Co tam u Ciebie słychać?

Wszystko dobrze. W końcu wkraczam w ten etap, w którym mogę w pełni realizować się jako freelancer i pracować na własne nazwisko. Wcześniej robiłam różne rzeczy. Pracowałam w korporacjach i mniejszych firmach - u duetu BohoBoco, byłam w Nowym Jorku na stażu w domu mody Akris.

 

Co dokładnie robiłaś w Akris?

To był staż w dziale Visual Merchandising. Z wykształcenia jestem architektem wnętrz, w dodatku zawsze interesowałam się modą. Tam mogłam to wszystko połączyć.

 

Jak tam trafiłaś?

Skończyłam architekturę wnętrz w Polsko-Japońskiej Szkole Technik Komputerowych i zastanawiałam się co dalej. Miałam pomysł żeby pójść na Saint Martins, ale cały proces aplikacji szczerze mówiąc mnie przerósł. Wtedy postanowiłam znaleźć jakiś zagraniczny staż. Usiadłam przed komputerem i zaczęłam przeglądać oferty. Odezwałam się do Akrisa, a oni po 4 dniach zaprosili mnie na staż. Totalnie się tego nie spodziewałam, w ciągu miesiąca wszystko obróciło się o 180 stopni. To działo się tak szybko, wiza, pakowanie, mieszkanie… nikogo tam nie znałam.

 

Jak wyglądał Twój pierwszy dzień?

Było dosyć śmiesznie. To był skok na głęboką wodę. Trafiłam na okres sprzedaży kolekcji. Do siedziby Akris przychodzili kupcy z najlepszych domów handlowych żeby zobaczyć kolekcję. Byli wśród nich buyerzy Sacks Fifth Avenue, Maycy's, Bloomingdales. Codziennie przygotowywaliśmy dla nich specjalne pokazy. Ja stylizowałam modelki, robiłam im zdjęcia, obrabiałam w Photoshopie, a kupcy wybierali interesujące ich sylwetki. Potem przeszłam stricte do działań VM- dekorowania sklepów. Moim zadaniem było projektowanie przestrzeni sklepów, w taki sposób, żeby była atrakcyjna dla klienta i spójna z wizerunkiem marki.

 

Wyciągnęłaś coś dla siebie z obserwowania buyer'ów?

Szczerze mówiąc nie potrafiłam przewidzieć co wybiorą, do tej pory nie mam pojęcia jakim kluczem się kierowali. Raz wybierali zachowawcze fasony, a raz te bardziej modowe.

 

Chyba fajnie to wspominasz?

Tak, było bardzo fajnie. Poznałam od wewnątrz funkcjonowanie domu mody na światowym poziomie. W Nowym Jorku miałam sporo przygód... Ale to nie miasto dla mnie. Bardziej kręci mnie Paryż - artystyczny klimat tego miasta. Przerażają mnie tylko zamknięci Francuzi… no i język. Sporo zapomniałam od czasów francuskiego liceum, teraz pracuję nad ponownym szlifowaniem języka. Do Stanów poleciałam z biletem w jedną stronę. Nie zakładałam, że zostanę tam na miesiąc czy rok. Po 4 tygodniach stażu zaproponowano mi przedłużenie umowy. Kusiło mnie żeby zostać, ale męczyła mnie rozłąka z przyjaciółmi i rodziną. Postanowiłam, że wracam. Niekoniecznie do Polski, ale muszę być gdzieś bliżej. Przynajmniej na tyle blisko, żeby wsiąść w samolot i wpaść do domu na weekend.

 

Co robiłaś po powrocie?

Nie dawało mi spokoju Saint Martins. Zdecydowałam się na miesięczny kurs i to bardzo dużo mnie nauczyło. Zdobyłam tam umiejętności, których nigdy nie dałaby mi inna szkoła. Uczyłam się tam różnych technik malarstwa, poznałam nowe materiały, o których (jak się później okazało) w sklepach plastycznych w Warszawie nikt nawet nie słyszał.

Teraz studiuję grafikę na ASP, mam średnią 5.0 i jestem prymusem. Jestem bardzo zadowolona. Robię specjalizacje z plakatu w pracowni Mieczysława Wasilewskiego, ucznia Henryka Tomaszewskiego, twórcy polskiej szkoły plakatu. Grafika to fajny miks. Te studia łączą w sobie grafikę artystyczną, użytkową, warsztatową i komputerową. Mam pełen przekrój. Wolałabym poświęcić się malarstwu, bo to moja prawdziwa pasja. Ale to niepewna dziedzina.

 

A skąd się wzięła moda? Artyści są z nią raczej na bakier.

Gdy byłam dzieckiem pracowałam jako aktorka i modelka. Grałam w reklamach i filmach. Stroili mnie na tych planach zdjęciowych i to chyba we mnie trochę zostało. W liceum wylądowałam na stażu w jednym z magazynów - miałam wtedy 17 lat.  Moda po prostu zawsze się przewijała w moim życiu.

 

Co dał Ci staż w redakcji?

Byłam dziewczyną na posyłki. Przynieś, podaj, zanieś. Parzyłam kawę, wyszukiwałam trendów. Dowiedziałam się, że to nie do końca tak jak "W Diabeł ubiera się u Prady". Wszyscy byli dla mnie bardzo mili.  Minął miesiąc i poszłam na studia. Nie miałam czasu na regularną pracę. Robiłam trochę projektów freelancerskich, nawet stylizowałam. Ale chciałam się w pełni poświęcić nauce, dać sobie czas na to żeby spokojnie się kształcić. Nie tylko zaliczać zajęcia, a faktycznie studiować. Potem pracowałam w kilku małych firmach, w telewizji i trafiłam do BohoBoco.

