Prezydent nie będzie kobietą. I co z tego?

Z wyścigu o prezydenturę wycofała się jedyna kobieta. Czy to oznacza, że walka o prawa kobiet jest absolutnie nieobecna w programach wyborczych? Niekoniecznie. Małgorzata Kidawa-Błońska na deklaracji walki zbudowała w zasadzie całą swoją kampanię wyborczą, choć głównie obiecywała budowę nowych żłobków i powrót do refundowania in vitro, a te dwie kwestie, choć ważne, reprezentują interesy tylko części kobiet, tych, które dzieci już mają albo chcą mieć w niedalekiej przyszłości. Tak, mówiła sporo o ochronie ofiar przemocy i przyjęła od Kongresu Kobiet projekt ustawy regulującej nierówności w wynagradzaniu kobiet i mężczyzn za tę samą pracę.

Gdy jednak Lewica poprosiła Koalicję Obywatelską o poparcie ich „Paktu dla kobiet”, który zakładał złagodzenie obecnego prawa aborcyjnego, Kidawa-Błońska przyznała, że jest za utrzymaniem kompromisu, podobnie jak i cale KO. I niech będzie, być może dla wielu kobiet kompromis jest satysfakcjonujący na poziomie ideologicznym. Tyle że w praktyce często bywa nierespektowany (o czym świadczą chociażby obowiązkowe sprawozdania z wykonania ustawy, w których brakuje rzetelnych danych – nie ma np. informacji o tym, ilu ofiarom gwałtów umożliwia się aborcję, a ile zgwałconych kobiet wciąż jest zmuszanych do urodzenia).

Kraje, którymi rządzą kobiety, lepiej radzą sobie z pandemią koronawirusa! >>>

Kandydaci bez wielkiego poparcia nie dostaną głosów kobiet. I dobrze

To kto, jeśli nie Kidawa-Błońska? I kto na pewno nie? Zacznijmy od kandydatów nieistotnych, z poparciem tak znikomym, że żaden nie łapie się do pierwszej szóstki. Spośród nich jakkolwiek obiecujący wydaje się być jedynie Paweł Tanajno, wolnościowiec, choć mało konkretny w swoich wyborczych deklaracjach. Wiadomo, że wszystkie ustawy, które mogłyby ograniczać swobody obywatelskie, chciałby poddawać głosowaniu w referendum (czyli decyduje większość obywateli, a nie większość w parlamencie). Nie wiadomo, które ustawy uważa za ograniczające swobody obywatelskie. Mirosław Piotrowski to konserwatysta związany z Radiem Maryja, nie ma szans, żeby prawa kobiet były na liście jego priorytetów.Marek Jakubiak zasłynął swego czasu ze stwierdzenia, że „feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść lodówkę na czwarte piętro”, wykazując tym, że nie ma pojęcia o tym, na czym polega równouprawnienie. Jakubiak jest zresztą również właścicielem browaru Ciechan, bojkotowanego za homofobiczne wypowiedzi prezesa – to już chyba daje jakieś wyobrażenie o kandydacie. A Stanisław Żółtek, w przeciwieństwie do pozostałej trójki nieliczących się kandydatów, proponuje konkretne rozwiązania, tyle że takie w stylu Opowieści Podręcznej. Chce np. penalizacji aborcji, a przerywanie ciąży dopuszcza tylko w przypadku potwierdzonego zagrożenia dla zdrowia i życia matki. Penalizacja, czyli kary więzienia za aborcję, to ryzyko niebezpiecznych precedensów – w praktyce o usunięcie ciąży może być podejrzewana każda kobieta, która poroniła. A, Żółtek ma jeszcze jeden znakomity pomysł. Chce, żeby państwo płaciło kobietom, które zdecydują się urodzić dziecko z gwałtu. Śmierdzi absurdalnym przekonaniem, że traumę przemocy seksualnej można wycenić.

