Dumna z siebie: Natalia Szroeder w rozmowie z Glamour

O czym marzyłaś, gdy miałaś 18 lat? 

O tym samym, o czym marzę dzisiaj – żeby robić to, co kocham, do końca życia. Od kiedy pamiętam, wiedziałam, że tworzenie muzyki i śpiewanie są moim przeznaczeniem, moim powołaniem. Jako osiemnastoletnia dziewczyna już to marzenie spełniałam i chciałam, żeby to trwało. Chociaż od mojej osiemnastki minęło osiem lat, to czasami mam wrażenie, że to było sto lat temu. Bardzo dużo się wydarzyło w moim życiu przez ten czas.

Skąd wiedziałaś, że Twoje miejsce jest na scenie? 

Jako najstarsza z rodzeństwa byłam bardzo ogarniętym dzieciakiem, miałam duże poczucie sprawczości. Czułam się odpowiedzialna za siostrę i braci, byłam taką małą panią dyrektor. Mieliśmy w domu magnetofon. Na kasety nagrywałam piosenki, a na obwolutach rysowałam sobie obrazki. Potem dawałam je rodzinie do słuchania i mówiłam im, że to takie tymczasowe rozwiązanie, bo w przyszłości moje kasety będzie można kupić w sklepie. Jako kilkuletnie dziecko miałam silne przekonanie, że tak się właśnie stanie, i konkretny plan. Chciałam nagrywać płyty i grać koncerty. 

Twoi rodzice to akceptowali? 

Rodzice nie mówili mi: „Daj sobie spokój, znajdź normalną pracę”, tylko: „Dobrze, Natalko, tak właśnie będzie”. Niełatwo jest pomagać dziecku w spełnieniu takiego marzenia, mieszkając w małej miejscowości, gdzie perspektywy są dość ograniczone. Ale z mamą szukałyśmy konkursów i festiwali, na których mogłabym zaśpiewać. Jeździli na nie ze mną mama albo tata, albo dziadek. Pełni wiary w to, że mi się uda. A gdy zaczęłam już grać pierwsze koncerty gdzieś dalej niż na Kaszubach, to tata brał wolne w pracy, wsiadaliśmy w samochód w nocy, jechaliśmy 12 godzin do Warszawy, załatwialiśmy to, co mieliśmy, i następnego dnia tata szedł do pracy, a ja do szkoły. Nigdy nie usłyszałam od rodziców słów żalu, narzekania, niechęci – wręcz przeciwnie, dawali mi poczucie, że nie ma rzeczy niemożliwych. Potem zaczęłam jeździć po Polsce PKS-ami, bo grałam coraz więcej i coraz dalej od domu. Jako szesnastolatka jechałam np. w nocy z przesiadkami na południe Polski. Jak sobie pomyślę, ile nerwów i stresu kosztowały moich rodziców te podróże, to bardzo ich za to podziwiam. Jestem im bardzo wdzięczna za to, że tak we mnie wierzyli. Dzięki temu mam świadomość swojej siły i wiem, że zawsze dam sobie radę.

Chcesz mieć dużą rodzinę? 

Mam troje rodzeństwa i wspaniałe dzieciństwo za sobą. Zawsze marzyłam o tym, żeby mieć gromadkę dzieciaków. Już w podstawówce snułam plany posiadania rodziny. Moja mama urodziła mnie, gdy miała 23 lata, taki więc był i mój plan – chciałam tak, jak mama. Rzeczywistość jednak mocno zmieniła mój punkt widzenia i teraz jeszcze nie wyobrażam sobie siebie jako matki. Przed macierzyństwem mam jeszcze sporo do zrobienia. 

Pandemia jest dla Ciebie czasem refleksji? 

Ten rok przerwy to był dla mnie okres gigantycznych refleksji, rozkmin, rozważań. W marcu rok temu wszystko w mojej branży zamarło. Na początku nie wierzyłam, że stracimy cały sezon. Ale minął rok, od kiedy zagrałam pełny koncert... Miałam czas na to, żeby podjąć decyzje dotyczące mojej kariery, na które wcześniej brakowało mi odwagi. 

W tym roku ukaże się Twoja płyta, na którą Twoi fani czekają od sześciu lat. Zupełnie jak na płytę Rihanny... 

