Już po gali Złotych Globów na początku stycznia mogliśmy spodziewać się, że Green Book Petera Farrelly'ego, nagrodzony wówczas trzema statuetkami, będzie jednym z kandydatów do Oscara. Ale nie dlatego, że Złote Globy zazwyczaj otwierają furtkę do nominacji przyznawanych przez Amerykańską Akademię Sztuki i Wiedzy Filmowej, ale przede wszystkim ze względu na historię, obok której po prostu nie da się przejść obojętnie. I Akademia nie przeszła! Film w reżyserii Petera Farrelly'ego zdobył pięć nominacji i w sumie trzy statuetki, co jest bardzo dobrym wynikiem. Największym sukcesem jest zdecydowanie wyróżnienie dla najlepszego filmu, bo należy pamiętać, że Green Book miał w tej kategorii bardzo silną konkurencję, m.in. nominowane w dziesięciu kategoriach Romę Alfsono Cuaróna oraz Faworytę Yorgosa Lanthimosa. To jednak historia przyjaźni ponad podziałami w Ameryce lat 60. bardziej trafiła do przyznających najważniejsze wyróżnienia w przemyśle filmowym. Co doceniono zresztą także w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Podczas 91. gali wręczenia Oscarów nie mógł nie triumfować, któryś z odtwórców wybitnych kreacji. Poszczęściło się Mahershali Alemu, który otrzymał drugiego już w karierze Oscara dla najlepszego aktora drugoplanowego i tym samym został również drugim po Denzelu Washingtonie w historii Afroamerykaninem z taką ilością statuetek.

Green Book triumfuje podczas 91. grali rozdania Oscarów. To kolejny powód, dla którego warto obejrzeć ten film (jeśli jeszcze tego nie zrobiliście!) 

Peter Farrelly, do tej pory kojarzony głównie z komedii, takich jak Głupi i głupszy, Sposób na blondynkę czy Ja, Irena i ja, tym razem sięgnął po nieco trudniejszy i ambitniejszy temat. Co jednak wcale nie oznacza, że w Green Booku nie ma scen, kiedy trudno się nie śmiać. Jest ich całe mnóstwo! I to zdecydowanie jedna z największych zalet tego filmu. Choć opowiada on o historii dwóch zupełnie różnych mężczyzn, z dwóch zupełnie różnych światów, w dodatku obarczonych pochodzeniem i uwarunkowaniami społeczno-politycznymi obowiązującymi w latach 60. w Stanach Zjednoczonych, historia Doktora Dona Shirleya i Tony'ego Lipa opowiedziana jest w taki sposób, że trudno nie wyjść z kina z poprawionym humorem. I bez wątpienia spora w tym zasługa odtwórców głównych ról, Mahershali Alego oraz Viggo Mortensena. Gdyby ta dwójka nie dostała nominacji za najlepsze aktorskie kreacje, chyba osobiście złożylibyśmy do Akademii zażalenie. Takiego męskiego duetu, którego chemia na ekranie byłaby tak mocno wyczuwalna, nie widzieliśmy od czasu Matthew McConaughey'a i Woody'ego Harrelsona w pierwszym sezonie Detektywa (a w którego trzeciej odsłonie możemy teraz podziwiać Alego). I choć historia zupełnie inna, tak relacja równie mocno kipiącą emocjami, wywoływanymi skrajnie odmiennymi, mocnymi charakterami.

