Wywiad z Margaret: „Już nie uśmiecham się na zawołanie”

Angelika Kucinska / Glamour: Co widzisz z okien swojego nowego domu?

Margaret: Las. Teraz w dodatku ośnieżony, więc jest tym bardziej miło. Czuję, że przeprowadzka wiele zmieniła w moim życiu. Potrzebowałam większego kontaktu z naturą. Budzę się w spokoju, nie wpadam od razu w wir spraw i obowiązków. Świetnie mi to robi.

Lepiej odpoczywasz?

Wszystko jest lepsze. I odpoczynek, i praca. Zauważyłam, że od kiedy otacza mnie mniej bodźców, jestem dużo bardziej kreatywna. Dużo łatwiej przelewa mi się myśli na papier, łatwiej mi się otworzyć w piosenkach, łatwiej mi też złapać momenty i je docenić. Życie w mieście przytłoczyło mnie liczbą bodźców. Choć myślę sobie, że to nie do końca jest ucieczka, tylko znalezienie harmonii pomiędzy ciszą a ekscytującym i szybkim życiem, które oferuje miasto. Bo wciąż lubię miasto. Ważne są jednak odpowiednie proporcje. 

Wyprowadziłaś się z Warszawy, zrezygnowałaś z udziału w „The Voice of Poland”. Potrzebowałaś zwolnić?

Na pewno. Kiedy wchodziłam do show-biznesu, byłam tak bardzo zaaferowana tym, że zostałam dostrzeżona, że zapomniałam o stawianiu granic, o sobie, swojej strukturze. Ciężko też było to zatrzymać, bo przecież odnosiłam sukcesy – więc cóż w tym złego. I faktycznie nic w tym złego, tylko chyba wszystko działo się za szybko, za mocno. Moje 5 minut rozciągnęło się na długie 6 lat i w którymś momencie mnie to po prostu przytłoczyło. Zrozumiałam, że chcę i uwielbiam zajmować się muzyką, ale nie chcę już się rozdrabniać. Że już nie chcę słyszeć, że coś wypada, czegoś nie wypada, tu się uśmiechnij, a tam wciągnij brzuch. Zaczęło mi brakować siebie w tym wszystkim. Teraz działam na własnych zasadach. Istnieję tylko muzyką, którą robię.

I niby zwolniłaś, ale wciąż dużo pracujesz.

Tak, ale całą energię ładuję w muzykę. Nie robię już rzeczy, których, szczerze mówiąc, nawet za bardzo nie lubiłam, a robiłam je, bo się do mnie przykleiły. Bo ktoś mi mówił, że w tej branży tak jest, że tak trzeba. Gdy przestałam je robić, automatycznie zaczęło ze mnie wychodzić więcej muzyki, bo mogłam się jej w pełni poświęcić. 

Wyjechałaś do lasu i tam, z dala od miasta, nagrałaś miejską płytę.

No tak, muzyka urban, którą uprawiam, jest bardzo miejska, uliczna, a ja nadaję swoją audycję z lasu. Dużo na tej płycie miejskich historii, nasiąkłam nimi przez lata i zresztą nadal w nich uczestniczę, choć lepiej mi je opisywać z dystansu. W Warszawie czułam się cały czas podglądana. Bez skarżenia się, ale miałam duży problem z paparazzi. To straszne uczucie, kiedy ktoś cię śledzi, robi zdjęcia z ukrycia, później dorabia do tego historię typu „Smutna Margaret na spacerze z psem”. Zryło mi to banię. 

Dla mnie album „Maggie Vision” to Twoja deklaracja niepodległości. Poprzednia płyta już była o stawianiu granic, ale wtedy jeszcze mówiłaś, że te akty asertywności wywoływały w Tobie wyrzuty sumienia. Jak jest teraz?

