Niestety większość z pomysłów naszej władzy służy jedynie wyprowadzaniu kolejnych horrendalnie wysokich kwot z budżetu w kreatywny sposób, chociaż na pewno jest sporo rodzin, które na tym korzystają. Choć przy szalejącej inflacji to wsparcie jest zapewne coraz mniej odczuwane.

Co tym razem wymyślili kreatywni posłowie PiS rozbijający się naszymi pieniędzmi? Otóż złożyli w Sejmie projekt ustawy o… Polskim Instytucie Rodziny i Demografii. Brzmi ciekawie, więc zaraz przytoczę podane opinii publicznej szczegóły. Zacznę natomiast od tego, że ten nowy koncept będzie nas kosztował 30 mln złotych rocznie. Kto bogatemu zabroni prawda? Plus jeszcze jedna istotna i zarazem niepokojąca informacja: prezes tego instytutu ma mieć uprawnienia prokuratorskie... 

Prezes instytutu będzie mógł np. żądać wszczęcia postępowania w sprawach cywilnych dotyczących rodzin oraz w sprawach rodzinnych, w szczególności ze stosunków między rodzicami a dziećmi, dotyczących wykonywania władzy rodzicielskiej. Będzie też mógł brać udział w toczącym się już postępowaniu – na prawach przysługujących prokuratorowi, a także zwracać się o wszczęcie postępowania administracyjnego, wnosić skargi do sądu administracyjnego i uczestniczyć w tych postępowaniach o świadczenia z budżetu państwa i od samorządu terytorialnego - możemy dowiedzieć się z art. 11 złożonej w Sejmie ustawy.

Bartłomiej Wróblewski z PiS w imieniu wnioskodawców projektu nieco odpłynął, mówiąc, że jest „to projekt oczekiwany przez wiele środowisk prorodzinnych, ostatecznie ważny dla całego kraju”. Z pewnością tak jest dla tych, którzy mają w tej instytucji pracować, ale czy jest to w ogóle potrzebne dla reszty obywatelek i obywateli? Według polityka jest to projekt na tyle istotny, że powstał ponad podziałami. Fiksacja PiS na punkcie świętości rodziny jest znana nie od dzisiaj, jednak sposób, w jaki partia rządząca „zachęca” do jej zakładania jest na przeciwległym biegunie do tego, co naprawdę wpływa na decyzje kobiet (ich w szczególności) i mężczyzn o zakładaniu rodziny, staraniu się o potomstwo. 

Według danych GUS „w okresie lipiec 2020-czerwiec 2021 w Polsce urodziło się niespełna 344 tys. dzieci. Tak niskiej liczby urodzeń w ciągu 12 miesięcy nad Wisłą nie zanotowano co najmniej od lat 50. XX wieku, odkąd dostępne są dane Urzędu.”[1]

Według Wróblewskiego rodzina i demografia są obecnie kluczowe dla rozwoju i przyszłości naszego kraju. I tu o dziwo się z nim zgadzam, ALE... Radziłabym osobom obecnie bawiącym się w panów życia i śmierci, którzy są przekonani o swojej nieomylności w każdej niemal dziedzinie – nieco więcej logicznego myślenia. I tak jestem porażona wnioskiem, że brak tzw. zastępowalności pokoleń pogarsza naszą sytuację demograficzną. Mamy starzejące się społeczeństwo i stały spadek liczby urodzeń. Ale naprawdę nie trzeba bardzo głębokiej analizy, żeby dojść do tego, jak można by naszą – jako polskiego państwa – sytuację poprawić. Tylko w tym wypadku trzeba mieć otwartą głowę i zrozumieć, że każde działanie ma swoje konsekwencje. A przede wszystkim odwalić się od kobiet.

Nie widzę potrzeby tworzenia kolejnej instytucji wydmuszki, która będzie „kompleksowo zajmować się polityką prorodzinną, badaniami nad demografią”. Czy takimi pomiarami nie zajmuje się przypadkiem GUS? A co z Ministerstwem Rodziny i Polityki Społecznej? Nowy instytut ma być „merytorycznym zapleczem”, gdzie prowadzone będą badania i analizy procesów demograficznych, a przede wszystkim generowane konkretne rozwiązania dla polityki prorodzinnej. Nie będę się dalej rozwodzić na temat samego PIRiD, bo też nie za bardzo wiadomo, co się dalej wydarzy z tym pomysłem. Zamiast tego z przyjemnością napiszę, co takiego według mnie (a wydaje mi się, że inne mądre głowy mają podobne zdanie) przyczyniłoby się do wzrostu demograficznego w Polsce. Dodam jeszcze, że według przywołanych badań przez Dominikę Chorosińską z PiS dla „znacznej większości Polaków synonimem szczęścia indywidualnego jest szczęście rodzinne.” Niestety nie byłam w stanie dokopać się do źródła tych badań, ale wydaje mi się, że obecna atmosfera w Polsce raczej nie sprzyjała poczuciu szczęścia i spełnienia. Zwłaszcza dla kobiet.

