Znacie ją z serialu „Zawsze warto” telewizji Polsat, gdzie gra Ewę, serialową przyjaciółkę Julii Wieniawy. Ale Zofia Domalik ma też na koncie kilka filmowych ról, przede wszystkim w obrazie „Wszystko dla mojej matki”, fabularnym debiucie dokumentalistki Małgorzaty Imielskiej. Za postać Oli, 17-latki, która w wyniku wielu ucieczek z domu dziecka trafia do zakładu poprawczego, została nagrodzona za najlepszy debiut na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Absolutnie zasłużenie. Film, choć niestety nie trafił do szerokiej dystrybucji, to obraz, obok którego trudno przejść obojętnie. Nie było bowiem do tej pory w polskim kinie fabularnego obrazu poświęcającego tak dużo miejsca żeńskim zakładom poprawczym i ich mieszkankom. Dziewczynom po przejściach, z ogromnymi problemami i niepewną przyszłością. Bohaterka grana przez Zofię próbuje przetrwać, angażując się w sport i treningi. Wierzy, że uda jej się zakwalifikować na mistrzostwa, a dzięki temu w końcu odnaleźć mamę.

„Wszystko dla mojej matki” to obraz o kobiecej sile, odwadze, przyjaźni i marzeniach. O tym też rozmawialiśmy z Zofią Domalik, którą już wkrótce zobaczymy w nowym serialu TVN „Szadź”, gdzie pojawi się obok Macieja Stuhra, Aleksandry Popławskiej i Mirosława Zbrojewicza. A obecnie można ją podziwiać także w sztuce „Dziady” w reżyserii Janusza Wiśniewskiego na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. Spotkałyśmy się właśnie w jego okolicach, tuż przed jednym ze spektakli.

Kinga Nowicka: W filmie „Wszystko dla mojej matki” Małgorzaty Imielskiej grasz Olę, ale wiem, że to nie o tę postać ubiegałaś się na samym początku.

Zofia Domalik: Tak, zostałam zaproszona do innej roli, Ewki, którą ostatecznie zagrała Helena Englert. Ale jak tylko zobaczyła mnie reżyserka filmu – Małgorzata Imielska, która była na castingach od początku, co nie zawsze się zdarza, to powiedziała: Co, ona na Ewkę? Na pewno nie. Następnie ubiegałam się o rolę Mani, którą gra Malwina Laska, ponieważ był taki moment na castingu, kiedy powiedziałam coś z takim smutkiem, jakiego Gosia szukała w postaci Mani. Okazało się jednak, że cały czas widziała mnie w czymś innym i chyba po drugim castingu zaczęłam ubiegać się o rolę Oli. To było dość ryzykowne z jej strony, bo postawiła na debiutantkę. 

Ryzyko się opłaciło. Na 44. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni dostałaś Złotego Lwa za najlepszy debiut aktorski. Jak wyglądały Twoje przygotowywania do roli? 

Miałyśmy z Gosią sześć miesięcy prób, podczas których przegadywałyśmy scenariusz, jeszcze zanim zaczęłyśmy grać sceny w studiu na Chełmskiej. W tym samym czasie kiedy miałyśmy próby, jeździłam do dwóch zakładów poprawczych – w Falenicy oraz do Młodzieżowego Ośrodka Wychowawczego w Rembertowie.

I jak wyglądał Twój czas spędzony w tych miejscach? 

Chodziłam tam na zajęcia szkolne, jadłam z dziewczynami obiady i sprzątałam z nimi w zakładzie poprawczym. Wykonywałam z nimi ich obowiązki. Spędzałam tam cały dzień łącznie z przerwami, czyli od 5:00 rano do 18:00, kiedy dziewczyny wracały do swoich pokojów. One mają wyznaczony czas na palenie papierosów, na korzystanie z telefonów. Funkcjonowałam tak jak one – nie miałam przerwy, kiedy chciałam i nie miałam przy sobie telefonu. 

Jak reagowały na to, że jesteś tam z nimi?

Wiedziały, że jestem aktorką i przygotowuję do roli. A ponieważ starałam się funkcjonować tak jak one, nie były wobec mnie aż tak nieufne. 