2,5 kandydata, czyli jeden zapowiadał się dobrze, ale poległ na prawach kobiet

Jeśli chodzi o pozostałych, tych bardziej liczących się kandydatów, też nie jest różowo. Obecny prezydent Andrzej Duda, który wciąż prowadzi w sondażach, wywodzi się z mocno antykobiecej, nierównościowej partii. Odgraża się, że podpisze ustawę zaostrzającą prawo aborcyjne. Podpisał ustawę o zakazie in vitro (bo zdaniem PiS, in vitro to eksperyment medyczny). Krzysztof Bosak jest narodowcem, nawet nie ma co analizować tak skrajnie nienawistnych poglądów. Szymon Hołownia akurat zapowiadał się nieźle, dopóki nie skompromitował się kilkoma mętnymi wypowiedziami na temat praw kobiet. Z tymi, które chcą antykoncepcji awaryjnej (pigułka po bez recepty), chętnie by porozmawiał (WTF?). Niby jest za kompromisem aborcyjnym, ale przeprowadziłby referendum w sprawie aborcji. A referendum w tym przypadku nie jest jakiś szczególnie szczęśliwym rozwiązaniem. Intencja legalizacji aborcji jest taka, by każdej kobiecie dać możliwość wyboru, by każda mogła decydować sama o sobie. Referendum jest narzędziem demokratycznym, nie ma w nic złego. Tyle że prawo do samostanowienia powinno przysługiwać każdemu, niezależnie od tego, jak woli większość, obywatelska czy parlamentarna.

Aleksandra Gajewska: Polityka od dawna nosi krawat, więc aktywne kobiety próbuje się dyskredytować poprzez stereotypy i seksizm. Musimy się temu stanowczo sprzeciwiać [WYWIAD] >>>

Chcesz państwa, w którym prawa kobiet są respektowane? Masz wybór, ale ograniczony

Zostaje dwóch, tych faktycznie najbardziej zaangażowanych w walkę o prawa kobiet. Robert Biedroń, kandydat Lewicy, chce legalnej aborcji, dostępu do in vitro, skutecznie ściąganych alimentów, równych płac i ochrony ofiar przemocy domowej. Rafał Trzaskowski, nowy kandydat Koalicji Obywatelskiej, jeszcze nie rozpoczął kampanii prezydenckiej i automatycznie przejął założenia programowe Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, własne dopiero doda. To nie znaczy, że nie ma go jak rozliczyć, wręcz przeciwnie. Jako prezydent Warszawy Trzaskowski realizował prokobiecą politykę. Powołał Radę Kobiet, organ doradczy, który pilnuje, żeby ratusz działał w oparciu o zasadę pełnej równości. Stworzył budżet na miejski program in vitro (dofinansowania do zabiegów). Za kadencji Trzaskowskiego powstał cykliczny program bezpłatnych profilaktycznych szczepień przeciwko wirusowi HPV, który powoduje m.in. raka szyjki macicy. Miasto przekazuje też środki organizacjom pozarządowym w ramach Programu Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie oraz Ochrony Ofiar Przemocy w Rodzinie. W Warszawie też latem ubiegłego roku zaczęły działać dwa bezpłatne całodobowe gabinety ginekologiczne bez klauzuli sumienia, finansowane z funduszy miejskich (zrealizowana obietnica wyborcza Trzaskowskiego).

Różnice między Biedroniem a Trzaskowskim są dwie. Pierwszy na razie jedynie deklaruje gotowość do walki o prawa kobiet, drugi już pokazał, że chce i potrafi. Z drugiej strony Biedroń startuje z ramienia Lewicy, która stoi po stronie kobiet, a Trzaskowski -  z ramienia Koalicji Obywatelskiej, do której mam ograniczone zaufanie akurat w tej kwestii. Argument przynależności partyjnej może oczywiście okazać się bez znaczenia, a może mieć większe, niż nam się wydaje. Najważniejsze jest jednak to, by każda kobieta zadbała o swoje interesy w najbliższych wyborach prezydenckich. Niezależnie od tego, jakie te interesy są.

Kobiety do polityki! Oto 10 posłanek Sejmu nowej kadencji, którym kibicujemy >>>