1. Susz włosy

To nie żart i już tłumaczę skąd ta, mogłoby się wydawać, dość dziwna rada. Generalnie jeśli chodzi o suszenie włosów suszarką teorię są różne. Z jednej strony podmuch powietrza (zwłaszcza chłodnego w ostatniej fazie suszenia) ładnie domyka łuski włosa, dzięki czemu fryzura jest zdrowsza, gładka i bardziej błyszcząca. Jonizacja, jeśli suszarka ma taką funkcję (gorąco polecam zwrócić na to uwagę przy zakupie) wzmacnia ten efekt sprawiając dodatkowo, że włosy się nie elektryzują. Ale są też minusy – gorące powietrze, zwłaszcza przy częstym i szybkim suszeniu głowy (z temperaturą ustawioną na maxa, bez odpowiedniego odsączenia wody ręcznikiem oraz zabezpieczenia włosów specjalnym preparatem przeciwko wysokiej temperaturze – bo przecież za 5 minut musimy już wyjść!) jednak uwrażliwia włosy. Wiele osób właśnie dlatego pozostawia je do samoistnego wyschnięcia. W grupie tych osób jestem też ja, ale z zupełnie innego powodu – moje włosy są cienkie i z natury proste, a ja lubię volume i puszysty efekt w stylu „na moment przed beach waves”, który osiągam, gdy moje włosy wyschną na wolnym powietrzu. Niestety szybko przetłuszczają się u nasady, więc by zachować świeżość powinnam myć je w zasadzie codziennie.

Gdy byłam u Irka Kłembokowskiego (warszawski salon „Garaż”) narzekałam na ten właśnie „problem”, gdy nagle on zapytał się mnie, w jaki sposób suszę włosy. Gdy powiedziałam mu, że czekam aż wyschną same stwierdził, że to jest właśnie powód moich tłustych włosów. Jak to możliwe? Fryzjer wyjaśnił mi, że o ile włosy na końcach schną stosunkowo szybko, to te u nasady pozostając przez kilka godzin wilgotnymi tworzą pewien rodzaj okluzji – takiego „czepka”, pod którym skóra nie może oddychać i po prostu się poci, wydzielając dużą ilość sebum! Stąd włosy po wyschnięciu, są już praktycznie znowu przetłuszczone. Ponieważ znał powód mojej niechęci do suszarki, zalecił mi bym koniecznie podsuszała koronę włosów, „wpuszczała” między skórę głowy, a nasadę włosów trochę powietrza, a resztę zostawiała do wyschnięcia. Początkowo byłam nastawiona dosyć sceptycznie, ale zaczęłam obserwować włosy i... musiałam przyznać Irkowi rację. Od tamtej pory dzięki krótkiemu podsuszaniu skalpu włosy mogę myć co drugi dzień i naprawdę na drugi dzień spokojnie dają radę, nawet bez pomocy suchego szamponu!
 

2. Uważaj na olej kokosowy

Tę przestrogę dostałam od Darka Wójcika z salonu DW Creative Group, z którym od lat walczymy o zimne tony na moich włosach. Choć Darek jest moim zdaniem najlepszym specjalistą w tej dziedzinie, walka i tak nie należy do najłatwiejszych – moje włosy są „wyposażone” w bardzo dużą ilość czerwonego pigmentu, a do tego naprawdę ciężko się rozjaśniają, mimo że są naprawdę delikatne. Fioletowe szampony i odżywki, maski oraz tonery grane są cały czas, bo na swojej głowie jestem w stanie znieść wszystko, poza ciepło-rudą tonacją.

W czasie, gdy mocno gimnastykowałam się, by nadać swoim włosom upragnionego chłodnego odcienia, równolegle i całkiem nieświadomie trochę sabotowałam ten proces. Jak? Okazało się, że jednym z moich anty-sprzymierzeńców jest ukochany przeze mnie olej kokosowy, z resztą bardzo popularny w pielęgnacji włosów. Darek zdradził, że często zdarza się, że olejek kokosowy wybija żółte tony i sprawia, że włosy robią się ciemniejsze, zwłaszcza na zwykle bardziej rozjaśnionych końcach. Ponieważ to głównie na tę partię włosów go nakładamy, by zabezpieczyć końcówki przed rozdwajaniem i trochę je nawilżyć, nie powinien być stosowany w przypadku platynowych blondynek, ani innych odcieni, które z założenia mają być chłodnymi. O mamo! Po powrocie do domu i dokładnemu przestudiowaniu INCI wszystkich produktów do włosów okazało się, że mam go praktycznie w każdej włosowej mieszance olei typu light (olejek arganowy jest dla moich włosów za ciężki i uwaga: podobno też „zażółca”!). Co więcej, w tym czasie rozważałam nawet przeprowadzenie modnego olejowania włosów. Tak właśnie pożegnałam olejek kokosowy (wszystko co mogłam zużyłam na ciało) i z perspektywy czasu uważam, że był to dobry ruch, bo o ile włosy po pewnym czasie nadal trochę żółkną, to przynajmniej dzieje się to równomiernie, a nie jak wcześniej – głównie na końcach.
 