Oprócz tego musiałaś się też przygotowywać od strony fizycznej.

Tak, bo gram dziewczynę, która biega i biega dobrze. A ja nigdy nie biegałam. Na szczęście jestem dość wysportowana, więc szybko złapałam tę ilość treningów. Przygotowywała mnie Marta Keller, wspaniała trenerka. Byłam też na diecie, bo musiałam schudnąć. Nie wiem, ile dokładnie schudłam na wadze, ale na pewno z rozmiaru 38 do 34. Gram 17-latkę, która jest bardzo wysportowana, nie ma za bardzo kobiecych kształtów. Musiałam mniej wyglądać jak dojrzała kobieta, a bardziej jak dziecko.

Jadąc do takiego miejsca jak zakład poprawczy, trochę nie wiadomo, czego się spodziewać. Co dla Ciebie było największym zaskoczeniem?

Pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła, to ogromna potrzeba bliskości u przebywających tam dziewczyn. A przecież, jak człowiek myśli sobie o zakładzie poprawczym, to raczej o dziewczynach, które mają traumę, są skrzywdzone i właśnie z niechęcią reagują na dotyk. Jest zupełnie na odwrót. Prawdopodobnie dlatego, że nie dostały takiej czułości w domu, albo dostały jej za mało.

Zaskoczyło mnie także to, że nie wszystkie dziewczyny, szczególnie w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Rembertowie, pochodzą z patologicznych rodzin. Oczywiście większość dziewczyn trafia do zakładów poprawczych z domów, w których była przemoc, narkotyki, libacje. Ale okazuje się, że to są też dziewczyny z bardzo zamożnych rodzin, gdzie rodzice zaniedbywali je kiedy były dziećmi, a one bardzo chciały zwrócić na siebie uwagę. Niektóre z nich miały anoreksję, inne od razu wchodziły w przemoc, w handel narkotykami czy kradzieże.

Doprowadzały do sytuacji, w której rodzice musieli odebrać je z komisariatu, zainteresować się nimi. Tak jak powiedziałaś, w takich miejscach nie wiadomo, czego się spodziewać. I też wyjeżdża się stamtąd z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości. To są dziewczyny które miały po prostu gorszy start. Myślę, że zupełnie inaczej potoczyłoby się ich życie, gdyby w wieku pięciu lat do ich domu przyszedł pracownik opieki społecznej i zajął się sprawą takiego dziecka. Może trafiłyby wtedy do nowej, kochającej rodziny. Nie wiemy, co byłoby dalej, ale potencjalnie otwierałyby się przed nimi nowe drzwi. Niech to będzie taki apel do ludzi, że jeśli słyszą z piętra niżej, że dzieje się coś złego, że jest krzyk, bójka, to żeby dzwonić po pomoc i nie być obojętnym. 

A czy Ty, będąc wśród tych dziewczyn, miałaś poczucie, że one żyją w takim w przekonaniu, że z tak tragiczną przeszłością ich przyszłość wcale nie będzie lepsza i że nic dobrego ich już w życiu nie spotka? 

Tak. Na jednej z lekcji WOSu, w której brałam udział, dziewczyny miały napisać CV. Na co jedna z dziewczyn powiedziała: No ale po co my to mamy pisać, skoro i tak nigdy nie będziemy miały pracy, bo nikt nas nie zatrudni? Oczywiście wszystkie inne zaczęły się śmiać. Ja siedziałam obok, a nauczycielka, wskazując na mnie, odpowiedziała: Pracujcie, to może kiedyś będziecie miały tak dobrze jak ta pani. To było okropne. Jak one miały się poczuć? Tymi słowami całkowicie zburzyła ich myślenie, że one też mogą być wyjątkowe. 

Ola, Twoja bohaterka, biega, bo biegała jej mama. Twoja mama, Ewa Telega, też jest aktorką. Jaki wpływ miała na to, że wybrałaś taką, a nie inną zawodową drogę?

