoc to coś, co wydarza się wyłącznie w rzeczywistości – i tu absolutnie nie chcę nikogo urazić, ale muszę użyć tego określenia – patologicznej. Nie ma jej w naszym fajnym miejskim życiu, nawet nie dopuszczamy do siebie myśli, że mogłaby być. Stąd wynika milczenie wielu kobiet. Gdy uderzył mnie mój ówczesny partner, nie do pojęcia było dla mnie, żeby zadzwonić na policję. Policja u mnie? U tej dziennikarki? Co powiedzą sąsiedzi? Potwornie się wstydziłam, że znalazłam się w takiej sytuacji. Przecież ona do mnie nie pasowała, nie pasowała do mojego mieszkania, do moich ciuchów, do mojego stylu życia. A potem, gdy zaczęłam rozmawiać z innymi kobietami, okazało się, że tam, gdzie wszystko jest eleganckie i ułożone, też dochodzi do przemocy. Wydarzenia są identyczne, różni się tylko scenografia. Kobiety wstydzą się mówić o przemocy, która ich spotkała albo spotyka, bo to psuje ich wizerunek. Wiem, jak to brzmi, ale tak jest. Poznałam wiele kobiet na wysokich, odpowiedzialnych stanowiskach, które powiedziały mi, że są mistrzyniami charakteryzacji, że od lat ukrywają siniaki i nigdy nie powiedziałyby o przemocy, bo to osłabiłoby ich pozycję. Wiesz, twarda przełożona, zarządza ludźmi, a później przychodzi do domu i daje się lać, obrażać czy wyzywać? To się przecież nie klei.

Ale właśnie na tym polega moc Twojej książki. Demaskujesz stereotypowe wyobrażenie o ofiarach przemocy domowej. To myślenie, że wykształconych, spełnionych zawodowo, niezależnych finansowo kobiet przemoc nie dotyka.

Sama byłam zdziwiona, jak nieprawdziwe jest to powszechne wyobrażenie o ofiarach. Często dostaję pytanie, czy trudno było mi znaleźć bohaterki do książki. A one znalazły się same. Pamiętam spotkanie służbowe z kobietą, którą znam od wielu lat. Mówię o swoich planach na książkę, a ona wyznaje nagle, że może opowiedzieć mi swoją własną historię. Ale jak to? Ty masz taką historię za sobą? Byłam w szoku. Niemal co druga kobieta, z którą rozmawiałam w tamtym czasie, albo sama doświadczyła przemocy, albo wychowywała się w przemocowym domu, gdzie ojciec bił matkę, albo ma kogoś wśród najbliższych  z takim doświadczeniem. A to przecież kobiety ze środowiska, w którym nikt nie podejrzewa, że mogłoby dochodzić do jakiejkolwiek przemocy. Jest fajnie, jeździmy dobrymi samochodami, stać nas na kredyt hipoteczny, mamy dzieci często w prywatnych szkołach. Gdzie tu miejsce na wątki patologiczne?

Co „Moja siła” da kobietom, które ją przeczytają?

Chciałabym, żeby dała im tę tytułową siłę. Żeby przestały się bać, żeby przestały się wstydzić, żeby poczuły, że nie są same. Przede wszystkim chciałabym, żeby zrozumiały, że przemoc ma wiele twarzy i niekonieczne manifestuje się jako ta fizyczna. Jest zarówno czynem, jak i zaniechaniem, które krzywdzi i rani, na co wyraźnie wskazuje definicja, którą specjalnie zamieszczam na samym początku książki. Milczenie również może być formą przemocy. Chciałabym też, żeby „Moja siła” pokazała, jak wyjść z sytuacji, które wydają się bez wyjścia. Nie bez powodu rozmawiam z ekspertami, którzy mówią, jak się zachować, gdzie zadzwonić, co zrobić, żeby wyzwolić się z przemocowej relacji. Kobiety często czują się bezsilne. Mam się wyprowadzić, ale dokąd? Jeśli odejdę, to z czego będę żyła? Chcę pokazać kobietom, że mają więcej siły, niż im się wydaje. Jasne, że po drugiej stronie jest cholernie ciężko. Kobiety często zostają same z dziećmi, faktycznie pogarsza się  ich sytuacja materialna. Zaczynają myśleć, że ten partner może bił, gnębił i wyzywał, kontrolował, ale zarazem zrobił zakupy, zawiózł samochód do mechanika, przydawał się w codziennym życiu. Mówię to także na swoim przykładzie. Trudno jest być samej. Historie kobiet w mojej książce to dowód na to, że niezależnie od sytuacji materialnej zawsze warto wyrwać się z kręgu przemocy, bo przestajesz żyć w strachu i odzyskujesz godność. Może żyjesz biedniej, może samotnie, ale godnie. 

Wspomniałaś o ekspertach. Wywiad z policjantką czytałam z ograniczonym zaufaniem. Bo przecież wiemy, że system nie chroni kobiet.

Zaparłam się, że nie skończę książki, dopóki nie będę miała tego wywiadu. Policja jest pierwszą instancją, do której zwracasz się w przypadku aktu przemocy. Zależało mi, żeby kobiety wiedziały, do czego mają prawo. Jeśli nie znasz przepisów, to wszystko zależy od policjanta, który przyjedzie na interwencję. Kiedy policja przyjechała do mojego domu, byłam totalnie zawstydzona, czułam się, jakby mi UFO wylądowało w salonie, i chciałam, żeby sobie jak najszybciej poszli. Nie wiedziałam, że powinnam wtedy złożyć zeznania. Dopiero później rodzina wymusiła na mnie, żebym pojechała na komisariat i to zrobiła. Co się stało? Zostały źle spisane. Funkcjonariusz potraktował mnie protekcjonalnie, jakbym sobie przyjechała ponarzekać na starego. A mocno panią uderzył? A była pani trzeźwa? A pani go przypadkiem nie prowokowała? Zadawał mi takie pytania cynicznie, z pogardą. Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie policjantka, ta, z którą rozmawiam w książce. Poprosiła o ponowne złożenie zeznań. To ona mi uświadomiła, jakie mam prawa. Nie oceniała mnie, interesowały ją fakty, i tak to powinno wyglądać. 

Te wszystkie doświadczenia wpłynęły na Twoją opinię o mężczyznach?

To, co wydarzyło się w moim życiu i czego wysłuchałam od kobiet podczas pracy nad książką, zrobiło ze mnie wojowniczkę nastawioną nieufnie do mężczyzn. Ale jestem daleka od generalizacji. Nie uważam, że każdy facet to świnia. Nie każdy bije, poniża, ma obsesję na punkcie kontroli, ale wielu tak. Nie chcę, żeby moja córka weszła kiedyś w związek, w którym będzie kontrolowana albo bita czy poniżana. Nie chcę, żeby zaczepiano ją na ulicy, żeby bała się wracać do domu po zmroku, tylko dlatego, że to jest wciąż męski świat. Nie wychowuję jej na grzeczną dziewczynkę, bo stąd już tylko krok do uległości  w dorosłym życiu. Nie ma we mnie zgody na przedmiotowe traktowanie kobiet, na zastraszanie nas, w jakiejkolwiek formie. I fajnie, gdyby mężczyźni też się ocknęli, bo to nie jest tylko nasza walka. A świat, czy tego chcą, czy nie, staje się coraz bardziej kobiecy. Zresztą inaczej nie przetrwa.