 

Jak wspominasz ten okres?

Do atelier trafiłam tuż przed pokazem, w dodatku ze złamaną ręką. Wyobrażasz sobie grafika bez jednej ręki? Było mi ciężko, pracowaliśmy całą ekipą czasami do 3 w nocy. Kamil I Gilbert byli bardzo wymagający. Mieliśmy bardzo fajny team i kręciło nas to napięcie. Tam nauczyłam się multitaskingu. Byłam grafikiem, kierowcą, asystentem, dostałam szansę żeby robić bardzo kreatywne projekty. Te kilka miesięcy przepracowałam na najwyższych obrotach. Brakowało mi tam klimatu Akrisa: idealnej organizacji, pracy od 9 do 17. Zdecydowałam się że chcę sama planować sobie czas, pracować na własny rachunek. I tego się trzymam do tej pory.

 

Jak trafiłaś na Art & Fashion Festival w Starym Browarze?

Natknęłam się w internecie na ofertę warsztatów. Chwilę wcześniej złożyłam teczkę na ASP i właśnie wybierałam się do Rzymu na wakacje. Nie miałam czasu przygotowywać prac na narzucony przez Anję Rubik temat zmysłów. Zaryzykowałam i wysłałam prace, które powstały podczas kursu na Saint Martins. Nie miałam nic do stracenia, ale nie spodziewałam się cudów i szczerze mówiąc podczas wyjazdu zapomniałam, że w ogóle aplikowałam na warsztaty. Po powrocie dostałam telefon z informacją "Gratulujemy". Myślałam, że jakiś akwizytor chce mi wcisnąć odkurzacz… Okazało się że zakwalifikowali mnie do udziału. Okazało się że termin warsztatów pokrywa się z moimi pierwszymi dwoma tygodniami studiów na ASP. Chciałam  zrezygnować, ale coś mi podpowiadało, że warto. I było warto, to był dla mnie prawdziwy przełom.

 

Czego nauczyły cię warsztaty?

Obycia w branży. Pracy na własne nazwisko i pracy z klientem. Tworzyliśmy tam też swoje minimagazyny i to akurat mojej grupie udało się wygrać. Dzień w dzień w siedzieliśmy w Starym Browarze do 12 w nocy. Przywiozłam stamtąd dużo fajnych znajomości, jestem z innymi uczestnikami w kontakcie i myślimy o jakichś nowych projektach.

Olka Osadzińska - nasza mentorka - była niesamowita. Zaskoczyło mnie że na wstępie powiedziała, że nie będziemy pracować nad warsztatem. Uświadomiła nam, że warsztat już mamy. Teraz musimy go wykorzystać. To może wydawać się oczywiste, ale okazało się, że nie wystarczy być dobrym, trzeba też pokazać się światu, trzeba komunikować się z potencjalnymi klientami. Olka nauczyła nas jak pisać maile, zbudować portfolio, stronę internetową, jak zaprezentować się przed klientem. Gdyby nie ona, pewnie nie wysłałabym maila z pytaniem o możliwość współpracy do Glamour, nigdy nie zrobiłabym dla was ilustracji i teraz byśmy nie rozmawiały. A to wszystko najlepszy dowód na to, że się opłaca.

 

Ale chyba nie zawsze jest tak kolorowo?

Nie mogę narzekać, mam mnóstwo pracy. Ale współpraca nie zawsze przebiega tak fajnie jak w przypadku Glamour. Wielu klientów traci i swój i mój czas, nie dając mi wolności. Zlecają pracę profesjonaliście, a ciągle wydaje im się że wiedzą lepiej. Ale świadomość rośnie, więc mam nadzieję, że wkrótce małe firmy zaczną myśleć innowacyjnie, tak jak ci wielcy klienci. Z doświadczenia już wiem, że paradoksalnie prestiżowe, duże firmy dają grafikom wolną rękę, bardziej szanują ich pracę. Takie myślenie procentuje. Oczywiście jestem otwarta na sugestię, wizja klienta jest dla mnie bardzo ważna. Póki co mam ogromne szczęście i z większości projektów, które tworzę jestem bardzo zadowolona. Świetny projekt jest zawsze efektem kompromisu. Problem pojawia się kiedy brakuje tego porozumienia.

 

Kiedy zrobiłaś pierwszą ilustrację modową?

Półtora roku temu usiadłam i zrobiłam ilustrację z Anią Rubik. To był impuls. Malowałam wtedy niemal wyłącznie olejami na płótnie, chciałam popróbować z akwarelą. Ta technika kojarzyła mi się najbardziej z ilustracją modową i tak zaczęłam kombinować.

 

Twoje portfolio jest bardzo zróżnicowane, ale widać wspólny mianownik, jak stworzyłaś ten swój styl?

Chyba dopiero do tego dążę. To trochę dzieje się samo, wypływa z mojej osobowości. Nie wiem na ile widoczne jest to w ilustracjach, ale w malarstwie na pewno widać mój charakter.

 

Udaje Ci się zachować ten styl w pracy z klientami?

Na szczęście tak. W większości przypadków. W końcu klienci decydują się na współpracę znając moje portfolio. A ja każde zlecenie traktuję bardzo poważnie i do każdego wkładam tyle samo siebie.

 

Marzenia?

Chciałabym zorganizować wystawę swojego malarstwa, myślę o tym już od jakiegoś czasu. W końcu muszę spróbować pochodzić po galeriach i zacząć istnieć. Co jeszcze? Na pewno chciałabym zrobić ilustracje dla Vogue'a.

 

WIĘCEJ PROJEKTÓW ANETY KLEJNOWSKIEJ ZNAJDZIESZ W NASZEJ GALERII, NA INSTAGRAMIE I W PORTFOLIO ARTYSTKI.