Thor: Miłość i grom”: Taika Waititi pokazał swój geniusz

Nie umiem w filmy superbohaterskie. Nie rozumiem ich, średnio mnie bawią, zazwyczaj nudzą, nie śmieszą. Ale „Thor: Miłość i grom” w reżyserii Taiki Waititikiego z Chrisem Hemswortherm i Natalie Portman rozłożył mnie na łopatki. Uśmiałam się na po pachy (mnóstwo tu inteligentnego humoru, jak i wyśmienitych sucharów), ale nie obyło się też bez wzruszeń.

Podobno to najlepsza produkcja Marvela od dawna. Trudno mi powiedzieć. Filmy o superbohaterach oglądam zwykle z poczucia obowiązku niż dla przyjemności, więc trudno mi porównywać.  Ale nawet bez porównywania mogę stwierdzić, że to kawał naprawdę świetnego kina.

Trudno się dziwić, skoro za kamerą stanął Taika Waititi. Nowozelandzki reżyser zrobił już poprzednią część przygód superbohatera wykreowanego przez Chrisa Hemswortha („Thor: Ragnarok”), jednak tak naprawdę dopiero w „Miłości i gromie” pokazał, co potrafi. Jak w „Jojo Rabbit” był w stanie opowiedzieć o horrorze wojny w zupełnie świeży sposób, tak w najnowszej odsłonie historii nordyckiego boga przenicował uniwersum Marvela, by pokazać je z nowej perspektywy. I zrobił to z niesłychaną lekkością. Odarł rzeczywistość MCU ze śmiertelnej powagi, która w większym lub mniejszym stopniu towarzyszyła temu typu  produkcjom.


Spojrzał na nią z ironizującym dystansem, zamieszczając jednocześnie trafny komentarz do współczesności. Z bogami, którzy umarli, zgnuśnieli i nie służą nikomu poza swą próżnością (doskonały Russel Crowe w roli wszechpotężnego Zeusa, a raczej podstarzałego playboya biegającego w przykrótkiej spódniczce). Ale też z bohaterami wiedzącymi, że na rozlewającą się nienawiść, która jest tak przerażająca, że wysysa ze świata wszystkie kolory (genialny zabieg artystyczny w czarno-białej części filmu), jest odpowiedź – ta tytułowa, pełna łagodności. Sprawdza się zawsze, gdy przemoc zawodzi.

„Thor: Miłość i grom”: śmiech i groza

Zaczyna się z właściwym dla Waititego mrugnięciem oka. Oto losy syna Odyna streszczone zostają w formie baśni opowiadanej dzieciakom. Thor stracił miłość, przegrał ojczyznę i brata, w związku z czym zamknął się w sobie i przywdział zbroję z mięsa (po prostu przytył). Nie jest mu jednak dane dalsze obrastanie tłuszczem, bo oto galaktyczny zabójca Gorr Rzeźnik Bogów (hipnotyzujący Christian Bale) decyduje się, nomen omen, zrobić krwawą rzeź bogów. Aby pokrzyżować jego plany, Thor wzywa na pomoc Królewską Walkirię (Tessa Thompson) oraz Korga (sam Taika Waititi). Dołącza do niego była dziewczyna, która posiadła umiejętność władania jego wszechmocnym młotem, Mjolnirem. Zagrana przez Natalie Portman Potężna Thor, czyli Jane Foster (nie mylić z Jane Fondą ani Jodie Foster, co zdarza się narratorowi) skrywa pewien smutny sekret, z którymi wszyscy będą musieli się zmierzyć.  


Superekipa wyrusza w pełną zadziwiających przygód i niemożebnego ryku kóz (!) kosmiczną podróż, by rozwikłać problem boskiego Rzeźnika. I powstrzymać go, nim ten zrobi o jeden krok za daleko... Hemsworthowi i Portman na ekranie partnerują m.in.: Chris Pratt, Dave Bautista, Pom Klementieff i Karen Gillan. W epizodycznych rolach pojawiają się Russell Crowe, Matt Damon, Sam Neill i Melissa McCarthy. Każdy z tych występów to małe dzieło sztuki. Więcej nie będę wam opowiadać, biegnijcie do kina.

 

Zobacz także: