Katarzyna Dąbrowska: Ile piosenek napisałaś przez ponad 40 lat kariery?
Beata Kozidrak: Nie mam pojęcia. Zresztą, kto by to policzył?!

A gdybyś miała spośród nich wybrać hymn kobiet, to byłby to…
Trudne mi pytanie zadałaś. A ty masz swój?

Mam.
Dobra, nie mów. Zobaczymy, czy ten sam. „Jestem drogą ci wybraną/ Spośród innych wielu dróg/ Jestem Bogiem i tyranem/ I spełnieniem twoich snów” (Beata nuci, a ja nie mogę uwierzyć, bo o tę piosenkę mi chodziło – przyp. K.D). Zawsze jak śpiewam „Diament i sól”, to wiem, że jest o każdej z nas.

Najpiękniejsze ballady powstawały, kiedy byłam na rozdrożu, ta podobnie. Miały dodać kobietom siły. 

Zaczęłaś pisać piosenki, kiedy nie miałaś jeszcze 20 lat. Skąd wiedziałaś, co jest ważne w życiu? 
Nie wiem, sama jestem zdziwiona (śmiech). „Co mi, Panie, dasz” napisałam jako 20-latka. Miałam w sobie chyba jakąś intuicję. Pisanie sprawiało mi od zawsze wielką przyjemność. Wyrażałam tym siebie. Pisałam, co mi w duszy, sercu i głowie gra. A przecież jestem samoukiem. Chociaż byłam bardzo wyczulona na słowo – czytałam dużo książek, kochałam poezję. I, oczywiście, wcześniej pisałam wiersze, jak się zakochałam. Do Zbyszka, mojej pierwszej miłości.

Pamiętasz?
A jak! „Alejami wspomnień biegnę do ciebie…”. A wiesz, że on ma ten wiersz do tej pory? (śmiech).

Trudno mu się dziwić… Co miała w głowie tamta nastoletnia Beata?
Przede wszystkim marzenia o śpiewaniu. Marzyłam o Opolu, jedynym wtedy miejscu, gdzie można było zabłysnąć czy w ogóle się pokazać. Wierzyłam w to, że odniosę sukces.

Skąd się ta wiara brała?
Parę osób powiedziało mi, że jest coś takiego we mnie, co świadczyłoby, że odniosę w życiu sukces. Ja w to wierzyłam. Na przykład Roman Lipko (kompozytor, muzyk m.in. Budki Suflera – przyp. red.), kiedy miałam 14 lat, stwierdził, że zrobię karierę. A ja zapamiętywałam takie rzeczy. Dodawały mi siły. Bo sama aż tak dużo 
jej nie miałam. Miałam za to duże kompleksy – okropny kolor włosów, byłam piegowata, chuda, czułam się mało kobieca. 

Pokonałaś je potem?
Tak, scena i miłość mnie zmieniły. Weźmy na przykład piegi. Tak bardzo ich nie lubiłam i Andrzej, mój były mąż, zapytał: „A opalałaś je kiedyś?”. Do głowy by mi to nie przyszło. Okazało się, że pod wpływem słońca stały 
się ładne. I je polubiłam.

À propos miłości. Miałaś 18 lat, kiedy spełniło się Twoje marzenie o Opolu. Przed Tobą była wielka kariera, a Ty wyszłaś za mąż i urodziłaś dziecko. Nie bałaś się, że nie połączysz tych dwóch światów?
Ja się widziałam w tej podwójnej roli. Nie czułam, że coś tracę. To mi było wręcz bardzo potrzebne – moja rodzina. Andrzej dziwił się, że ja tak bardzo chcę być mamą, bo moja kariera była już rozpędzona. Byłam pewna, że dziecko mi nie przeszkodzi. Dzięki Kasi (starsza córka Beaty – przyp. red.) zmieniałam się, dojrzewałam, stawałam się inną kobietą. Inaczej patrzyłam na świat niż moje rówieśniczki.

Co Ci wtedy dawało macierzyństwo?
Równowagę. Było dla mnie zawsze bardzo ważne, że wracam po koncercie do normalnego domu. Oczywiście w trasie bardzo tęsniłam za Kasią, ale powrót do domu to było coś pięknego. Ta świadomość, że jest w domu ktoś, kto na mnie czeka i jest tylko mój. Mężczyzna może być i za chwilę odejść, ale dziecko zostanie na zawsze. Nie wiem, czybym się dała poćwiartować za faceta, ale za dziecko – tak. To jest bezwarunkowa miłość. Po 12 latach urodziła się Agata. Dziś mam wspaniałe relacje z moimi córkami. Jestem z nich tak cholernie dumna.