3. Nie cieniuj włosów (i sprawdź fazę księżyca!)

Zdaje sobie sprawę, że ten punkt jest najmniej uniwersalny ze wszystkich, dlatego z góry przepraszam właścicielki grubych i bujnych włosów, które wymagają zdjęcia z objętości. No i fanki „pazurków” (pozdrawiam mamo!). Zakładam jednak, że właścicielek cienkich, typowo słowiańskich włosów jest tu jednak więcej. Żeby było jasne: ogólnie nie mam nic do cieniowania, ale dla mnie to trochę taki case jak z legendarnym już podcinaniem końcówek. Prmosisz o 2 cm, a jest 10 cm i zupełnie nie wiesz dlaczego. Mam wrażenie, że niektórzy fryzjerzy wychodzą z założenia, że po prostu wiedzą jak będzie lepiej i podejmują decyzję za nas z nadzieją, że jeszcze będziemy im za to wdzięczne. No nie. Generalnie test z końcówkami (prosisz o 1,5 cm i patrzysz czy właśnie tyle ścina ci fryzjer – oczywiście wszelkie sugestie po wykonaniu oceny stanu włosów są mile widziane, ale samodzielne podejmowanie decyzji już nie) to test na dobrego fryzjera – sprawdza czy zrobi on na twojej głowie dokładnie to, co chcesz, nawet jeśli sam nie do końca kupuje twój pomysł.

Ja dokładnie w ten sposób zaprzyjaźniłam się z Kamilem Nowosadem (prowadzi swój własny salon w Warszawie Nowosadi Hairdresser), który ma świetną rękę do nożyczek i absolutny szacunek do życzeń klientów (jak znasz się z nim odpowiednio długo to na pewno usłyszysz co myśli na dany temat). Pamiętam jak życie moich włosów zmieniło się, gdy po raz pierwszy ściął mi je totalnie na prosto i... nie zrobił nic więcej. Żadnego degażowania, strzępienia, „nadawania formy 3D”. Twoje włosy same się wycieniują, a dzięki cięciu jak od linijki będzie dłużej wydawało się, że jest ich więcej powiedział i... miał 100% racji, bo przez noszenie ich ciągle rozpuszczonych, włosy szybko wykruszają się pod wpływem tarć i uderzeń o ramiona. Tak pożegnałam się ze smutnymi „mysimi ogonkami”, które naprawdę sporo odejmowały mojej fryzurze. Dziś czasami proszę Kamila nawet o cięcie maszynką elektryczną, a ponieważ ostatnio na Instagramie nałogowo oglądam nowy trend – cięcie włosów ostrym tasakiem, jeszcze wszystko przede mną :-).

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Pamiętam jak Kamil na pierwszej wizycie zażartował, że po jego nożyczkach szybciej rosną włosy, a potem zupełnie serio opowiedział o dostosowywaniu wizyt w salonie do faz księżyca, które praktykuje jego znajoma, właśnie w celu szybszego zapuszczania włosów. O to, kiedy jest się najlepiej wybrać do fryzjera spytałam już mojego znajomego astrologa Ryszarda Borowieckiego. By włosy jak najszybciej odrosły należy zaplanować wizytę u fryzjera na kilka dni przed pełnią. Z odważnymi, eksperymentalnymi cięciami lepiej uważać, gdy Księżyc znajduje się w znaku Lwa lub Panny. Natomiast dla tych, którzy noszą krótkie fryzury i szybkie odrastanie włosów nie jest po ich myśli, najlepszy czas na wizytę u fryzjera mają tuż przed nowiem. Ja w to wierzę, ale koniecznie dajcie znać czy działa! #Z.

Zobacz także: Księżycowy kalendarz urody – pic na wodę, czy coś w tym jest? ( i czym do cholery jest w takim razie antropozofia?!)