(Śmiech) Też czekam na płytę Rihanny, bo jestem jej ogromną fanką, i faktycznie w podobnym czasie wydałyśmy ostatnie krążki. Ale jestem
w stosunku do niej totalnie wyrozumiała, bo presja, jaka na niej ciąży, jest ogromna. Na mnie jest zdecydowanie mniejsza, choć też bywa spora. Uczestniczę w każdym etapie tworzenia utworów – od pierwszego uderzenia w klawisz pianina po ostatnie szlify. I jestem wymagająca. Nie zliczę, ile piosenek wylądowało w koszu podczas pracy nad nową płytą. Ale wliczam to w koszty. Moim producentem jest mój przyjaciel Archie Shevsky, z którym pracuję od lat. Bardzo się zmieniłam przez ostatni czas – dużo zrozumiałam, wiele się nauczyłam, dojrzałam. Zawsze wiedziałam, co chcę robić muzycznie, ale potrzebowałam długiej drogi, żeby tu dojść. Wszystkie te doświadczenia, nawet te, które lubię nazywać słodkimi przypałami – były mi potrzebne. 


Natalia Szroeder / fot. Gosia Turczyńska

Każdy z nas ma takie na koncie. 

Mam do swoich totalny dystans – to, co się działo na mojej drodze artystycznej przez jej pierwsze lata, było totalną improwizacją. Brałam udział w wielu rzeczach, na które często średnio miałam ochotę, ale nie oponowałam. I nie mam o to do nikogo żalu. Taka była wtedy moja natura i to też z pewnością w jakiś sposób mnie ukształtowało. Teraz, mając w sobie siłę i doświadczenie, potrafię już powiedzieć, co mi się podoba, a czego po prostu nie zrobię. Potrafię słuchać rad, konsultuję się, ale sama też już wiem, co jest dla mnie dobre. Ostatnie lata mnie ulepiły i czuję, że w końcu stoję twardo i świadomie na własnych nogach. 

Masz teraz wokół siebie ludzi, którym możesz zaufać? 

Mam szczęście do ludzi. Moja wytwórnia Warner Music Poland plus nowy menedżer z Kayaxu dali mi ogromne wsparcie i poczucie ulgi.  Z nimi jestem gotowa na nowy etap i naprawdę idziemy jak burza. Mamy za sobą dwie premiery: „Powinnam?” i „Połóż się tu”. To dwie zupełnie różne opowieści, co widać też w klipach, ale łączy je z pewnością przemykająca między wierszami nostalgia. 

W jakich okolicznościach napisałaś swój singiel „Powinnam?”? 

Utwór powstał w ubiegłym roku, gdy byłam w trakcie wielkich zmian – ostatnio sprawdziłam, że tekst napisałam w czerwcu. Było we mnie dużo smutku i niepewności spowodowanych zawodowym zastojem, miałam też wtedy czas na to, by poważnie zastanowić się nad swoją przyszłością. „Powinnam?” to podsumowanie moich ostatnich lat pracy. Od kiedy pamiętam, miałam silną potrzebę, żeby wszystkich wokół zadowolić, żeby nikogo przy tym nie urazić, żeby sprostać oczekiwaniom wszystkich. 

Nie wymagasz od siebie zbyt wiele? 

To nie koniec. Zależało mi też na tym, żeby wszystkim podobało się to, co piszę, co śpiewam. Ale nie ograniczało się to do życia zawodowego. W życiu towarzyskim, prywatnym też chciałam sprostać wszystkim oczekiwaniom i nikogo nie zawieść. Chciałam, żeby wszyscy byli ze mnie zadowoleni, żeby czuli się przy mnie szczęśliwi. 

Wykorzystywali to pewnie wiedzący wszystko najlepiej „doradcy”. 

Na mojej drodze pojawiło się ich mnóstwo. I wszyscy mieli „fantastyczne” pomysły na to, jaka powinnam być. Od lat zmagam się
z takim wyobrażeniem na mój temat, że chociaż dobrze śpiewam, to piosenki i teksty, które piszę, nie pozwalają mojemu głosowi wybrzmieć. Według tych znawców mogłabym osiągnąć większy sukces, gdybym przestała być taka samodzielna. Oddała komuś pisanie tekstów i muzyki. Bo wtedy, ich zdaniem, to nawet zagranicę bym podbiła. Mówili: „Gdyby ona w końcu przestała sama się ubierać, to zrobiłaby wielką karierę, gdyby w końcu zaśpiewała taką odpowiednią piosenkę, to dopiero byłoby... A tak? To jest, jak jest”. Nikt mnie nie pytał o to, czego ja chcę. 