Już nie mam żadnych wyrzutów. Faktycznie poprzedni album „Gaja Hornby” był opowieścią o dojrzewaniu, o zmianie, która się we mnie działa, o stawaniu się niezależną kobietą, o wyrastaniu z bycia dziewczynką, której mówią, co ma robić. Był zrzucaniem z siebie
tych wszystkich „powinnaś” i „tak wypada”, ale jeszcze na grzecznie. Zawsze czułam różnicę pomiędzy tym, jak wychowuje się chłopców, a jak wychowuje się dziewczynki. Pochodzę z małej miejscowości, gdzie stereotypy mocno działają. Nawet gdy czułam, że mi nie pasują,
to i tak byłam nimi przesiąknięta i działałam według tego, co dziewczynie wypada, a czego jej nie wolno. Zamiast pomyśleć o sobie, wolałam nikomu nie sprawiać przykrości. „Gaja” była o tym, że już wiem, że powinnam myśleć o sobie, ale jeszcze boję się krzyknąć. Czasem aż sama nie mogę uwierzyć, że dawałam sobie wchodzić na głowę.

Już nie pozwalasz?

Nie pozwalam, bo czuję się dobrze sama ze sobą, wiem, że mogę wymagać, że nie muszę się uśmiechać na zawołanie. Czuję się silniejsza. Wiem, że trzeba żyć tak, żeby mi się podobało, a nie żeby innym nie zrobić przykrości. Myślę, że zmienił mi się kąt patrzenia na różne sprawy. Teraz widzę, że stawianie granic, wymagań to tak naprawdę inwestycja w drugiego człowieka. Zawsze stawiałam sobie wysoko poprzeczkę, a ludzi wokół starałam się wyręczać i nie sprawiać im problemu. To są moje lekcje z lasu i z pandemii.

Twoja przeprowadzka do lasu mnie zaskoczyła. Bo wcześniej byłaś mieszczuchem, prawda?

Do tego stopnia, że mieszkałam w samym centrum Warszawy. Ze znalezieniem miejsca parkingowego był zawsze problem, a gdy wychodziłam z psem na spacer, to pies zdążył załatwić wszystkie potrzeby, zanim doszłyśmy do jakiegokolwiek parku. Wtedy mi to nie przeszkadzało, a teraz sama się dziwię, że tak długo tam wytrzymałam. Tylko widzisz, u mnie to się wzięło z kompleksów. Pochodzę z bardzo małej miejscowości. Zawsze miałam kompleksy, że czegoś nie wiem, że czegoś nie przeczytałam, że do czegoś nie miałam dostępu. Te kompleksy nakręcały ambicje, żeby dorównać, żeby wszystkim pokazać. I dlatego wyprowadziłam się z rodzinnego domu, zresztą pod lasem, do samego centrum Warszawy. 

Miasto Cię rozczarowało?

Przygniotło. Jestem wrażliwą osobą, więc miasto, jego tempo, hałas, sprawy, światła, to wszystko powodowało u mnie ból głowy, ale byłam przekonana, że muszę sobie ze wszystkim radzić. Rok temu pojechałam do Peru. Pierwszy raz w życiu zobaczyłam dżunglę. Poczułam siłę amazońskiego lasu i wtedy zdałam sobie sprawę, że właśnie do takiej energii mnie ciągnie, że potrzebuję więcej obcować z naturą, bo natura mnie uspokaja i stawia do pionu. Po powrocie do Warszawy znowu dałam się ponieść miejskim historiom, w międzyczasie zaczęła się pandemia, która jeszcze bardziej mnie przytłoczyła. Decyzję o przeprowadzce podjęliśmy z Piotrkiem (mąż Margaret – przyp. red.) w zasadzie z dnia na dzień, miesiąc później już byliśmy w lesie. Znaleźliśmy idealne miejsce. Niedaleko Warszawy, bo jednak chcemy tu czasem bywać. Kupiliśmy działkę, domek holenderski na kółkach i już. Brzmi prosto? Przez pierwsze trzy miesiące nie mieliśmy prądu, bo jako mieszczuchy myśleliśmy, że prąd jest wszędzie, podłącza się go od ręki, płacisz i masz. Nic bardziej mylnego. 

Dziewczyna z miasta tak łatwo zrezygnowała z wygód?

Znudziły mnie te wygody. Jeśli masz wszystko na wyciągniecie ręki, to wreszcie powszednieje. Zresztą wygodne życie rodzi problemy innego typu. Wkręcasz się w historie o sobie, rozkminiasz za dużo. Proste życie jest lżejsze, więcej w nim spontaniczności i uśmiechu. Wygodne życie przestało mnie kręcić, a zaczęło unieszczęśliwiać. Lubię się wysilić, lubię się postarać. 

