Piszę ten tekst kilka dni po tym, jak na jaw wyszło, że 22 września zmarła młoda, 30-letniej kobieta, której nie udzielono pomocy medycznej i nie przeprowadzono koniecznego zabiegu aborcji. Kobiety, która przez drakońskie prawo, uchwalone przez okrutnych ludzi, osierociła córkę.

Izabela, bo tak miała na imię, była czyjąś córką, żoną, przyjaciółką, matką. Jednak przede wszystkim była kobietą, której odebrano prawo do życia i w bestialski sposób skazano na cierpienie, a w konsekwencji na śmierć.

To mogła być każda z nas.

Bardzo nie chciałam pisać o tej sprawie i kolejny raz poruszać tematów dotyczących aborcji, protestów, szalonych zmian w polskim prawie. Nie mam na to siły, wysiadłam psychicznie, jak i fizycznie. Pierwszy raz w życiu zapisałam się na sesję do psychoterapeuty, bo jestem na skraju wytrzymałości, chce mi się wyć każdego dnia przez to, co dzieje się w naszym kraju. Mam wrażenie, że żyję w matriksie, z którego nie mogę się wydostać, nikt nie dzwoni, a mi coraz bardziej brakuje powietrza. Mam jednak tę niewielką resztkę nadziei, taki malutki okruszek, który trzymam w sobie, pielęgnuję i nie dam go sobie odebrać. Jest nim wiara w siostrzeństwo, będące dla mnie podstawą feminizmu.

Jeszcze kilka lat temu powiedzenie o sobie „jestem feministką” było dla mnie niepotrzebne, wręcz krępujące. Kojarzyłam głównie negatywne, stereotypowe totalnie opinie, że feministki to niedbające o higienę i wygląd zewnętrzny kobiety (lesbijki oczywiście), które nienawidzą mężczyzn, pragną dominacji i traktują mężczyzn jak wrogów. Nigdy jakoś specjalnie nie interesowała mnie taka wizja świata. Moja droga do feminizmu – tego, w który wierzę, który traktuje wszystkich równo – była może i nie specjalnie długa, ale dość dla mnie zaskakująca. Ciężko mi było to przyznać przed samą sobą, ale największą potrzebę zmiany odkryłam w sobie przez bardzo negatywne doświadczenia z mężczyzną, z którym byłam w związku. Nasza historia nie sprawiła, że znienawidziłam wszystkich facetów – co prawda bardzo bałam się kolejnych związkowych „porażek” i wchodzenia w głębsze relacje, ale paradoksalnie dzięki tym doświadczeniom znalazłam w sobie siłę, żeby zawalczyć o siebie. I właśnie wtedy odkryłam mój feminizm.

Nie będę nikomu narzucać, co ma czuć względem tego strasznego ponoć słowa na F. Sama mam problem z rozwodzeniem się nad dokładną definicją, bo dla mnie to jak tłumaczenie, że kula ziemska jest okrągła. Mój feminizm to równość dla każdego niezależnie od płci, orientacji seksualnej, pochodzenia, koloru skóry, wyznawanej religii, miejsca zamieszkania etc. Mimo już i tak ogromnego postępu w podejściu do tego zataczającego coraz szersze kręgi ruchu, składającego się z aspektów politycznych, społecznych, kulturowych i intelektualnych wciąż ogromna grupa osób boi się określenia siebie jako feministka bądź feminista. Dlatego zamiast wychodzić od przytoczenia kolejnej definicji chciałabym napisać, czemu według mnie go potrzebujemy.

Feminizm to równość.

To dostęp do edukacji dla wszystkich.

To dostęp do opieki medycznej.

To głos, który jest ważny i słyszalny.

To możliwości, to przyszłość, to spełnianie marzeń.

To otwartość.

Czułość i zaufanie.

Zobacz także:

To prawo do decydowania o swoim ciele.

To bezpieczeństwo i spokój.

To perspektywa życia w zgodzie ze sobą.

Feminizm to solidarność.

To możliwość bycia sobą i wyrażania uczuć. Niezależnie od płci.

To walka z przemocą. Fizyczną, systemową, ekonomiczną.

Każdą. I wobec każdego.

Feminizm to wolność wyboru.

Bo każdy powód, każda decyzja jest dobra.

Bo jest Twoja.

A dzięki feminizmowi nigdy nie będziesz szła sama.