Innym wydawało się, że lepiej od Ciebie wiedzą, co powinnaś? 

Ludzie chyba tak już czasem po prostu mają. Zaśpiewałam kiedyś piosenkę Whitney Houston i to się spodobało. A potem każdy z ekspertów mówił mi, żebym śpiewała wysoko, mocno, głośno. Tak jak w tamtej piosence. A ja nie chciałam, bo to nie było moje. I było mi bardzo źle z tym, że nikt tego nie rozumie. A ponieważ chciałam, żeby wszyscy byli ze mnie dumni, to starałam się ich wszystkich słuchać. Wszystkie wpadki, złe wybory repertuaru, miejsc, wynikały z tego, że nie chciałam nikogo rozczarować. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało. To nie tak, że byłam przez te lata nieszczęśliwa. Na początku nawet tego nie dostrzegałam. Zrozumienie przyszło z czasem… i wtedy faktycznie zaczęłam się męczyć. 

Nauczyłaś się zwracać uwagę na swoje potrzeby? 

Rodzice powtarzają mi, żebym wreszcie zaczęła dbać o siebie i przestała rozwiązywać problemy wszystkich ludzi dookoła. Żebym skupiła się na sobie. Zwłaszcza twórczo. W czasie pandemii zyskałam przestrzeń na to, żeby wsłuchać się w siebie i zastanowić się nad moją dalszą drogą zawodową. Bez presji czasu i zobowiązań. Wniosków miałam wiele. Jednym z nich był ten, że chwytam zbyt wiele srok za ogon równocześnie. Trudno było ludziom mnie określać – ja nie tylko śpiewałam i pisałam. Ale tańczyłam, prowadziłam programy telewizyjne, festiwale, miałam epizody aktorskie. Ciągle w jakimś pędzie, nie wiadomo dokąd. Zawsze byłam w gotowości. 

Co się zmieniło? 

Chciałabym, żebym teraz to ja mogła być z siebie dumna. Czy komuś się spodoba to, co napisałam? Pewnie tak, bo wierzę w to, że prawda zawsze się obroni. Ufam sobie teraz bardziej. Przedtem łatwo było mnie złamać. 

I już sobie wierzysz? 

Tak. Wiem, że moje pomysły są dobre. Wierzę, że moja intuicja dobrze mi podpowiada. Spędziłam w tej branży już dziesięć lat, to prawie
połowa mojego życia! (śmiech) Wielu rzeczy się nauczyłam i potrafię podejmować świadome decyzje. Teraz też mam doradców. I z ogromną wdzięcznością konsultuję z nimi wiele rzeczy, bo inny, obiektywny punkt widzenia jest istotny w mojej pracy. Ale dziś różnica jest taka, że ostatecznie najbardziej ufam sobie. Już nie wszyscy muszą mnie lubić. I o tym jest „Powinnam?”. Od kiedy przestałam się tym wszystkim przejmować, to zyskałam ogromny luz twórczy. 

Żałujesz, że dopiero teraz? 

Nie, bo wiem, że to wszystko, co przeżyłam, było mi potrzebne. Jestem bogata w doświadczenia, doskonale wiem już, czego nie chcę. Nie jestem osobą, która rozpamiętuje i szuka winnych. Może byłam dla siebie za surowa. Teraz już mam pewność, że nikt tak dobrze nie wie, co będzie dla mnie odpowiednie, jak ja sama. Trzeba się tylko w siebie wsłuchać. Odpowiedź tam jest. Dojście do tego zajęło mi lata, ale już tu jestem. Każdy ma swój czas. 

Pomogło Ci to, że w ostatnim roku więcej czasu spędziłaś w domu rodzinnym? 

