Mówisz „Portugalia”, myślisz: słońce, ocean, surfing, majestatyczne klify i obłędne plaże? Masz rację, zwłaszcza jeśli w głowie masz południe kraju. Ale jesteś w błędzie, jeżeli uważasz, że to wszystko, co ma do zaoferowania Algarve. Ten region to miejsce, w którym zachwyt będziecie odmieniać przez wszystkie przypadki. Jego różnorodność zadziwia i rozkłada na łopatki. A sami mieszkańcy i mieszkanki śmieją się, że jeśli chcesz pojechać do Portugalii, to kiepsko trafiłeś/-aś, bo Algarve jest osobne, „afrykańskie”, leży jakby poza granicami.

Zlokalizowane na samym krańcu Europy, przez wieki utrzymało swój niepowtarzalny charakter, naznaczony maureatańskimi wpływami i oddany we władanie oceanu. Żyje w rytm przypływów i odpływów kapryśnego monarchy, o brzasku budzi się krzykiem mew, zasypia w kolorach słońca, przy których instagramowe filtry odpadają. Powietrze pachnie tu słoną bryzą i owocami morza, wdziera się do organizmu słodyczą tysięcy drzewek pomarańczowych i migdałów.

Ria Formosa, czyli „gdzie śpiewają kraby”

Naszą podróż przez przyjemności zaczynamy jeszcze w powietrzu (z warszawskiego Modlina do Faro lecimy Ryanairem tylko nieco ponad 4 godziny), tuż przed lądowaniem. Gdy samolot zniża się ku południowemu wybrzeżu, szczęka sama opada. Za oknem ukazuje się bowiem najbardziej niesamowita laguna, jaką można sobie wyobrazić: ruchomy labirynt kanałów, torfowisk i solanek jest niczym modernistyczne dzieło sztuki site-specific, wykonane w warunkach naturalnych.

To Ria Formosa, rezerwat przyrody wydzielony przy ujściu rzeki Formosy do oceanu. Laguna, która rozpoczyna się u wybrzeży Faro i ciągnie przez 60 kilometrów, niemal aż do Taviry, została uznana za jeden z siedmiu cudów Portugalii. Według mnie bije na głowę inne cuda świata.

Za chwilę będziemy oglądać ją z dołu. Mokradła, zalewane zarówno przez słone fale przypływu, jak i przez słodki nurt rzeki, są jak żywy organizm, który codziennie się zmienia wraz z zamysłem oceanu. Podobno Park Przyrody Rzeki Formosa najlepiej zwiedzać podczas rejsu łódką, ale ja polecam rower (żeby podkreślić, jak dobre jest to rozwiązanie, dodam tylko, że nie jestem fanką jeżdżenia na rowerze, mówiąc delikatnie).

W tym przypadku jednoślad sprawdza się genialnie, a przejażdżka trasą Ludo Trail pozwala w swoim tempie oglądać ten przyrodniczy fenomen: z przystankami na podziwianie kameleonów (łatwo nie zauważyć), niezliczonych kolonii krabów i cudownych różowych flamingów, którym tak się tu spodobało, że od kilku lat na zimę już nawet nie odlatują do „ciepłych krajów”.

Zobacz także:

Nie tylko zresztą flamingi pokochały tę miejscówkę: szacuje się, że w ciągu roku można tu zobaczyć aż 30 tysięcy różnych gatunków ptaków, które chętnie robią sobie tu przystanek podczas wędrówek z lub do Afryki. Myślicie, że podziwianie ptaków nie jest dla was, bo czym tu się ekscytować? Też tak myślałam. Ale wystarczyło kilka chwil z modrzykami, kulikami, siewkami czy moimi ulubionymi „czerwononóżkami” (niewielkimi szczudłakami, które brodzą na długich, cienkich nóżkach w poszukiwaniu skorupiaków), by zrozumieć, że to nawet lepsza rozrywka niż „Stranger Things” na Netfliksie.

Gdy zjeżdżamy z drewnianego „deptaka”, ścieżka pod kołem połyskuje diamencikami soli. Natura to rządzi, zieleń walczy o uwagę z błękitem wody, która w promieniach słońca migocze tysiącem kolorów. Mijamy saliny, góry białych kryształków piętrzą się przy solnych sadzawkach, flamingi przysypiają, stojąc w wodzie, a nad naszymi głowami startują i lądują samoloty (Faro to chyba jedyne lotnisko na świecie położone obok rezerwatu przyrody).  

Rowerem objeżdżamy luksusowe resorty Vale do Lobo i Quinta do Lago, które przycupnęły na skraju Ria Formosy. To takie portugalskie Beverly Hills, tylko bardziej klimatyczne. Jeśli macie trochę gotówki na stanie, zamiast objeżdżać rowerem, możecie tu po prostu spędzić wakacje – z pewnością poczujecie, że życie wam się udało.

Wycieczkę kończymy obowiązkowo w restauracji 2 Passos. Wegankom i weganom polecam najlepszą na świecie sałatę z mango i truskawkami. Fankom i fanom owoców morza nic nie będę polecać, bo znajomi, z którymi siedziałam przy stole, byli zachwyceni dosłownie WSZYSTKIM, co im podano. Nawet osoby, które myślały, że za owocami morza nie przepadają, przeżyły tu olśnienie: koleżanka stwierdziła, że jedząc ostrygę, poczuła w ustach bezkres oceanu i (cytuję) „jej życie nigdy już nie będzie takie samo”. 

