Nie jestem fanką porównań. Wzdrygam się, kiedy czytam, że ktoś jest nowym Jamesem Deanem lub (jak ostatnio, o zgrozo!) polskim Leonardo DiCaprio. Zazwyczaj są to bowiem bardzo nietrafione, niepotrzebne nikomu do niczego porównania. Kiedy jednak przeczytałam, że po wydaniu w 2017 pierwszej książki Conversations With Friends (książka nie doczekała się jeszcze polskiego tłumaczenia, ale to zapewne kwestia czasu) Sally Rooney określono mianem „Salingera generacji Snapchata”, bardzo mnie to zaintrygowało. Buszujący w zbożu to książka, do której mam ogromny sentyment. Do tej pory sięgnęłam po nią dwa razy, w dwóch zupełnie innych momentach mojego życia, co pozwoliło mi spojrzeć oczami głównego bohatera, Holdena Caulfielda na otaczającą rzeczywistość z zupełnie innej perspektywy.

Pod koniec 2019 roku Barack Obama opublikował listę swoich ulubionych filmów, seriali oraz książek minionych 12 miesięcy. Wśród nich pojawiła druga powieść Rooney, Normalni ludzie, która znalazła się również na długiej liście tytułów nominowanych do Nagrody Bookera oraz otrzymała Costa Book Award i British Book Award. Książka właśnie ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa WAB. I kiedy w końcu trafiła w moje ręce, wróciłam myślami do porównania do Salingera i pomyślałam: cholera, w punkt! Sally Rooney (rocznik ‘91, prawie moja rówieśniczka) stylem, który mnie osobiście jako czytelnikowi bardzo odpowiada – prostym, bezpretensjonalnym, pozwalającym zaangażować się w opowiadaną historię, a jednocześnie stać z boku i obserwować, od razu przypomniała mi lekturę Buszującego w zbożu

[KSIĄŻKA TYGODNIA] „Moment zwrotny” autorstwa Melindy Gates. Powinien ją przeczytać każdy! Pozwala zrozumieć, czym jest dziś równość płci i co za sobą niesie >>>

Normalnymi ludźmi w książce Sally są Marianne i Connell, dwójka nastolatków. Chodzą do tej samej szkoły, ale tam udają, że się nie znają. Inaczej jest w domu Marianne, gdzie Connell często bywa, ponieważ pracuje tam jego matka. Już po pierwszych stronach da się wyczuć chemię między bohaterami, co powoduje, że zaczynamy im kibicować. Nie wiemy jeszcze, że decyzje jakie podejmą w kolejnych rozdziałach, przemieszczających nas razem z nimi w czasie, totalnie nas rozczarują. Szybko jednak zdamy sobie sprawę, że przecież Rooney w ani jednym momencie nie siliła się, by przekonać nas, że serwuje nam kolejną skoncentrowaną na wątku miłosnym historię w klimacie young adult, która musi zakończyć się happy endem. Autorka nie wykreowała też świata, w jakim chcielibyśmy się znaleźć, ponieważ wszyscy już w nim żyjemy. Nawet miejsce akcji nie jest zbyt odległe, to rodzinny Dublin Sally Rooney.

To, co urzeka w Normalnych ludziach to lekkość, z jaką Rooney prowadzi narrację i pozwala identyfikować się z dziejącymi się w jej książce wydarzeniami. Jej bohaterowie dorastają, więc muszą konfrontować się z wieloma problemami. Niby pochodzą z dwóch zupełnie innych światów, jeśli za wyznacznik weźmiemy status społeczny, ale mimo to coś ich łączy. Potrzebują bliskości, więc uprawiają seks. Nie potrafią rozmawiać o uczuciach, ale niespecjalnie robią sobie z tego powodu wyrzuty. Interesują się polityką i kryzysem klimatycznym, ale czują się wobec pewnych spraw bezsilni. Studiują i starają się o stypendium. Choć postacie Sally Rooney to wypisz wymaluj portret pokolenia millenialsów, ci którzy urodzili się przed pokoleniem Y lub po nim, bynajmniej nie będą czuli się podczas lektury zakłopotani.

J.D. Salinger nigdy nie zgodził się (i może to dobrze) na zekranizowanie Buszującego w zbożu. „Salingera generacji Snapchata” nie trzeba było długo przekonywać, że Normalnych ludzi trzeba przenieść na ekran. Już niebawem na platformie Hulu pojawi się 12-odcinkowy serial, który wyreżyserował Lenny Abrahamson. W rolach głównych zobaczymy Daisy Edgar-Jones jako Marianne oraz Paula Mescala w roli Connella.