Oscary 2019: wyniki i nominacje. Sprawdźcie, kto zdobył statuetkę! >>>

Na szczególną uwagę zasługuje przede wszystkim Mortensen. Oglądając go w Green Book, aż trudno uwierzyć, że to Amerykanin duńskiego pochodzenia, gdyż jego włoski akcent, który w oryginale posiadał jego Tony Vallelonga, jest absolutnie mistrzowski. I mimo, że do zagrania dostał postać istniejącą w rzeczywistości, nie stara się oddać Tony'ego jeden do jednego (z czym dla porównania problem miał na przykład Christian Bale, także nominowany w tym roku do Oscara za rolę w Vice). Nie sposób odnieść wrażenia, że zagranie tego bohatera sprawiało mu mnóstwo radości. Udzielił mu się jego luz, urocza nonszalancja i bezobciachowość, co dla widza jest prawdziwą ucztą dla oka. Mahershala Ali, chociaż nieco bardziej zachowawczy i tajemniczy (podobnie zresztą, jak jego Juan w Moonlight Barry'ego Jenkinsa, nagrodzonego Oscarem dwa lata temu, który przyniósł również pierwszą w karierze statuetkę Alemu), wprawia nas w zdumienie, ale i lekkie zażenowanie. Bo jak to możliwe, że o tym aktorze zrobiło się głośno dopiero stosunkowo niedawno, mimo, że ma na koncie całkiem sporo ról? Szczerze? Jego Remy Danton był chyba jedną z najciekawszych postaci w House of Cards, a w Moonlight udowodnił, że można być na ekranie przez kilkanaście minut i skraść cały film. Umiejętności zarówno jednego, jak i drugiego pana, Farrelly wykorzystał w stu procentach, dając nam okazję do podziwiania naprawdę popisowego aktorstwa. 

Oscary 2019: Lady Gaga przeszła do historii! Nikt przed nią nie dokonał takiego wyczynu. Wszystko dzięki „Shallow” >>>

Doktor Don Shirley i Tony Lip udają się w podróż w głąb południowych Stanów Zjednoczonych. Co w latach 60., jak to zresztą podsumował sam Tony, mogło oznaczać jedno: kłopoty. Stany, które wybitny muzyk i jego nowy kierowca (choć z wieloma innymi umiejętnościami, jak choćby wciskanie ludziom kitu) zamierzali odwiedzić, to najgorsze, co mogło przytrafić się wówczas Afroamerykanom. Farrelly nie oszczędził nam ciężkich do przełknięcia obrazów, kiedy jeden z najlepszych muzyków na świecie, tuż przed występem dla białych i bogatych, nie mógł skorzystać z toalety dla gości, mimo, że zapłacono za jego występ. Zabrał nas też do obskurnych lokali, w których Don Shirley miał możliwość noclegu zgodnie z informacjami zamieszczonymi w tytułowej zielonej książce, czyli wydawanej od 1936 do 1966 roku broszurze „The Negro Motorist Green Book", przeznaczonej dla Afroamerykanów podróżujących przez Stany Zjednoczone. I mimo, że reżyser pokusił się o kilka pompatycznych scen stających nam w gardle, jak we wszystkich innych filmach podejmujących problem segregacji rasowej, nie wytrącają nas one z rytmu, jaki towarzyszy całemu filmowi. Lekkiego i błyskotliwego. A skoro już o rytmie mowa, to dla nas muzyka jest w tym filmie jednym z kluczowych graczy, zaraz obok Mortensena i Alego. Kiedy jadąc wypucowanym niebieskim cadillakiem razem z ich bohaterami, i nie wiedząc, co aktualnie leci w tle, uwagę, jaką Lip skierował do Shirleya o nieznajomości kluczowych dla tamtego okresu czarnoskórych artystów, wzięliśmy sobie mocno do serca. W Green Book zadbały o wyjątkowy klimat, a następnie trafiły na naszą listę na Spotify. A film z kolei na listę oscarowych faworytów. 

Oscary 2019: „Zimna wojna” bez statuetek. Z kim przegrał film Pawła Pawlikowskiego? >>>

Oscary 2019: Green Book - gdzie obejrzeć najlepszy film tego roku?

Jeśli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć obrazu Petera Farrelly'ego, który wszedł na ekrany polskich kin 8 lutego, mamy dobrą wiadomość. Seanse ciągle się odbywają, a teraz, po sukcesie na 91. gali rozdania Oscarów, będzie ich zapewne w repertuarze jeszcze więcej. I nie sądzimy, żeby jakoś szybko z niego zniknął. W planach jest także wydanie Green Book na DVD, więc gdybyście jakimś cudem nie dotarli do kina, albo po prostu mieli ochotę wracać do obrazu Farrelly'ego w nieskończoność, taka opcja niebawem się pojawi.