Bezpośrednio żaden, ponieważ moja mama nigdy mnie nie namawiała, żebym została aktorką. Wręcz odradzała, mając świadomość, że to taki zawód, w którym cały czas jest się ocenianym. Przez całe życie niekończący się egzamin. A ja, w co może ciężko teraz uwierzyć, byłam potwornie nieśmiałym dzieckiem. Do tego stopnia, że nauczycielki z podstawówki dzwoniły, że nie jestem w stanie zgłosić się do tablicy, chociaż znam odpowiedź. 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Mamuńka #love #mother #mama #wszystko

Post udostępniony przez Zofia Domalik (@zofiadomalik) Maj 6, 2017 o 5:02 PDT


Przyznasz jednak, że mając mamę aktorkę i tatę reżysera (Andrzej Domalik), chyba ciężko, aby nie przeszło przez myśl, by robić kiedyś to co oni? 

Jak byłam dzieckiem, rodzice pracowali w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Choć moja mama mówi, że rzadko mnie tam zabierała, ja mam wrażenie, że byłam tam cały czas, więc musiało to mieć na mnie duży wpływ, skoro pamiętam, jakby to była dla mnie codzienność.

Ciężko nie zakochać się w magii teatru, jeżeli się ją poczuje za dziecka.

Poza tym, zawód aktora przekłada się na życie prywatne. W moim domu rodzinnym cały czas są plakaty ze spektakli,  szkice kostiumów teatralnych, mnóstwo zdjęć z różnych planów zdjęciowych, nagrody moich rodziców. Człowiek tym po prostu przesiąka, zaczyna go to fascynować. To wywarło na mnie ogromny wpływ.

Wróćmy jeszcze do tej Twojej nieśmiałości. Czy to oznacza, że szkoła aktorka była dla Ciebie jedynym sposobem, aby ją przezwyciężyć? 

Myślę, że tak. W szkole, codziennie od 8:30 rano czasem nawet do północy, jest się wystawianym na ocenę, krytykę. Dostaje się feedback od kolegów i profesorów na próbach. I tak jest przez cztery lata.

Pierwszy rok w szkole był dla mnie bardzo trudny. Bałam się wyjść na zajęciach na scenę, zaprezentować coś nowego, odważnego, ćwiczyć przy innych studentach. Dopiero na drugim roku, jak pracowaliśmy nad „Słomkowym kapeluszem” z profesorem Marcinem Perchuciem, zaczęłam się przełamywać.

To była szalona farsa, z bardzo wyraźnymi postaciami. Musiałam zaproponować coś odważnego, coś nowego. Wtedy poczułam, że dam radę. I choć była to trochę terapia szokowa, to właśnie dlatego kocham moją szkołę. Teraz w warszawskiej Akademii Teatralnej jestem asystentką, właśnie Marcina Perchucia. 

W trakcie studiów często przychodziłaś do mamy po radę, czy raczej starałaś się radzić sobie sama? 

Nie, moja ambicja mi na to nie pozwalała.

Miałam takie poczucie, że od momentu, kiedy dostałam się do szkoły, zaczynam tworzyć swoją markę, bo w przyszłości nie chcę być aktorką-córką Ewy Telegi, tylko aktorką-Zofią Domalik.

Jasne, że przychodzę czasem do mojej mamy po poradę, ale staram się tego nie nadużywać. Raczej radziłam się kolegów z mojego roku, zwłaszcza, że bardzo się przyjaźniliśmy i dalej przyjaźnimy. 

Jak w takim razie wygląda Twoja relacja z mamą, ale nie na płaszczyźnie zawodowej? Dużo jej mówisz, zwierzasz się? Często spędzacie ze sobą czas?

Jeżdżę z nią parę razy w roku na wakacje, więc chyba mamy dobry kontakt (śmiech). Moja mama jest moją najlepszą przyjaciółką i zawsze tak było. Kiedyś mówiłam jej absolutnie wszystko, a teraz trochę mniej jej się zwierzam, ponieważ nie chce żeby się martwiła. Poza tym im jestem starsza, tym lepiej radzę sobie ze swoimi problemami. 

A oprócz mamy, sporo jest kobiet wokół Ciebie? Masz dużo koleżanek, czy raczej jedną, dwie przyjaciółki, na które zawsze możesz liczyć?

