Jesienią rząd zaapelował do rektorów uczelni medycznych w Polsce o pomoc w walce z COVID-19. Do pracy na oddziałach przekształconych w covidowe zaczęli zgłaszać się studenci ostatnich lat medycyny. W szpitalach pomagali lekarzom, pielęgniarkom, personelowi medycznemu. Zapytaliśmy czworo z nich, jak czuli się na froncie walki z koronawirusem, czego się nauczyli i jak radzili sobie w kontakcie ze śmiercią.

Mateusz Wrocławski

Ma 24 lata, jest studentem 5. roku Kolegium Wojskowo-Lekarskiego w Łodzi. Pracował na oddziale kardiologicznym-covidowym w wojewódzkim szpitalu specjalistycznym im. Wł. Biegańskiego w Łodzi.

Trafiłem na oddział kardiologiczny, który głównie leczył pacjentów z chorobami serca zarażonych COVID-em. Nie bałem się zakażenia – zgłosiłem się, bo chciałem się nauczyć czegoś nowego. Gdy usłyszałem o tej możliwości, zapowiadało się, że druga fala będzie bardzo ciężka, że ludzie będą leżeli na korytarzach. Zostałem przydzielony do pomocy pielęgniarkom, jako opiekun medyczny. Pracy było mnóstwo. Pierwszego dnia zacząłem od formalności. Po wejściu na oddział przedstawiłem się i powiedziałem: „Jestem tu, żeby paniom pomóc”. Dostałem strój jednorazowy, przyłbice. Pokazano mi, jak ubrać się w odzież ochronną i jak bezpiecznie ją ściągać. Nasz oddział był niewielki, 15 łóżek, ale ciężki. Trafiali do niego pacjenci w bardzo złym stanie. Przed epidemią leżeli na nim ludzie po zawałach czy z poważnymi zaburzeniami rytmu serca. Teraz leżą tacy, którzy nie mogą samodzielnie oddychać. Pacjenci tego oddziału mieli na sobie: pięć elektrod, czyli pięć kabli, cewnik do pęcherza, kolejny kabel, pulsoksymetr na palec, siódmy kabel, maskę tlenową na twarzy, kolejne kable… i kroplówkę. Leżeli więc bez możliwości ruchu. Nie mogli poczytać książki, patrzeć w komórkę. Byli tak niedotlenieni, że przejście z pozycji leżącej do siedzącej męczyło ich jak wejście na 10. piętro. 

Do moich obowiązków należały: zmiana pościeli, przebieranie chorych, właściwe ułożenie ich w łóżkach, transport pacjentów na badania, wymiana pampersów, opatrunków, worków z moczem, butli z tlenem, prowadzenie bilansu płynów, mierzenie glikemii i wiele innych czynności, przy których akurat byłem potrzebny. Moim zadaniem było też rozmawianie z pacjentami. To były głównie osoby starsze, więc pomagałem im w obsłudze komórki, w kontakcie z rodziną – wykręcałem im numery do żon, dzieci, rodzeństwa. Pomagałem im podczas posiłków, przy przyjmowaniu leków i przy zmianie pozycji, przynosiłem wodę. Starałem się zaspokajać wszystkie ich podstawowe potrzeby. Do moich obowiązków należało też pakowanie rzeczy osobistych zmarłych. Nie byłem świadkiem wielu zgonów, ale zanosiłem te worki do specjalnie przeznaczonego pomieszczenia, w którym znajdowały się rzeczy innych zmarłych. Tam leżało pełno tych worków. Było ich bardzo, bardzo dużo... W czasie epidemii w ciele pacjenta po zgonie zostają wszystkie cewniki, rurki, zostawiamy go również w ubraniu. Do naturalnych otworów ciała wkłada się nasączone chlorem chusteczki. Potem ciało zalewa się płynem do dezynfekcji na bazie alkoholu 60%, wkłada w dwa worki i zamyka w nich. Nikt nie może ich już otworzyć. Takie są procedury. To ciężkie przeżycie dla rodzin, które nie mogą się pożegnać, przecież nie mogli nawet odwiedzać pacjentów w szpitalu. Przez całe studia uczymy się kontaktu ze śmiercią. Patrzenie na człowieka, który odchodzi, coraz płycej oddycha i widać, że gaśnie, jest przejmujące. Ale w takiej sytuacji, gdy jest tak dużo pracy z innymi chorymi, nie można sobie pozwolić na rozklejanie się. Lekarze mają inny stosunek do cielesności. Otwarcie mówimy o czynnościach fizjologicznych, problemach, o seksie, zadajemy bezpośrednie pytania. W czasie pracy do moich obowiązków należały toaleta i mycie pacjentów. Pamiętam, że przed pandemią pacjentki często nie chciały być nawet oglądane przez studentów, ale na oddziale, na którym pracowałem, pacjenci byli tak wymęczeni, że nie zwracali uwagi na płeć obsługującego ich personelu. Byli wdzięczni, że to robię, bo sami nie byli w stanie się umyć, a nawet samodzielnie zmienić pozycji w łóżku. 