Schodziłaś ze sceny i co? Zmieniałaś się w „zwykłą” Beatę?
Zajmowałam się domem, dziećmi i to było fajne. Nie wpadałam w otchłań. Lubiłam i scenę, i moją codzienność. Obserwowałam kolegów i koleżanki w branży, nie wszyscy potrafili funkcjonować poza sceną. Bo samotność po zejściu ze sceny jest straszna i niejednokrotnie zabija. 

Co było najtrudniejsze w łączeniu funkcji mamy i artystki?
Dla mnie to było bardzo naturalne, nie znałam innego życia. Odkąd skończyłam 18 lat, byłam na scenie. Ale też od razu tworzyliśmy z Andrzejem rodzinę. Chodziliśmy na zakupy, gotowaliśmy, zajmowaliśmy się dziećmi. Jak wszyscy. 

Myślę, że jako pierwsza w Polsce śpiewałaś o tym, że kobiety są silne, że mogą walczyć o siebie. Kiedy poczułaś w sobie kobiecą siłę?
Otaczałam się kobietami i obserwowałam je. Znałam ich potrzeby. Wiedziałam, że chcą być kochane, ale też chcą się w życiu spełniać. To jest trudne. Patrzyłam na moją mamę. W jej życiu liczyła się tylko rodzina, jej potrzeby schodziły na drugi plan. A przecież moja mama też musiała być silna, tylko w innym wymiarze, bo na jej barkach był cały dom. Wiedziałam, że ja tak nie chcę. Nie wyobrażałam sobie, że w związku będę cicho, że nie będę mówiła o swoich potrzebach i nie będę się spełniać. Widziałam tyle kobiet, które rodziły dzieci i zamykały się w domu. Posłuszne męskim decyzjom. Ja się wyłamywałam z tego modelu i stąd moje piosenki.

Chciałam pokazać innym kobietom, że mogą o siebie zawalczyć, że muszą znaleźć w sobie ukrytą moc, którą ma każda z nas.


One chciały być i wyglądać jak Ty...
Jeśli chodzi o wygląd, to w latach 80. mój wizerunek na scenie rzeczywiście był absolutnie nowatorski. Rozumiałam, że scena ma swoje prawa, tam mogłam wyglądać, jak chcę. Wraz z wizerunkiem budowałam swoją osobowość. Wiesz, że było to krytykowane, czasami bardzo boleśnie? A ja szłam intuicyjnie, tam gdzie chciałam. Pierwsza w Polsce nosiłam panterkę i kozaki za kolano! Czy ty sobie wyobrażasz, że do niedawna miałam te buty w domu? Myślę, że kobiety, które na mnie patrzyły, nabierały odwagi i ochoty na zmianę.

Dziś też jesteś uwielbiana. Kiedy zauważyłaś, że Ci się odmładza publiczność?
Wydaje mi się, że zawsze śpiewałam dla młodych ludzi. Choć może przełom nastąpił przy płycie „Szklanka wody” w 2000 roku? Ale każde młode pokolenie widzi w moich tekstach aktualność. Jeśli dziś młodzież śpiewa: „Co mi, Panie, dasz w ten niepewny czas”, to przecież pasuje do ich świata. Nie zastanawiają się, ile lat ma ta piosenka, to nieważne. Ważne, że ich dotyczy.

Jaką radę dałabyś Beacie sprzed lat?
Zdobywaj świat. Byłam blisko, ale dopiero teraz są takie możliwości. Niczego bym nie zmieniła w swoim życiu. Ze wszystkiego wyciągnęłam wnioski, poszłam dalej mądrzejsza. Kiedyś nie wierzyłam, że jestem taka silna. Bo ja swojej siły doświadczyłam późno, później niż większość kobiet. Dziś cieszę się, że jestem niezależną kobietą. Uwielbiam ten stan.

Spędziłaś większość życia z jednym mężczyzną. Było warto?
Oczywiście, że tak. Z Andrzejem budowaliśmy razem Bajm. I mamy dwie wspaniałe córki. Wiedziałam też zawsze, że w żadnym związku kobieta nigdy nie może się poświęcać facetowi, że zawsze musi mieć margines dla siebie. I ja zawsze tego pilnowałam.

Co to za margines?
Facet nie może wiedzieć o tobie wszystkiego. I nie można mu się oddać zupełnie, bezgranicznie. To też zawsze powtarzałam swoim córkom. 

Jakie jeszcze masz rady dla młodych kobiet?
Podążajcie za marzeniami. Szukajcie miłości, bo życie bez niej jest puste. I wybierzcie taki zawód, który jest waszą pasją. 

O czym jeszcze marzysz?
O nowej płycie. I o tym, żeby pandemia się skończyła. Tęsknię za sceną, za koncertami 
i spotkaniami z moją publicznością.

Jest w życiu coś, czego jeszcze nie przeżyłaś, a bardzo byś chciała?
Nie mogę powiedzieć. Wie o tym tylko mój facet. 
 

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „Glamour” nr  11/2020 (205)