Odkąd dowiedziałam się, że Georgi Gospodinow przyjedzie na Festiwal Góry Literatury, a Wydawnictwo Literackie wyda jego najnowszy zbiór opowiadań „I wszystko stało się księżycem" marzyłam o tym, by wybrał do wywiadu właśnie Glamoura. Wybrał. Bułgarki pisarz, laureat Międzynarodowego Bookera za „Schron przeciwczasowy" tak pięknie pisze o czasie, melancholii i pamięci, że gdybym nie była mężatką rozważałabym oświadczyny. A serio - wszyscy mówią, że czeka go Nobel. Trzymam za to kciuki, bo niewiele jest tak wysmakowanej literatury. Georgi mówił ze sceny, że magicznego opowiadania uczył się od Borgesa i ...babci Mariny. Gdy ona snuła opowieść o tym, że sąsiad urodził się z zalążkami skrzydeł, on z bratem wypatrywali ich potem nerwowo, gdy ten ściągał koszulę. Czujecie to? 

WIDEO…

player placeholder
I wszystko stało się księżycem

Joanna Winiarska: Czy dziś nostalgia to bardziej ucieczka czy lekarstwo?

Zobacz także:

Georgi Gospodinow: Myślę, że jesteśmy w pewnym sensie ulepieni z nostalgii i tęsknoty za naszą przeszłością. To szalenie ludzkie. Każdy z nas wraca do swojej przeszłości codziennie, po kilka razy, i to jest normalne. Przeszłość jest pełna twarzy i historii, pełna zapachów. Chcę tylko zaznaczyć: mówiąc „przeszłość", mam na myśli tę bliską, pokolenie moich rodziców i dziadków. Nazywam ją "ciepłą" przeszłością, tą wciąż żywą, otaczającą. I tak - ona leczy. Za to teraźniejszość w książkach poświeca pan uczuciom, zwłaszcza temu co czują mężczyżni. A co czują? Mój świat określały dwie rzeczy - patriarchat i komunizm. I mnóstwo męskich stereotypów. Ale moi bohaterowie nie są macho, bo chcę, żeby mężczyzna też miał prawo być kruchy. Kiedy pisałem „Ogrodnika i śmierć" (moja ulubiona ksiązka, przejmujący pamiętnik odchodzenia ojca autora) sam nie wiedziałem, jak zostanie przyjęta. A potem dostałem mnóstwo listów. Czytelnicy (mężczyźni) pisali, że po raz pierwszy zaczęli płakać. Że nie płakali nawet gdy umierali ich rodzice, a teraz płaczą, czytając. „Ogrodnik i śmierć" to właściwie opowieść o uczeniu się przytulania. Ojca mojego ojca nikt nigdy nie przytulił ani nie pocałował. Mój ojciec zrobił pierwszy krok - z trudem otworzył ramiona, a pod koniec, gdy był już bardzo chory, cały czas trzymaliśmy się za ręce. Moje pokolenie już bardzo dużo przytula i całuje swoje dzieci. To jest właśnie ta ewolucja czułości, którą póbowałem opisać i opowiedzieć.

J.W.: Z kolei pana bohaterki bywają tajemnicze i pełne głębi. Czego jako mężczyzna i pisarz uczy się Pan od kobiet?

G.G: Mam córkę, dziś dziewiętnastoletnią, i jestem najszczęśliwszym człowiekiem, że jestem ojcem. Wie Pani, że gdy się urodziła, pytano mnie: "chłopiec czy dziewczynka?" Mówiłem, że dziewczynka, a słyszałem w odpowiedzi: „To nic, następnym razem będzie chłopiec". Ot, Bułgaria! Kobiety czynią mnie lepszym człowiekiem i rozumieją mnie lepiej niż mężczyźni. To czasami bywa wręcz niebezpieczne :-)

J.W.: Co Pan myśli o smutku?

G.G: W naszych czasach stał się cichym luksusem. Nie jest popularny, bo źle sprzedaje. Nie ma smutnej czekolady i nikt nie kupi smutnego mercedesa. Ale wobec wielu rzeczy, które dziś się dzieją, jest rzeczą absolutnie naturalną

J.W.: Czy w epoce Tindera i natychmiastowej gratyfikacji - wciąż potrafimy kochać powoli i z namysłem, tak jak w Pana książkach?

Tak! Myślę o tym dużo i dochodzę do wniosku, że bardzo ważne jest, by wciąż na nowo „odczytywać" i „wymyślać" osoby, z którymi blisko żyjemy. Właśnie to robi literatura. Bo rzeczy oczywiste, powtarzalne szybko przestajemy zauważać. Jest takie rosyjskie pojęcie - „ostranienije", (uniezwyklenie). Kiedy rutynowo piję kawę, czasem nawet nie widzę już filiżanki. Ale gdybym wyobraził sobie, że piję ją po raz pierwszy, jak przybysz, jak kosmita, nagle jestem tu i wszystko jest dziwne, nowe. Takie spojrzenie chroni nas przed płaskością rzeczywistości. W miłości działa to dokładnie tak samo.

J.W.: Czy pisanie to dla Pana sposób na oszukanie czasu, czy raczej na pogodzenie się z przemijaniem?

G.G: Jedno i drugie. To sposób, by spowolnić koniec i jednocześnie oszukać czas. Kiedy opowiadamy komuś historię albo jej słuchamy „porządkujemy dom". Gdy ujmiesz coś w opowieść, wszystko wydaje się logiczne: „tak, to musiało być właśnie tak" i to daje poczucie sensu. Nie jesteś już tylko banalnym człowiekiem, który chodzi do pracy i śpi. Jeśli ujmujesz swoje życie w historię, czujesz się jak prawdziwa osoba, bo jesteś częścią opowieści, która trwa dłużej niż ty.

J.W.: Pierwsze opowiadanie w nowym tomie zadaje pytanie, co (hipotetycznie) robić w ostatnich chwilach świata. Co zrobiłby Pan?

G.G: Pewnie to, co moi bohaterowie - próbowałbym natychmiast dzwonić do bliskich. Być razem z tymi, których się kocha, w tych ostatnich minutach. I wziąłbym jeszcze łyżkę jakiejś konfitury - uwielbiam słodycze. Bo na koniec i tak nie musisz już niczego dla nikogo zostawiać.

J.W.: O co nikt nigdy Pana nie zapytał w wywiadzie, a zawsze chciał pan odpowiedzieć na takie pytanie?

G.G: O zapachy, które pamiętam z dzieciństwa. I o to, jak duży był ogród, gdy byłem dzieckiem. Jak wielkie były róże, kiedy byłem mały. Bo pamiętam wyraźnie - może to prawo fizyki - że gdy byłem mały, ogród był ogromny. Róże to był las, miałem je na wysokości oczu, A potem, kiedy odwiedzałem te miejsca z dzieciństwa, nigdy nie były już takie same, stawały się coraz mniejsze i mniejsze. Jest w tym jakaś metafizyka. I smutek, oczywiście.

Georgi Gospodinowa

Georgi Gospodinow, bułgarski pisarz, laureat Międzynarodowej Nagrody Bookera za "Schron przeciwczasowy", pisarz nzywany "Proustem Wschodu". Od kilku lat typowany do literackiej Nagrody Nobla.