O Tinderze zostało powiedziane i napisane już chyba wszystko. A od jego powstania zdążyło namnożyć się sporo innych aplikacji, mających na celu parowanie osób, korzystających z takich funkcjonalności z wszelakich pobudek. Dlatego, ściągając aplikację i dołączając do tinderowej społeczności kilka tygodni temu, czułam się mniej więcej tak, jakbym odkryła właśnie Grę o tron. Ale muszę się przyznać - im więcej par przybywało na moim koncie, tym bardziej zaczęło mi się to podobać. A wypada dodać, że byłam dość wybredna, choć nie szukałam ani męża, ani osoby towarzyszącej na wesele kolejnej koleżanki z liceum.

Na kogo trafiłam? Śmiałkowie, którzy zdecydowali się do mnie napisać, mieli wobec mnie dość sprecyzowane zamiary. Jeden chciał coś dla mnie ugotować (co dla kulinarnego beztalencia jakim jestem, przez chwilę brzmiało bardzo kusząco), jednak w miarę składania przez owego szefa kuchni-amatora kolejnych propozycji, apetyt na dalszą konwersację zamiast rosnąć, spadał na łeb na szyję. Kolejny chętny, którego nawet przez chwile widziałam jako swojego nowego nauczyciela włoskiego i – uwaga – przeszłam z nim na bardziej prywatny grunt, czyli inny komunikator, dość szybko przestał imponować mi swoim wykształceniem, kiedy zaczął dzielić się ze mną tipami, jak radzi sobie z uciążliwymi upałami. Opisując mi przy tym dość szczegółowo, w jakim odzieniu (a raczej jego braku) stara się ochłodzić przy wentylatorze. Pomyślicie – takie rzeczy serio ją szokują? Chyba nie wiedziała, czym jest Tinder i po co się go zakłada!

ZOBACZ TAKŻE: 8 rzeczy, których mężczyźni nie powinni robić na Tinderze

Otóż wiedziała. A szok, to za dużo powiedziane. To raczej utwierdzenie się w przekonaniu, że aplikacja ta nastawiona jest na konkretne działanie, którego mnie brakowało. I właśnie dlatego od początku moja obecność na Tinderze skazana była niestety na porażkę. Żeby jednak nie było, że wszystkie moje konwersacje zakończyły się szybciej niż rozpoczęły, dwie rozwijały się całkiem sensownie i ku mojemu zaskoczeniu - błyskotliwie. Pojawiła się nawet propozycja spotkania, ale rzucona chyba bez większego przekonania. Ok, w końcu mogłam być tą jedną z kilkunastu wśród zmatchowanych, więc pomylić okienko konwersacji nietrudno. Ale to nie te prowadzone przeze mnie bardzo luźne rozmowy, oraz to, w jaki sposób się potoczyły, doprowadziły do mojej ucieczki z Tindera. Ani nawet to, że u facetów, których twarze (prawdziwe bądź nie) miałam okazję docenić (i nieźle się przy tym bawić, nie powiem!), pojawiały się fotki z dziewczynami, a może nawet narzeczonymi. A tak swoją drogą - chłopaki, serio?! Współczuję Waszym dziewczynom, nie dlatego, że nie wiedzą o prowadzonym przez Was „drugim życiu”, ale dlatego, że stawiacie je w bardzo niekomfortowej sytuacji, że nieświadomie same wylądowały na randkowej aplikacji.

Tydzień korzystania z Tindera skłonił mnie zatem do wielu refleksji, zarówno w kontekście własnych potrzeb, ale i potrzeb innych. Trzeba umieć o nich rozmawiać. Offline. To zdecydowanie bardziej sexy. I choć trudniejsze, to wiem, że w pewnych kwestiach po prostu nie warto iść na łatwiznę. Dlatego następnym razem, kiedy przyjdzie mi do głowy, by znowu do kolekcji moich aplikacji dołączyć tę z płomieniem w logo, może zrobię coś pożyteczniejszego i odpalę w końcu tę Grę o tron.

ZOBACZ TAKŻE: Jesteś singielką i dobrze Ci z tym? Uważaj, będziesz musiała zapłacić za to podatek!