Zdarzały się nieprzyjemne sytuacje. Pacjenci w stanie niedotlenienia często zachowują się nieracjonalnie: miewają napady agresji, konfabulują, nie rozumieją, co z nimi robimy. Potrafią wyciągnąć sobie wenflon lub zerwać dopływ tlenu. To niebezpieczne, a oni dodatkowo bardzo się męczą. Po podłączeniu do respiratora, które jest absolutną ostatecznością, robi się nieciekawie. Pacjenci muszą leżeć w „śpiączce farmakologicznej”, m.in. na opioidach mocniejszych od morfiny. W warunkach pandemii mało kto z tego wychodzi, bo bycie zaintubowanym przez kilka, kilkanaście tygodni powoduje mnóstwo powikłań. Jeżeli pacjenci się wybudzą w trakcie, mogą uszkodzić sobie krtań i tchawicę. Oczywiście są ludzie, którzy z tego wychodzą, którym respirator pomaga wrócić do zdrowia. Ale nierzadko już po odłączeniu od respiratora konsekwencje dla organizmu są poważne i potrzebna jest rehabilitacja oddechowa. 

Dzięki pracy na oddziale nauczyłem się jeszcze większej empatii, lepszego kontaktu z pacjentem i cierpliwości. Dzięki temu doświadczeniu rok 2020 nie będzie mi się kojarzył tylko z tym, że siedziałem w domu na zajęciach online. Panie pielęgniarki bardzo dużo mnie nauczyły, zadbały o to, żebym był jak najbardziej samodzielny, miałem powtórkę z farmakologii, EKG. Medycznie dało mi to wiele. Kontakt z pielęgniarkami był świetny, a mnie jako przyszłemu lekarzowi, zależy na tym, żeby w przyszłości jak najlepiej z nimi w przyszłości współpracować.

Emilia Stanicka

Ma 25 lat, jest studentką 6. roku na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Pracowała na oddziale covidowym w uniwersyteckim centrum klinicznym w gdańsku. 

Jesienią okazało się, że brakuje rąk do pracy w szpitalach. Zgłosiłam się od razu. Nie bałam się zakażenia, a poza tym na oddziałach jesteśmy dobrze chronieni. Niektórzy ludzie na wieść o tym, iż pracuję w szpitalu covidowym, zaczęli mnie traktować ostrożniej. Sąsiedzi nie chcieli, żebym się do nich zbliżała. A na oddziale jesteśmy ubrani po zęby, naprawdę bezpieczni. Moja mama jest pielęgniarką i też pracuje na oddziale covidowym. Podejmując pracę, czułam się, jakbym jej w tym towarzyszyła, chociaż mieszkamy w innych miastach. Wspieramy się, dzielimy się opiniami. Jesteśmy w tym razem i to mi dużo daje. Mama jest dla mnie ogromnym wsparciem. 

Na oddziale covidowym pracuję jako asystent lekarza. Mój pierwszy dzień w pracy był przerażający – weszłam do pokoju doświadczonych lekarzy i bałam się, że zrobię coś nie tak. Ale wszyscy byli mili i pomocni. Zaczęłam o siódmej rano, ubrałam się w strój barierowy i weszłam na oddział. Do moich obowiązków należało zbieranie parametrów pacjentów, rozmawianie z nimi, uzupełnianie skal, odciążanie lekarzy i pielęgniarek w prostszych czynnościach przy chorych. Pierwszego dnia od razu spędziłam w kombinezonie cztery godziny bez jedzenia, picia, możliwości pójścia do łazienki. To nie był dla mnie problem. Wyjście ze strony „brudnej” za każdym razem wiąże się z rozebraniem, pełną dezynfekcją, prysznicem. Można to zrobić właściwie w każdej chwili, ale szkoda mi było na to czasu.  