Mam grupę przyjaciół od liceum. Kiedyś to była ekipa melanż, ale już przestaliśmy tyle imprezować, więc teraz nazywamy się rodzinką (śmiech). Mam też trzy przyjaciółki, które znam od przedszkola. No i oczywiście Julia Wieniawa.

No właśnie, z Julią gracie razem w serialu na „Zawsze warto”. Jak zaczęła się Wasza przyjaźń?

Z Julką poznałyśmy się dawno temu przez znajomych. Początkowo nie miałyśmy kontaktu, ale cały czas gdzieś się mijałyśmy. A kiedy weszłam na plan „Zawsze warto” zaczęłyśmy tyle ze sobą gadać, że nasz dźwiękowiec powiedział: Słuchajcie, przestańcie, bo ja nic innego nie słyszę! (śmiech) Zaprzyjaźniłyśmy się od razu. I nawet teraz, kiedy nie mamy zdjęć, to widujemy się bardzo często. I jakoś ta nasza przyjaźń funkcjonuje, pomimo tego, że ani ona nie ma dużo wolnego czasu, ani ja. Bardzo się cieszę, że znalazłam na mojej drodze kogoś takiego.

No i kogoś takiego, kto jest w podobnej sytuacji, bo tak samo jak Ty jest narażona na tę nieustanną ocenę, o której mówiłaś. Czy to, że jesteście po tej samej stronie barykady, wzmacnia Waszą relację? 

Ja nie jestem nawet w jednej setnej wystawiona na ocenę tak, jak Julka. Zastanawiam się cały czas, jak ona to robi. Ludzie myślą, że jej to nie dotyka, a tak nie jest. My niby jesteśmy w podobnej sytuacji, ale nie do końca. Mamy zupełnie inne warunki, możemy castingować się do odmiennych ról.

Obie dużo pracujemy, wspieramy się w tym i nie rywalizujemy ze sobą. To chyba najlepszy układ, jaki może być między osobami, które pracują w tej samej branży.

Do tej pory nigdy się nie pokłóciłyśmy. Raz tylko się na siebie zdenerwowałyśmy, na jakieś 25 sekund, co uważam za spory sukces, bo obie jesteśmy temperamentne.
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Z moja ukochana dziewczyna 

Post udostępniony przez Zofia Domalik (@zofiadomalik) Cze 13, 2019 o 12:38 PDT


Czyli jesteście w stanie powiedzieć sobie nawzajem nawet to, co niekoniecznie będzie przyjemne, bo wiecie, że nikt inny nie powiedziałby Wam tego równie szczerze? I doceniacie to? 

Nasza relacja w niczym nie różni się od relacji dwóch normalnych przyjaciółek, z tym wyjątkiem, że Jula jest osobą bardzo rozpoznawalną. Tylko, że ja nie patrzę na nią przez ten pryzmat. Wręcz o tym czasami zapominam. Dla mnie to po prostu moja młodsza siostra i tyle.

Masz to szczęście, że możesz pracować ze swoją przyjaciółką. Z kim jeszcze chciałabyś spotkać się na planie?

Zawsze marzyłam o tym, żeby pracować z Maciejem Stuhrem i w poprzednim roku mi się tu udało. Bardzo chciałabym spotkać się na planie z Krystyną Jandą, Robertem Więckiewiczem, Wojciechem Mecwaldowskim, Olą Konieczną, Bartoszem Bielenią. Jest wiele osób z którymi jeszcze nie pracowałam, a bardzo bym chciała. Największym moim marzeniem jest zagrać z Elizą Rycembel siostry, więc jeżeli ktoś potrzebuje dwóch sióstr, to my się z Elizą zgłaszamy! (śmiech)

A wymarzona rola? 

Marzy mi się, aby zagrać w filmie historycznym. Niekoniecznie wojennym, ale na pewno kostiumowym. A kolejne moje marzenie to serial kryminalny, w którym mogłabym wcielić się w seryjną morderczynię albo policjantkę – silną kobiecą postać. Chciałabym grać osoby, z którymi prywatnie mam mało wspólnego. Po to wybrałam ten zawód.