Czyli kręci Cię brak prądu?

Trochę tak. Traktuję to w kategorii przygody, bo prąd wolałabym mieć, ale to też mi dało wiele do myślenia. Nigdy wcześniej nie rozmyślałam tyle o prądzie! Nigdy nie musiałam go wyliczać. Nie ma tak, że włączę jednocześnie ogrzewanie, będę gotować, a Piotrek będzie w tym czasie brał prysznic. W mieście o tym kompletnie nie myślisz, a jest to jednak pouczające. No i nie masz czasu myśleć o głupotach typu „ktoś coś o mnie napisał”. 

W tych surwiwalowych warunkach nagrałaś płytę, która po pierwsze, jest świetna, a po drugie, jest świetna, bo jest szczera.

„Maggie Vision” jest bardzo o mnie. Jest tam piosenka o przejściu na slow life i wyprowadzce na wieś, ale też wracam w niektórych kawałkach do tego, co było wcześniej, np. do depresji. Zdecydowałam się napisać ten utwór, bo choć coraz więcej mówi się o depresji, to wciąż jest ona stygmatyzująca. Nie napisałam tej piosenki, żeby mi współczuć czy mnie pocieszać. To jest już za mną, przeżyłam to, mam się dobrze. Chciałam po prostu pokazać, że każdy ma swoje problemy i swoje demony, niezależenie od tego, jak wyobrażamy sobie jego życie i jak ono wygląda na Instagramie. Ja też je mam, więc staram się odzierać swój wizerunek z masek. Za dużo ich nosimy, już sami nie wiemy, gdzie jest rzeczywistość, a gdzie internet, co jest filtrem, a co prawdziwą twarzą. „Maggie Vision” jest o mnie, bo przez wiele lat wydając muzykę, byłam w niej daleko od siebie i swoich historii. Nagrywałam hity i to było super, byłam młoda, nie byłam gotowa na szczerość, nawet wobec samej siebie. Po drodze nazbierało mi się historii i wylały się wreszcie na tej płycie.

Powiedziałaś o wizerunku i depresji. Odmawiano Ci prawa do depresji, bo jesteś ładna, popularna, masz pieniądze i fajne życie?

Wiadomo, dziewczyna ma dobre życie, a opowiada o depresji, coś jej się w głowie poprzewracało. Chociaż rozumiem tę retorykę, ja też często wpadam w pułapki instagramowego idealnego życia. 

Fanaberia gwiazdy!

Depresja to najtrudniejszy temat na płycie. Opowiadam tę historię, bo dla mnie jest źródłem siły. Przeżyłam to, było ciężko, ale odnalazłam w sobie moc i poukładałam sobie życie od nowa. Nigdy nie chodziło mi o wzbudzanie litości i o użalanie się nad sobą. Mało tego, w najczarniejsze dni wychodziłam do ludzi szeroko uśmiechnięta. Tę chorobę przechodzi się w samotności. Mimo że było wokół mnie mnóstwo ludzi i dostałam ogromne wsparcie, to nadal mierzyłam się sama ze sobą. Paradoksalnie, kiedy już poczułam się lepiej i mogłam odpuścić wizerunek wytapetowanej Margaret, pokazać się naturalnie, bez makijażu, to wtedy słyszałam, że jest ze mną źle. Ej guys, było kompletnie na odwrót! W piosence „Sold Out” śpiewam: „W błyskach fleszy mortal kombat” i tak było.

Długo trwał ten kryzys?

Pół roku, jakoś tak. Potem podjęłam decyzję, że muszę wreszcie odpocząć.

Ale chyba nie leczyłaś się z depresji sama?

Nie. Nie czuję potrzeby klasycznej psychoterapii, ale z pomocy psychologów czy coachów korzystam od wielu lat. Po to, żeby poznać siebie, żeby mieć kontakt ze sobą. Żeby wiedzieć, jak radzić sobie w momentach kryzysowych. Żeby wyzbywać się tego myślenia, że coś powinnam, a czegoś nie. Terapia to moje bezpieczne miejsce, siłownia dla głowy i duszy. 

Mówisz o tym wszystkim z imponujacą łatwością. Nie jesteś osobą, która się wstydzi, co?