W zawodzie lekarza najważniejsza jest empatia. Dlatego w trakcie pracy starałam się ćwiczyć umiejętności miękkie. Nie miałam problemu z odbieraniem kolejnych telefonów od zmartwionych rodzin. Lubię rozmawiać z ludźmi, lubię pomagać. Pytam lekarzy, jak sobie radzą z emocjami w pracy, i to mi bardzo pomaga. Nauczyłam się, że trzeba dawać ludziom jak najwięcej, póki są. Każdy z nas kiedyś odejdzie. Umieranie nie powinno być tematem tabu. O wiele łatwiej pogodzić się z tym, że ktoś odszedł, jeżeli za jego życia byliśmy dla niego mili, dobrzy, pomocni. Wiedząc, że podaliśmy mu wodę, gdy tego potrzebował, powiedzieliśmy mu coś miłego. Bycie przyzwoitą osobą pomaga mi radzić sobie ze śmiercią pacjentów. Chorzy na COVID potrafią stracić możliwość samodzielnego oddychania w kilka chwil. Bardzo ważne jest też to, że niedotlenieni pacjenci często tracą zdolność racjonalnego, logicznego postępowania. Potem czytamy w gazetach, że pacjenci są pozbawieni opieki, zaniedbywani, a oni często sami zdejmują sobie np. maskę z tlenem, bo zapominają, po co ona jest. Część pacjentów jest bez kontaktu, co utrudnia wykonywanie podstawowych czynności pielęgnacyjnych. U nas na zmianie pracuje czterech lekarzy, dwóch studentów i cztery pielęgniarki. Nie wszyscy mogą być cały czas na oddziale, część musi monitorować z dyżurki stan pacjentów, pójść w razie czego po leki do apteki. Każda minuta jest wypełniona pracą. 

Pacjenci potrzebują dużo uwagi, bo nie mają osobistego kontaktu ze swoimi rodzinami. Zawsze staram się ich wysłuchać, dać do zrozumienia, że jestem, słyszę, rozumiem. Czasami to wystarcza. Nie trzeba wcale udzielać  złotych rad. Ludzie potrzebują czuć, że nas obchodzą. Staram się docenić to, że dzięki tym rozmowom mogę poznać inny punkt widzenia. Miałam pacjentkę, 30-letnią, której całe środowisko nie wierzyło w COVID-19. Nawet gdy trafiła na oddział, dusząc się, osoby z jej otoczenia nie zmieniły zdania. Pacjenci boją się przebiegu choroby, ale najtrudniejsza jest dla nich samotność. Widują tylko personel szpitala, a my wyglądamy jak ubrane po zęby minionki, nie widać naszych twarzy, nie czuć naszego dotyku. Pacjenci bardzo martwią się o bliskich. Chorzy często nie mają przy sobie telefonów lub nie potrafią ich obsługiwać i nie wiedzą, jak przekazać rodzinie informacje. Nie wiedzą, czy bliscy mają świadomość, że oni są w szpitalu…   

Martwi mnie to, że ludzie w Polsce nie chcą się szczepić. Dla mnie to coś oczywistego, bo boję się o swoich bliskich. Zaszczepię się, żeby ich chronić. Zdrowe, silne osoby mają największe szanse na to, by uniknąć powikłań po szczepionce. Nie boimy się palić ani przebywać w towarzystwie palaczy, przyjmować leków dostępnych bez recepty (tam zawsze jest długa lista możliwych skutków ubocznych), ale szczepionka nas niepokoi. Szczepienia pomogły nam w ostatnich dziesięcioleciach całkowicie zwalczyć, czy ograniczyć różne choroby. Spróbujmy poszukać rzetelnych informacji i nie powtarzajmy tych niesprawdzonych. Jeżeli mamy obawy, dzwońmy do lekarzy, na infolinię, pytajmy, sprawdzajmy. Zaszczepienie odpowiedniej części społeczeństwa daje nam szanse na zahamowanie pandemii.

Najtrudniejsze było dla mnie pierwsze spotkanie ze śmiercią. I zetknięcie się z sytuacją, w której brakowało nam sprzętu, bo był zajęty, albo nie było czasu sprowadzać go z innej części szpitala. Nie mieliśmy pewności, czy będziemy mogli pomóc. Zdarzyło mi się rano rozmawiać z pacjentką i po chwili ją ratować. Naprawdę poświęcajmy ludziom czas. Nas to nic nie kosztuje. Dzwońmy do dziadków, rozmawiajmy z sąsiadami, bądźmy uważni na ludzi wokół. Niekiedy myślimy, że trzeba być herosem, żeby zrobić coś dla drugiego człowieka, że trzeba mieć dużo pieniędzy. Nie jest tak. Wystarczy pomyśleć o swoich dziadkach, zadzwonić do babci z prośbą o przepis na ulubione ciasto z dzieciństwa – będzie jej miło i będzie miała zajęcie na chwilę. Rozmawiajmy z bliskimi. Naprawdę tego potrzebujemy najbardziej. Wszyscy – i chorzy, i zdrowi.

