W niedzielę 13 października Polacy wybrali nowy Sejm i Senat. Dzisiaj dowiedzieliśmy się, że w parlamencie, jeszcze w starym składzie (co, mający większość dotychczasowy obóz rządzący, zagwarantował sobie jeszcze przed wyborami) odbyło się pierwsze czytanie, a na jutro (16 października) zaplanowano głosowanie nad przygotowanym przez środowiska ultrakatolickie projektem obywatelskim „Stop Pedofilii”, zakładającym penalizację edukacji seksualnej. Co to oznacza? W wielkim skrócie, upraszczając zawarte w projekcie zapisy, posłowie głosować będą nad wprowadzeniem kar pozbawienia wolności dla edukatorów seksualnych. Prawo i Sprawiedliwość, czyli partia mająca pełnię władzy do ostatnich wyborów, oraz większość w Sejmie po niedzielnym głosowaniu, w pełni popiera projekt „Stop Pedofilii” i chce domagać się nawet 5 lat więzienia.

Zobacz także: MY BODY, MY CHOICE? O tym, jak mężczyźni odbierają nam prawo do decydowania o sobie a dystopia Margaret Atwood spełnia się na naszych oczach

Przeciwko edukacji seksualnej w szkołach jest również Konfederacja, która głosami głównie młodych Polaków, przekroczyła próg wyborczy, zdobywając ponad 6 procent poparcia. Komitet ten, o charakterze skrajnie prawicowym, eurosceptycznym i głoszący faszystowskie postulaty, ma lidera uważającego, że kobiety są słabsze i mniej inteligentne niż mężczyźni. A w swoim programie nie zawarł ani słowa o tym, jak po wyborach widzi sytuację kobiet w naszym kraju. Zapewniał natomiast, że głos oddany na ugrupowanie Grzegorza Brauna, a mającego twarz Janusza Korwina-Mikkego, będzie gwarantować „prawo rodziców do wychowania dzieci w zgodzie z ich wartościami”, co jest jednoznaczne z walką z „tęczową zarazą” i „pogańską ideologią”, czyli w mniemaniu arcybiskupa Marka Jędraszewskiego, środowiskiem LGBT. Jaki los przez najbliższe cztery lata czeka więc Polki, a szczególnie te, które nie opowiedziały się ani za PiSem, ani za Konfederacją? Niestety, nieciekawy…

Co czeka Polki po wyborach 2019? Powróci temat zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej 

Tuż po ogłoszeniu niedzielnych wyników sondażu exit poll, na facebookowym profilu inicjatywy obywatelskiej Dziewuchy Dziewuchom, która zrodziła się za poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości, kiedy to rządzący rozpatrywali zaostrzenie ustawy antyaborcyjnej, pojawił się plakat przedstawiający symbol protestujących kobiet wówczas Polek, czyli czarne parasolki z dopiskiem „Gotowe?”. Bo prawda jest taka, że prędzej czy później temat aborcji powróci, a organizacje pro-life na czele z Kają Godek, znów będą postulować, że kobieta nie ma prawa przerwać ciąży nawet w przypadku ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu czy też w przypadku choroby, która zagraża jego życiu. Co ciekawe, Godek była przez jakiś czas członkinią Konfederacji, jednak ze względu na to, że wspomniani już wcześniej Braun i Mikke nie chcieli ludzi związanej z jej środowiskiem w postaci "jedynek" na swoich listach, działaczka zdecydowała się opuścić szeregi partii. Odebrała sobie tym samym szansę za mandat, co jednak na pewno nie oznacza, że zrezygnuje ze swojej antyaborcyjnej działalności.

Zobacz także: Odmowa dostępu do legalnej aborcji jest torturą. Tak twierdzi ONZ

Za to, jak donosi portal OKO.press, najwięcej posłanek do Sejmu wybranego 13 października wprowadziła Lewica, bo 43%. Ale trudno się dziwić, gdyż w swoim programie to właśnie blok dowodzony przez Roberta Biedronia z Wiosny, Włodzimierza Czarzastego z Sojuszu Lewicy Demokratycznej i Adriana Zandberga z partii Razem, poświęcił kobietom najwięcej miejsca. Gwarantował legalną aborcję do 12. tygodnia ciąży, refundację antykoncepcji i in vitro czy opiekę okołoporodową i znieczulenia. Na to wszystko kompletnie nieczułe były natomiast Prawo i Sprawiedliwość oraz Koalicja Polska, czyli Polskie Stronnictwo Ludowe i Kukiz‘15, które reprezentować będzie kolejno 23% i 16,7% posłanek. Koalicja Obywatelska, której twarzą tuż przed wyborami została Małgorzata Kidawa-Błońska, będzie miała 37% posłanek. Podczas kampanii wyborczej największy oponent PiS był dość oszczędny w odważnych deklaracjach, choć podobnie jak Lewica opowiadał się finansowaniem in vitro, prawem do bezpłatnego znieczulenia przy porodzie, pełnego dostępu do badań prenatalnych i opieki okołoporodowej, refundowaną antykoncepcją, alimentami ściąganymi w formie podatków, a także likwidacją luki płciowej i emerytalnej, przekonując potencjalne wyborczynie walką ze stereotypami, transparentnością wysokości wynagrodzeń oraz wsparciem kobiet na rynku pracy. Gdyby 13 października głosowały tylko kobiety, zagwarantowałyby sobie wszystkie te powyższe prawa, a Konfederacja nawet nie weszłaby do Sejmu.

PiS wygrał wybory. I co dalej? 

Tak się jednak nie stało. I co teraz? Ogólnopolski Strajk Kobiet już podejmuje pierwsze kroki i idzie 16 października pod Sejm. Trzeba też, mimo wszystko, postarać się doszukiwać jakichkolwiek plusów choćby z tego, że w Senacie stosunkiem głosów 51 do 49 władzę przejmuje opozycja. To wpływa na kilka istotnych kwestii, jak na przykład prawo odrzucenia zapisanych w ustawie propozycji Sejmu (czyli Prawa i Sprawiedliwości), co wiąże się automatycznie z wydłużeniem procesu legislacyjnego. Uda się więc uniknąć ustaw przepychanych w ciągu doby, najlepiej w środku nocy. Nowy Senat może uprzykrzyć dominującemu w Sejmie ugrupowaniu władzę także tym, że w jego mocy leży przedstawianie własnych projektów ustaw czy powoływanie Rzecznika Praw Obywatelskich - póki co jedynej prawomocnej instytucji nie zawłaszczonej przez PiS (stanowisko to nadal sprawuje Adam Bodnar). Choć niezwykle łatwo przychodzi nam aktualnie porównywać naszą przyszłość z rzeczywistością rodem z Republiki Gilead, nie zmienia to faktu, że siła do walki, jaka wzrosła w kobietach przez ostatnie cztery lata jest większa niż kiedykolwiek. I nic nie wskazuje na to, żeby pod tym względem w najbliższym czasie miało się cokolwiek zmienić.

Zobacz także: Polki muszą przepracować 14 miesięcy, żeby zarobić tyle, co mężczyzna w ciągu roku. Wyniki nowego raportu na temat płac są zatrważające!