No, ciężko mnie ostatnio zawstydzić. Gadajcie sobie. 

Gadają. Jak wpiszesz „Margaret” w Google, to wyskakują nagłówki „Margaret sensacyjnie…”, „Margaret zszokowała…”. Cokolwiek powiesz, wszyscy w szoku. 

Wiem. Dlatego ostatnio coraz mniej mówię.

Paradoks tej sytuacji polega na tym, że to, co mówisz, chociażby o podejściu kościoła do seksualności czy potrzebie wprowadzenia rzetelnej edukacji seksualnej, przecież w ogóle nie jest sensacyjne.

Prawda? Niesamowite, że w kraju, w którym w tym momencie dzieje się tyle skandalicznych rzeczy, na poziomie społecznym czy politycznym, wciąż szokują kogoś moje wypowiedzi. Osobiście uważam że to, o czym mówię, w 2021 r. nie jest niczym odkrywczym.

Na przykład to, że spowiadałaś się z masturbacji. Podejrzewam, że w tym kraju co druga nastolatka czuje, że powinna spowiadać z się masturbacji. 

Mam ogromną nadzieję, że tak nie jest. Ale to faktycznie wpłynęło na moją seksualność i zastanawiam się, po co jeszcze ludziom dokładać takich problemów. Taka retoryka jest niezdrowa i krzywdząca. 

Miałaś szczęście, że całkiem młodo odcięłaś się od tej mentalności kształtowanej przez księdza?

Tak, ja mam świetnych rodziców, z otwartymi głowami, choć wiem, że ostatnio jest im ciężko. Ukazują się różnego rodzaju artykuły okraszone pikantnymi nagłówkami i potem moją mamę zaczepia ktoś w sklepie i pyta, co się stało z Gosią, to była taka fajna dziewczyna. Dlatego ważę słowa dużo bardziej niż kiedyś. 

Jesteś feministką?

Jestem. Choć wolę termin „siostrzeństwo”. Już samo słowo ma w sobie dużo czułości, jest przytulające. Wierzę, że musimy być ze sobą, stać po swojej stronie, nauczyć się siebie wspierać i walczyć o siebie nawzajem, a dopiero potem zaprosić do tej walki mężczyzn, jakkolwiek to zabrzmi. Trudno wymagać, żeby ktoś stanął za nami, jeśli często my same nie potrafimy za sobą stanąć. Chociaż ubiegły rok był dla Polek i siostrzeństwa przełomowy.

Czujesz się wspierana przez inne kobiety?

Coraz bardziej. Sama staram się jak najczęściej wspierać inne dziewczyny. Założyliśmy z mężem wytwórnię Gaja Hornby, jeszcze się nie rozkręciła, bo pandemia, ale jej misją jest wsparcie młodych zdolnych artystów, a dla mnie przede wszystkim wsparcie młodych zdolnych dziewczyn. 

Co dziś sprawia, że jesteś z siebie dumna?

Jestem dumna, że miałam w sobie siłę, żeby wywrócić swoje życie zawodowe do góry nogami. Mogłam nagrywać kolejne przeboje do radia, grać koncerty i występować w reklamach, a zdecydowałam się pójść tam, gdzie być może nie będą mnie chcieli. Bo właśnie tego teraz potrzebuję. To wymagało odwagi, też biznesowej, bo zrezygnowałam z pewnych pieniędzy. One leżały na stole, a ja powiedziałam: nie, dzięki, nie chcę. Szanuję siebie za to. 

A co Ci sprawia przyjemność?

Robienie muzyki. Mojej muzyki, ale też mam frajdę z pracy z młodymi artystami z naszej wytwórni. Nagrywając swoje rzeczy, jestem na pierwszym planie, a tu stoję w cieniu. Mogę podzielić się doświadczeniem, mogę doradzić, ale to tyle. A, i jeszcze wkręciłam się w ceramikę! W pandemii potrzebowałam znaleźć sobie jakąś niemuzyczną zajawkę, bo wszystkie dodatkowe zajęcia zawsze były po coś, zawsze miały się przydać w pracy, jak np. taniec. A tym razem chciałam znaleźć coś, co nie będzie związane z muzyką. Lepię garnuszki wieczorami, to jest bardzo medytacyjne zajęcie. To moja joga dla głowy.