Krystian Królewicz

Ma 26 lat, jest studentem 6. roku na Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Pracował na oddziale covidowym w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku. 

Gdy dowiedziałem się od dziekana, że został uruchomiony nowy oddział covidowy i są oferty pracy w roli asystenta lekarza dla studentów, od razu się zgłosiłem. Dyżury miały być pełnopłatne i miały również zaliczać zajęcia z interny. Pomyślałem, że to dobry pomysł. 48 godzin później byłem już w pracy, na pierwszej zmianie w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym w Gdańsku, które podlega pod nasz uniwersytet. Nie należę do osób, które się boją. Gdy wybuchła pandemia, od razu poszedłem jako wolontariusz wymazywać pacjentów do badań w kierunku SARS-CoV-2. Niektórzy dziwili się, że to robię. Ale jako przyszły lekarz nie mogę się bać chorych ludzi. Martwi mnie to, że ludzie w Polsce boją się szczepień. Te szczepionki, które zostały zatwierdzone do użytku w Polsce, są bezpieczne, tak jak wszystkie inne, które stosujemy. Ludzie, szczepiąc, się mogą ochronić innych, szczepimy się przecież nie tylko dla siebie. Jest dużo fake newsów dotyczących tych szczepionek, ludzie czytają niewiarygodne teksty i się boją. Nie mamy innej możliwości wyjścia z pandemii niż powszechne szczepienia. Nie chcę straszyć, ale powikłania po tej chorobie są naprawdę niebezpieczne. Młodzi ludzie również przechodzą ją ciężko. Miałem 30-letniego pacjenta, który był na granicy życia i śmierci. Możliwe, że osoby, które przeszły chorobę, zarażą się powtórnie, więc szczepienie jest konieczne, żeby się ochronić. Wszyscy jesteśmy zmęczeni życiem w maseczkach, z ograniczeniami, ludzie tracą pracę, mają problemy psychiczne. Jeżeli można wrócić do normalnego życia dzięki szczepieniu, to zróbmy to.

Pracę na oddziale zacząłem hardcore’owo – od pacjenta w stanie krytycznym, którego trzeba było natychmiast zaintubować, bo nie mógł sam oddychać. Wezwaliśmy anestezjologa i czekaliśmy w dużym napięciu. To była młoda osoba, więc tym bardziej zrobiło to na mnie duże wrażenie. Na szczęście wszystko się udało. Jako student byłem prawą ręką lekarza, zlecałem konsultacje, przekazywałem innym lekarzom informacje dotyczące pacjentów – miałem wiele odpowiedzialnych zadań, które sprawiły, że czułem, że traktuje się mnie poważnie. To było świetne przeszkolenie praktyczne. Możliwość sprawdzenia teoretycznej wiedzy w realnym świecie. W pracy lekarza, poza wiedzą i doświadczeniem niezwykle ważne są umiejętność komunikacji z innymi lekarzami, ogarnięcie biurokracji, systemów medycznych – tego nauczyłem się w przyspieszonym tempie. Pracowałem na oddziale internistycznym, gdzie nie było ciężkich przypadków chorych na COVID-19. Pacjenci trafiali do nas z innymi chorobami, na które ich leczyliśmy tylko dlatego, że mieli dodatni wynik testu. Niektórzy mieli bardzo lekki przebieg koronawirusa. Zdarzali się pacjenci, którzy nagle się pogarszali, mieli problem z samodzielnym oddychaniem, ale głównie cierpieli na inne choroby. Na „moim” oddziale pacjenci mogli prowadzić normalne życie społeczne. Zawierali przyjaźnie, rozmawiali za sobą. Gdy już się lepiej poznaliśmy, to nawet czasami żartowaliśmy. Nawiązałem z nimi dobre relacje. Tylko w jednej sali leżały osoby podłączone do respiratorów, które nie były w stanie samodzielnie się sobą zajmować. 

Kombinezonów barierowych mieliśmy pod dostatkiem, więc za każdym razem, gdy mieliśmy potrzebę, mogliśmy przejść na stronę czystą, a potem ubrać się w nowy kombinezon i wrócić na oddział. Raz wytrzymałem bez przerwy 12 godzin, nie piłem, nie jadłem, nie byłem w toalecie – tak wyszło, że nie było na to czasu. Na dyżurze czas się nie dłuży. Podczas tej pracy przekonałem się, że w sytuacjach stresowych potrafię zachować zimną krew, reaguję właściwie, nie ponoszą mnie wtedy emocje. Okazało się też, że potrafię współpracować z ludźmi, których nie znam, i dogadać się z nimi na różnych poziomach. Łączyła nas wspólna sprawa. Ta dobra współpraca nie dotyczyła tylko lekarzy, lecz także pielęgniarek, personelu medycznego. Poczułem, że szpital to jest moje miejsce.