Po tych pysznościach oczywiście zalegamy na plaży. Ta, przy której jemy, Ancăo, kusi niekończącym się pasem złocistego piasku (wrażenie nieskończoności nie jest przesadzone, półwysep – częściej nazywany wyspą Faro – w miejscu, gdy spotyka się z wodą, jest niczym jedna wielka plaża).

Cacela Velha, czyli wioska z widokiem

Inną perspektywę na Ria Formosę oferuje Cacela Velha, położona za Tavirą, na wschodnim krańcu rezerwatu. To chyba cud, że jeszcze nie trafili tu instagramerzy i instagramerki. Maleńka rybacka wioska, wyłożona kocimi łbami, składa się z przyklejonych do siebie bielonych domków, ozdobionych błękitem i obrośniętych bujną, śródziemnomorską roślinnością. Czas tu spowalnia, przysiadasz na chwilę na kawę i po chwili uświadamiasz sobie, że znasz niemal wszystkich miejscowych. Ci to mają szczęście: mauretański fort, który pozostał po dawnej historii, oferuje olśniewający (tak, znów jest pięknie!) widok na ocean, saliny i mokradła. Wielu sądzi, że to właśnie tu zlokalizowana jest najpiękniejsza plaża w Algarve – z pewnością jest najbardziej bezludna, gdyż można dostać się na nią pieszo, ale tylko wtedy, gdy ocean na to pozwoli. Łacha piasku zmienia kształt i rozmiary zgodnie z jego humorami. Bez dwóch zdań: Cacela Velha to miejsce, do którego przyjedziesz raz i nie będziesz chcieć wracać do domu.

Castro Marim, czyli eksplozje fioletu i solne kwiaty

Kolejną niesamowitą perspektywę na saliny oferuje nam Castro Marim. Urokliwe miasteczko, położone w pobliżu ujścia rzeki Gwadiana (Rio Guadiana) do Atlantyku, słynie z ruin średniowiecznego zamku obronnego, z którego widać wszystkie okoliczne solanki. Na co dzień jest tu ślicznie, ale gdy kwitną jakarandy, miasteczko zyskuje jeszcze więcej uroku. Mimozowe drzewka eksplodują fioletem, rozpościerają pod stopami dywan z płatków kwiatów. Są nie mniej efektowne niż japońska sakura.

Będąc w okolicy, koniecznie pojedźcie do Salmarim – tradycyjnej portugalskiej wytwórni soli, by spróbować jednej z jej najbardziej szlachetnych odmian. Ocean samodzielnie napełnia tu nabrzeżne saliny (woda morska nie jest sztucznie pompowana do zbiorników), a upał i wiatr zajmuje się resztą. Sól na słońcu „dojrzewa”, przybierając fantazyjne kształty – kryształy formują się w formę płatków śniegu i solnych kwiatów. Zastygają na powierzchni wody niczym puszysta pianka, a po wydobyciu nie są poddawane żadnym procesom przetwórczym (za to chętnie dodaje się do nich piri-piri, oliwki bądź skórki cytryny – przysięgam: nie przypuszczacie, że sól może smakować tak obłędnie).

Samo miejsce też jest wyjątkowe – właściciel zrobi wam po prostu show, a nie oprowadzanie (i to z degustacją!). A jest co zwiedzać, bo Jorge współpracuje artystami z całego świata, których zaprasza do siebie na rezydencje. W ich trakcie powstają takie dzieła sztuki jak to olbrzymie wahadło ze specjalnym zbiornikiem na słone kryształy, które – targane podmuchami wiatru – rysuje solne esy floresy godne Jacksona Pollocka i Roberta Delauneya.

Siedem Wiszących Dolin, czyli siedem milionów zachwytów

O szlaku Siedmiu Wiszących Dolin (Percurso dos Sete Vales Suspensos) nie napiszę zbyt wiele, bo to miejsce jest po prostu zbyt ładne na opisywanie. Zatem krótko: gmina Lagoa, startujemy przy Plaży da Marinha, kończymy przy Farol de Alfanzina, czas trwania – około 4,5 km, poziom trudności – raczej łatwy (bardziej wysportowani mogą pójść dalej, do Praia de Vale Centeanes, trasa liczy wtedy 12 km).

Skąpane w słońcu wybrzeże, turkus oceanu, klify niczym polane obficie miodem sękacze, orchidee przeciskające się przez skalne szczeliny, sekretne plaże, które można podglądać z góry...   Łatwiej tu być tym wszystkim, którzy nie są wrażliwi na uroki krajobrazu, bo – zwłaszcza gdy trafimy na golden hour – z wrażenia można się zasmucić swoim losem (osoby urodzonej i żyjącej w Polsce).

Sagres, czyli tam, gdzie kończył się świat

A na koniec... koniec świata. Miasteczko Sagres, które przycupnęło na krańcu Portugalii, przed wiekami uznawane było za miejsce, poza którym już nic nie ma. Od strony Atlantyku lądu bronią klify, a patrząc w dal, widzimy tylko nieskończoność wody – będąc tu, naprawdę łatwo pomyśleć, że jesteśmy na skraju wszystkiego.

Oddalony o kilka kilometrów Przylądek Świętego Wincentego (Cabo de Săo  Vicente), wysunięty najdalej na południowy-zachód punkt kontynentalnej Europy, wita nas charakterystyczną latarnią (której snop światła jest tak silny, że jest widoczny z ponad 50 km), a fale oceanu, roztrzaskujące się o ostre jak sztylety skały, dają widowisko, które trudno zapomnieć.