Dla niektórych może i nie ma to sensu, bo nadal całkiem sporo osób uważa, że dla kobiety największym spełnieniem powinna być gromadka dzieci, dom i oczywiście mąż. Na szczęście nie jest to takie proste, a my też coraz chętniej i głośniej mówimy o swoich potrzebach, które wcale nie ograniczają się do pielęgnowania ogniska domowego. Niestety, głównym problem w naszym kraju jest brak zrozumienia dla tych pragnień, co realnie wpływa między innymi na decyzje o ewentualnym macierzyństwie. A więc co mogłoby sprawić, że kobiety zaczęłyby chętniej decydować się na dzieci? Przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa w kwestiach finansowych i zawodowych, czyli: zagwarantowane urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie (!), zmiana całego systemu (w tym przepisów prawnych), które gwarantują powrót do pracy po urodzeniu dziecka i ułatwia wejście na nowo w struktury pracownicze. Dostęp do żłobków i przedszkoli. Do tego ludzkie traktowanie kobiet i mężczyzn, którzy mają dzieci, a więc propozycja elastycznych godziny pracy. Zrozumienie, że pracownik to nie niewolnik żyjący w próżni, a człowiek, który może mieć rodzinę i pragnie normalnego życia poza biurem. Zrozumienie w końcu, że czas wolny, ale i sposób radzenia sobie z obowiązkami prywatnymi wpływają na zdrowie psychiczne, co przekłada się realnie na stosunek do pracy. Podstawą powinna być dalej gwarancja dostępu do lekarzy, zabiegów medycznych i bezpiecznej aborcji, wolny dostęp do bezpłatnej antykoncepcji bez konieczności uwłaczającego kombinowania i tłumaczenia się ze swoich wyborów życiowych. To kobiety sprawa, czy jest gotowa na dziecko, kiedy będzie je miała, a co najważniejsze – czy w ogóle je chce. Decyzje o macierzyństwie wspierają również tak istotne kwestie, jak regulacje dotyczące zakładania działalności, gwarancja umów o pracę, dostęp do ubezpieczenia, ulgi podatkowe itp. Życie w ciągłym chaosie informacyjnym, niezapowiedziane ze znacznym wyprzedzeniem zmiany w systemie podatkowym ogłaszane po nocach na twitterze ministra finansów, niejasne przepisy – to wszystko składa się na brak komfortu życia i spokoju. U nas do tego dochodzą kwestie edukacji, traktowania ciężarnych kobiet w szkołach i na uczelniach, brak odpowiedniej infrastruktury (widzicie gdzieś podjazdy dla wózków?), opieki okołoporodowej... Mogę tak w nieskończoność, bo wydaje mi się, że powodów, dla których ja sama nie zdecyduje się świadomie w Polsce na dziecko mam aż nadto. Do tego jest jeszcze jeden bardzo ważny aspekt - bycie wiecznie ocenianą. Zacznę od tego, co powinno być najważniejszą kwestią - bycie matką nie warunkuje kobiecości.

Szczerze podziwiam kobiety, które decydują się na dzieci w tym kraju, chociaż jeszcze chyba bardziej imponują mi te, które otwarcie mówią, że ich nie chcą. Bo wiecie co jest najgorsze w obecnej sytuacji kobiet w Polsce? Nieustanna walka i krytyka z każdej strony absolutnie za wszystko, bycie ocenianą na każdym kroku. Będąc kobieta nigdy nie będziesz WYSTARCZAJACA, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ci coś wypomni. Trafiłam ostatnio na rewelacyjny wpis na ten temat dziennikarki Natalii Waloch, który absolutnie zawiera w sobie wszystko to, co czuję.

Kobieta, jej czyny i ciało to wieczne pole walki oraz obiekt osądu. Dla wielu pożądaną sytuacją byłaby nasza kapitulacja, zniknięcie w kącie domu. Kobieta, którą widać, która ma własne zdanie i głośno je wypowiada, ma swoje marzenia, pragnienia i potrzeby staje się niebezpieczna. Trzeba ją uciszyć przez ośmieszanie, zastraszanie, zawstydzanie. Swoją drogą wywoływanie u drugiej osoby poczucia wstydu jest według mnie najskuteczniejszą formą uciszania i kontrolowania. Kobieta nie powinna być osobą z krwi i kości ze swoim niedoskonałym ciałem, własnym zdaniem, wykształceniem, wadami, zaletami, pragnieniami, seksualnością. Żyjesz w świecie, w którym nigdy nie będziesz taka, jak oczekuje od ciebie społeczeństwo.  

Nie możesz być chora, ale też nie możesz wyglądać za dobrze.

Nie możesz pokazywać za dużo ciała, ale jak tego nie robisz w ogóle to jesteś cnotką.

W sypialni masz być tylko z mężem.

Ale kto by chciał taką niedoświadczoną?

Lubisz się bawić, korzystasz z życia, zmieniasz partnerów seksualnych, bo lubisz? Jesteś puszczalska.

Marzysz o ślubie, chcesz męża, dom i dzieci – o matko jaka nuda, zastanów się, bo marnujesz życie! A na koniec on Cię i tak zostawi dla młodszej.

Nie chcesz tego wszystkiego? Zwariowałaś egoistko skończona?

Masz dziewczynę? Nie istniejesz.

Uczysz się dla siebie? Po co, przecież w kuchni nie jest potrzebny doktorat.

Nie idziesz na studia? No tak, złapiesz jakiegoś faceta i po kłopocie, co?

W tym kraju można zwariować. Jeśli politycy naprawdę chcieliby zrozumieć, jak doprowadzić do wzrostu demograficznego niech najpierw wsłuchają się w głos kobiet. Niestety na ten moment nie widzę realnej możliwości zmiany obecnego kursu. Co dla mnie jest również bardzo istotne, a zostawiłam to na sam koniec. Żeby być dobrą matką, która może przekazać dziecku miłość, radość, mądrość, poczucie bezpieczeństwa i otworzy je na świat, trzeba najpierw być zaopiekowaną, wysłuchaną, spełnioną i szczęśliwą. Dajcie nam warunki i możliwości rozwoju, zadbajcie do cholery o naszą planetę, a dalej zostawcie nas w spokoju. I może wtedy trend spadku urodzeń się odwróci. 

 

[1] https://www.bankier.pl/wiadomosc/Liczba-ludnosci-Polski-spada-Mniej-urodzen-wiecej-zgonow-8158869.html