Dagmara Lena Pawłowska

Ma 23 lata, jest studentką 5. Roku na uniwersytecie medycznym w łodzi. Pracowała na oddziale kardiologicznym, przekształconym na covidowy w szpitalu im. Wł. Biegańskiego w łodzi.

Nie obawiałam się pracy z chorymi na COVID-19. Chociaż pracowałam na pełen etat, to wiedziałam od początku, że to praca na czas określony. Byłam w innej sytuacji niż lekarze czy pielęgniarki, którzy wiedzą, że będą tak pracować, dopóki pandemia się nie skończy. Mieszkam z siostrą, nie narażam starszych członków rodziny, uważam na siebie. A skoro nie narażam nikogo, to się nie boję. Jestem na piątym roku studiów i niedługo pójdę na staż do szpitala, a dzięki temu doświadczeniu będę sobie lepiej radzić, bo wiem już, jak wygląda walka z pandemią, opieka nad chorymi na COVID-19. Mój pierwszy dzień pracy polegał głównie na zapoznawaniu się z oddziałem. Do moich obowiązków jako opiekuna medycznego należało pomaganie pielęgniarkom w codziennych czynnościach przy chorych – myłam pacjentów, karmiłam ich, podawałam im lekarstwa. Najtrudniejsze było dla mnie przywyknięcie do kombinezonu barierowego, w którym musiałam pracować. Wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo ogranicza on nasze możliwości, nawet doświadczone pielęgniarki mają problem z pobraniem krwi w trzech parach rękawiczek. Przez taką zbroję ciężko jest cokolwiek wyczuć. Trudno w takich warunkach o delikatność. Gdy zobaczyłam jak ciężka jest praca w takim ubiorze, nabrałam jeszcze więcej szacunku do pracowników szpitala. W ciągu dyżuru mamy trzy wejścia na oddział, za każdym razem w pełnym rynsztunku. Dla chorych na COVID-19 sytuacja jest bardzo trudna, często trafiają na oddział nagle, nie mogą być odwiedzani przez rodzinę, przez całe dnie widzą tylko innych pacjentów i personel poubierany tak, że nie sposób dostrzec wyraźnie nawet naszych oczu. Pacjenci przywożeni są często bez rzeczy osobistych, bez telefonów, ich kontakt z rodziną jest utrudniony. Brakuje im rozmowy z bliskimi. Bardzo dużo nauczyłam się dzięki kontaktom z pacjentami. Dawno nie miałam takiej okazji, bo pandemia uniemożliwiła nam naukę pod tym kątem. Teraz ją miałam i to było dla mnie bardzo ważne. Byłam świadkiem kilku zgonów. Zdarzało się, że widziałam na monitorze w dyżurce, że pacjent zaczyna odchodzić. Wtedy jak najszybciej trzeba włożyć kombinezon barierowy, nie można tego zrobić niedokładnie. Zdarza się, że zanim personel wszedł na oddział, pacjenta już nie było. Byłam świadkiem takich sytuacji, gdy mocno schorowani, starsi pacjenci odchodzili bardzo szybko, próby reanimacji nie kończyły się powodzeniem. 

Martwi mnie to, że ludzie boją się szczepić. Chciałabym, żeby uwierzyli, że w szpitalach nie leżą statyści. Sytuacja w naszym kraju była na tyle zła, że wezwano do pomocy studentów! Wiem, że są ludzie, którzy nie dadzą się zaszczepić, widzę, co piszą w mediach społecznościowych, i czuję, że trudno będzie ich przekonać. Ale praca w szpitalach, w których leżą pacjenci chorzy na COVID-19, jest bardzo ciężka, ci ludzie bardzo cierpią i uważam, że powinniśmy zrobić wszystko, żeby pomóc. Serio, kim my jesteśmy dla Billa Gatesa, żeby chciał nas chipować? Ktoś musi się czuć bardzo ważny, jeżeli uważa, że jego rozmowy czy myśli są aż tak ciekawe. Kogo to obchodzi? 
 

Materiał ukazał się pierwotnie w lutowym wydaniu magazynu Glamour (nr 2/2021) dostępnym na stronie kultowy.pl.