Wiem, że to zabrzmi trywialnie, ale na początku naprawdę czułam te słynne "motyle w brzuchu”. I w sumie było to całkiem fajne uczucie. Natomiast to, co pojawiło się dziewięć miesięcy później, przypominało już raczej niestrawność. I wcale się nie dziwie, bo patrząc z perspektywy czasu, ten związek z góry spisany był na straty. Swojego chłopaka poznałam w ostatniej klasie liceum. Tylko, że ja miałam 19, a on 17 lat. Co oznacza, że ja byłam już na ostatniej prostej, a on dopiero na początku swojego jednego z najfajniejszych okresów w życiu (który przynajmniej powinien takim być, a wychodzi różnie, wiadomo). I teraz znowu powieje banałem, ale to, jak zaczęła się nasza znajomość, można porównać do jakiegoś nadprzyrodzonego zjawiska, strzały amora czy innych ładnie brzmiących bredni. Nie do końca wiedziałam, co się ze mną dzieje w momencie, jak zakochiwałam się w swoim ówczesnym facecie. Egzystowałam jakby w innej rzeczywistości, pozbawionej jakichkolwiek problemów, zobowiązań, sytuacji wymagających podjęcia nie zawsze łatwych decyzji. To, co działo się z moim ciałem i z moim mózgiem, było poza kontrolą. Śmiem twierdzić, że jest to jedna z definicji miłości, ale chyba tylko takiej, która zdarza się raz w życiu. I całe szczęście. 

Mało interesowała mnie opinia znajomych, którzy ośmielili się mieć swoje zdanie na temat mojego związku z dwa lata młodszym facetem. Z K. spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę, a inne obowiązki stały się kwestią względną. Do tego stopnia, że zupełnie zapomniałam o tym, że za kilka miesięcy czeka mnie egzamin, który chcąc nie chcąc, w jakimś stopniu zdefiniuje moją przyszłość. Szkoda tylko, że jakakolwiek przyszłość, oprócz tej z moim ówczesnym chłopakiem, w ogóle nie wydawała mi się atrakcyjna. Pewnie dlatego, że jej wizja z K. była naprawdę bardzo zachęcająca. W ogóle nie odczuwałam tego, że spotykam się z młodszym facetem (choć w przypadku mojego eks „facet” to za dużo powiedziane, ale używam tego słowa, bo potrzebuję synonimów), szczególnie, że różnicy wieku gołym okiem też w ogóle nie było widać, bo to mnie prosili o dowód, kiedy kupowaliśmy wino, a jego nie. Pod wieloma względami czułam nawet, że to on jest ode mnie mądrzejszy, ma więcej do powiedzenia i więcej chęci do działania. Zaczęłam bardziej interesować się tym, co lubi on, a nie tym, co mogłabym lubić ja. To on wybierał filmy i muzykę, które towarzyszyły nam podczas spędzanych wspólnie chwil. I mogłabym tak wymieniać w nieskończoność, tylko po to, by przypomnieć sobie, jak bardzo zapomniałam wtedy o sobie. 

Oto, dlaczego uciekłam po tygodniu z Tindera. I dlaczego nigdy tam nie wrócę >>>

Pierwsze efekty uboczne mojego zauroczenia objawiły się po odebraniu maturalnych wyników. Był płacz i zgrzytanie zębów. Czułam, że zawiodłam na całej linii moich rodziców. Bo o sobie przecież nie myślałam - miałam w końcu przy sobie kogoś, kto pocieszy, przytuli, przypomni, że „tylko my się liczymy”, a jakaś tam „matura to przecież nie koniec świata”. I co najzabawniejsze (choć w tamtym momencie nie było mi akurat do śmiechu), to on wiedział, jak się zachować, co powiedzieć. Dokładnie jak wtedy, kiedy kilka miesięcy później, gdy ja już byłam studentką, a on szykował się do swojego półmetka, wysyłając mi na popularnym komunikatorze wiadomość, że musimy zakończyć nasz związek. A dalsze wiadomości, które wymieniliśmy, a przede wszystkim to, co on wnosił do konwersacji, już niekoniecznie wymagają komentarza. Byłam 19-latką ze złamanym sercem, w mieście, w którym nie chciałam studiować, na kierunku, który wybrałam bez większego zastanowienia, wśród ludzi, których nie miałam ochoty poznać. Wówczas naprawdę miałam wrażenie, że mój świat się zawalił. Ale szukając winnych tej porażki, na horyzoncie widziałam tylko i wyłącznie siebie.

Od tamtych wydarzeń mija dokładnie dziesięć lat. Założę się, że on byłby dzisiaj w ciężkim szoku, gdyby ktoś przypomniał mu, o tej jednej z wielu jego licealnych miłości. Ja, jak widać, pamiętam doskonale te kilka miesięcy. Przede wszystkim, dlatego, jak ukształtowały mnie jako osobę oraz jak wpłynęły na moje kolejne decyzje i podejście do wielu rzeczy w dalszym życiu. Czy jestem odpowiednią osobą, która może się wypowiedzieć w kwestii, czy warto związać się z młodszym chłopakiem? Oczywiście, z perspektywy tamtej, 19-letniej mnie - jak najbardziej. Odpowiedź brzmi: nie. Choćby nie wiem, jak bardzo fascynujący był młodszy obiekt westchnień, jak ambitne były jego plany i opinie na każdy temat, taki związek nie powinien był mieć miejsca. Czy zdecydowałabym się na związek z młodszym facetem teraz? Nie wiem, ale na pewno jego niepowodzenie nie kosztowałoby mnie tyle, co dekadę temu. Dlatego stwierdzam, że nie wypada generalizować, że młodszy facet to życiowy błąd.  Bo wszystko zależy od tego, w jakim momencie życia jesteśmy, czego wymagamy od siebie i od innych. To, co nie podlega żadnym wątpliwościom, to fakt, że związek jest relacją dwóch osób, a nie jednej, wokół której będzie kręcił się cały świat. Wiek nie ma tutaj żadnego znaczenia. Pytając Was o zdanie, co myślicie o relacjach z młodszymi, tylko utwierdziłam się w tym przekonaniu. I powtórzę to raz jeszcze - wiek nie jest wyznacznikiem udanego związku. Ale pewnie nie doszłabym do tego, gdybym nie doświadczyła tego na własnej skórze. Pozdrawiam więc swojego byłego chłopaka i mam nadzieję, że wszystkie dziewczyny, którym złamał serce, wyszyły na tym tak dobrze, jak ja