Łukasz Jemioł zna przepis na sukces. Gwiazdy, celebryci i influencerzy – wszyscy noszą bluzy i T-shirty jego projektu.  Z hasłem „First love, second sex”, słowem „Hunted” czy tak, jak teraz ze słodkim reniferem. Wszyscy zastanawiają się: jak on to robi? Ja zapytałam go o to wprost. 

Ewa Chodakowska w białym T-shircie z konikiem na biegunach. Jessica Mercedes w czerwonej bluzie z reniferem, a Jakob Kosel w T-shircie z ołowianym żołnierzykiem… Nie ma dnia, żeby ktoś nie wrzucił na Instagram zdjęcia w rzeczach ze gwiazdkowej kolekcji Jemioła. „Każdy ma swoją receptę na magię” – mówi mi enigmatycznie Łukasz Jemioł, kiedy pytam, jak udaje mu się co chwilę wymyślać produkty, które ludzie chcą mieć. Jemioł jak mało kto potrafi wyczuć niuanse w modowych trendach i jeszcze tak je podbić, żeby uczynić z nich absolutne must-have. Gdy wszyscy robią T-shirty z hasłami, on też robi T-shirty z hasłami, ale w pięciu językach. Zamiast klasycznego motywu serca haftuje na swoich rzeczach serce, z tym że anatomiczne. Supermodną personalizację też ogrywa po swojemu: wyszywa imiona klientek na plecach kurtek i chwilę po nim zaczyna to robić mnóstwo marek. 

„Nie lubię banałów – mówi Łukasz – zrobić podkoszulek z napisem pozbawionym jakiegokolwiek kontekstu to żadna sztuka. Tylko o co w takim T-shircie chodzi? Czytamy książki, chodzimy do teatru... Twórzmy więc inteligentną modę! Uważam, że produkt, który pokazujesz, świadczy nie tylko o tym, jakim jesteś projektantem, ale też jakim jesteś człowiekiem. W jakiej kondycji intelektualnej i jak się poruszasz po współczesnym świecie. Od projektantów, w tym również od siebie, wymagam więcej niż uszycie sukienki z falbanką”.

Dyktatura mody

Kiedy mówię, że jest świetnym marketingowcem, od razu zaprzecza: „W pierwszej kolejności jestem projektantem”. Natychmiast jednak przyznaje, że dzisiejsza moda nie istnieje bez marketingu. Jego zdaniem wszyscy dobrzy projektanci mody są wybitnie inteligentnymi ludźmi. „Po pierwsze, są w stanie wyciągać socjologiczne wnioski z tego, co się dzieje na rynku” – wyjaśnia Łukasz. „A po drugie, potrafią wydobyć kwintesencję z pragnień swojej grupy docelowej, przefiltrować ją przez swój gust i estetykę i stworzyć produkt, którym zainteresuje się rynek”.

I właśnie umiejętność stworzenia i utrzymania tego zainteresowania jest tajemnicą sukcesu. Współczesna moda nie wymyśli niczego na miarę „New Look” Diora, ale nadal może tworzyć rzeczy, których ludzie pożądają. Tak jak perfum Chanel N°5, torebek Louis Vuitton czy ramonesek Saint Laurent... Łukasz Jemioł mówi, że uszycie 30 looków, które nie wejdą do produkcji, i zrobienie z nich pokazu go nie interesuje. „Projektanci powinni wyprzedzać czas – tłumaczy – mówić: «Teraz nosimyT-shirty z hasłami, teraz nosimy paski, teraz nie boimy się koloru». Mnie kręci to, że za pomocą swoich kolekcji mogę kształtować gusty kobiet”.

Co sezon nowa historia

Nad kolekcją zwykle pracuje pół roku. Poprzednia była bardzo w stylu Hamptons, z flamingami i marynarskimi pasami. W aktualnej widać wpływ, jaki wywarła na nim podróż po Azji z programem „Azja Express”. Jeden z wzorów to tygrys – taki, jak na azjatyckich rycinach. „Lubię eksploatować nowe pomysły, nowe tematy” – opowiada Łukasz Jemioł. „Każdy sezon powinien być nową historią zamkniętą w twojej estetyce. O to moim zdaniem chodzi w projektowaniu. O kreację i o wietrzenie głowy”. 

Bycie projektantem to praca w ciągłym stresie. Wpadka? W jego słowniku nie ma takiego słowa. Stawka jest spora: trzeba zrobić dwie kolekcje premium w roku, jedną basic, utrzymać butiki i pracowników. Deadline działa na niego jak adrenalina. Na miesiąc przed pokazem wszystkie fabryki tkanin i szwalnie, z którymi współpracuje, są w pełnej gotowości. Szycie 60 dodatkowych rzeczy na last minute to norma.

„Najlepsze pomysły zawsze przychodzą mi do głowy na tydzień przed pokazem” – przyznaje. „Jeśli zamawiasz tkaniny warte setki tysięcy euro, to nie możesz z nich zrobić przypadkowych rzeczy. Dzisiaj moda szybko się ludziom nudzi. Nikt już nie chce czekać pół roku na coś, co widział na pokazie. Projektantom coraz trudniej się wyróżnić.
Jest mnóstwo firm, które robią ubrania, ale tylko kilka brandów dyktuje zjawiska”.

Najważniejsze są dla niego radość tworzenia i możliwość ścigania się z samym sobą. „To jak modowa olimpiada: przeskoczyłem płotek na 1,20 m, teraz próbuję na 1,50” – żartuje Łukasz Jemioł. „Co jest nagrodą? To, że zostawiasz po sobie fajną historię. I że nie byłeś jednym z wielu...”