Bardzo siebie nawzajem potrzebujemy. Nigdy nie pozwalamy sobie na dłuższe przerwy, codziennie do siebie dzwonimy. Zawsze wracałam do domu, kiedy tylko mogłam, nawet na jeden dzień, chociaż sama podróż tam zajmuje mi pół dnia. Ale ostatni rok był wyjątkowy, bo spędziłam na Kaszubach mnóstwo czasu. Teraz jestem w domu raz w miesiącu i zawsze na dłużej. Moi rodzice to moi przyjaciele. Z rodzeństwem też się przyjaźnię. Nie buntowałam się jako nastolatka, bo nie miałam przeciwko czemu. Ufali mi, a ja ufałam im. Wszystko mówiłam mamie, nie miałam przed nią ani przed tatą sekretów. Mam w nich takie oparcie, że naprawdę nic nie jest w stanie mnie złamać.

Konsultujesz z nimi swoją twórczość? Wszyscy w Twojej rodzinie są uzdolnieni muzycznie.

Jasne! To moi recenzenci. Jak tylko powstanie utwór, od razu im go wysyłam. Rodzina to najwięksi fani. Zawsze mają jakieś dobre, merytoryczne uwagi, są ze wszystkim na bieżąco. Trzymamy sztamę, to nieoceniona wartość. 

A masz wielu przyjaciół? 

Kocham ludzi i zawsze byłam zwierzęciem stadnym. Jestem bardzo otwarta i bardzo naiwna. Jak kogoś poznaję, to najczęściej robi on na mnie dobre wrażenie i wtedy myślę, że to ktoś fajny, świetny, rewelacyjny i na pewno chce dla mnie dobrze. Zawsze mi się wydawało, że wszystkim mogę ufać. Teraz jestem już dużo ostrożniejsza. Mam bliskich przyjaciół w Warszawie. Staram się otaczać ludźmi szczerymi, bo jestem naiwniakiem. Wiem oczywiście, że ludzie z niekoniecznie dobrymi intencjami ISTNIEJĄ (śmiech), doświadczyłam tego nieraz na własnej skórze, ale ponieważ sama od lat jestem poddawana ocenie, to staram się nie oceniać z łatwością innych. 

Jak się czujesz, gdy obcy ludzie oceniają Twoje życie prywatne? 

Od kiedy moje życie prywatne jest tematem portali plotkarskich, tych przykrych komentarzy jest więcej, bo więcej jest wyssanych z palca tekstów, które te negatywne wpisy prowokują. Bardzo mnie bolą agresywne komentarze, chociaż wiem, że nie powinnam ich czytać ani się nimi przejmować. Zastanawiam się często, co kieruje ludźmi, którzy anonimowo z taką łatwością jadą po innych. Oburzający też jest dla mnie fakt, że pisanie w tak tendencyjny sposób, najczęściej w dużej mierze nieprawdy, jest legalne. To serio wpływa na to, jak jesteśmy postrzegani, bo te portale są bardzo opiniotwórcze. Smutne. 

Co robisz, żeby się zrelaksować? 

Kocham oglądać filmy i seriale, kocham czytać książki. Jest wiele rzeczy, które mnie odprężają. Ale mam kłopot z tym, żeby sobie na ten relaks pozwolić. Bo jeżeli odpoczywam – czyli w moim rozumieniu nie robię nic wartościowego – to zamęczam się wyrzutami sumienia. Od kiedy trwa pandemia, było wiele takich dni, w których nie miałam nic konkretnego do zrobienia, i to było dla mnie bardzo trudne. Bo najlepiej się czuję, kiedy przed snem, leżąc w łóżku, mogę sobie powiedzieć: „Zrobiłam dzisiaj kawał dobrej roboty!”. Zdarza mi się odczuwać większe zmęczenie po dniu wolnym niż po takim, który spędziłam, intensywnie pracując. Bywało też tak, że brałam sobie dzień wolny, a potem czułam się z tym źle. Lubię uczucie błogiego zmęczenia po dobrze wykonanej pracy, lubię być z siebie dumna. Wtedy wieczorem mogę z czystym sumieniem odpocząć. 

Jesteś po prostu bardzo ambitna. 

Oczywiście, że tak! Moim marzeniem od wielu lat jest to, żeby na koncercie mieć swojego słuchacza. Nie kogoś, kto przypadkiem przechodząc obok, trafił na mój występ, tylko osoby, które przyszły specjalnie dla mnie, zapłaciły za to, coś poświęciły, żeby mnie posłuchać. Czuję, że to jest ten moment!