Dlaczego kobiety przerywają ciąże?
Bo nie chcą być w ciąży. Na to składa się mnóstwo czynników: od pieniędzy, przez związek, w którym aktualnie się jest, po słabe warunki życiowe, stan zdrowia czy niegotowość na macierzyństwo. Na deklarację: „Nie chcę tej ciąży”, składają się setki powodów, mniejszych i większych. Cieszę się, że zadałaś to pytanie, bo w debacie publicznej brakuje na nie odpowiedzi, a dziennikarki i dziennikarze wręcz boją się je zadawać, bo może się okazać, że rzeczywistość aborcyjna jest inna, niż myślimy. W Polsce panuje przekonanie, że ciążę przerywa się tylko z tych trzech powodów opisanych w ustawie (prawo w Polsce pozwala w tym momencie na usunięcie ciąży, która zagraża zdrowiu lub życiu matki, gdy płód jest ciężko i niedowracalnie uszkodzony lub gdy ciąża jest wynikiem gwałtu – przyp. red.).

Zadałam to pytanie z premedytacją, licząc, że powiesz właśnie, że powodów jest nieskończenie wiele, ale każdy jest dobry i nic nam do tego. Bo mam poczucie, że w Polsce nie tylko trzeba się tłumaczyć z aborcji, lecz także powód musi być wystarczająco dobry.
Od samego początku naszej działalności jako Aborcyjny Dream Team mówimy, że każdy powód do aborcji jest dobry, dopóki jest twój. W Polsce obowiązuje podział na dobre i złe aborcje. Dobra to taka, która nie tylko mieści się w ustawie, lecz jest także obarczona poczuciem wstydu, poczuciem dramatu. Taka, za którą się przeprasza. A zła aborcja to taka, za którą nie przepraszasz, o którą nie prosisz, której się nie wstydzisz. Jak wynika z badań i naszych doświadczeń, osoby, które przerywają ciążę, potrzebują, żeby ktoś im powiedział, że nie są z tym doświadczeniem same. Że są osoby mające różne doświadczenia reprodukcyjne, które się wzajemnie nie wykluczają, bo można mieć dwójkę dzieci i jednocześnie przerwać trzecią ciążę, i to wcale nie oznacza, że taka kobieta nie kocha tych dzieci, które już ma. Że można być dobrą matką i mieć doświadczenie aborcji. Mamy różne doświadczenia, tylko nie pozwala nam się o nich mówić. A jeśli już powiemy o nich inaczej, niż przyzwala na to kultura, to od razu jesteśmy dyscyplinowane. Zresztą kobiety same sobie potrafią grozić palcem. Przypomnij sobie, co spotkało Natalię Przybysz po jej aborcyjnym coming oucie. 

Kobiety uznały, że powód Natalii nie był wystarczająco dobry. Przerwała ciążę, bo miała za małe mieszkanie.
Tylko ona wcale tego nie powiedziała. Powiedziała, że przemyślała swoje życie, zrozumiała, że nie chce go zmieniać, bo dzieci, bo mieszkanie, bo inne powody. A wszyscy przywiązali się do tego mieszkania. Nawet żartowałyśmy wtedy z dziewczynami z Aborcyjnego Dream Teamu, że może trzeba będzie sprawdzać, ile dzieci mieści się na metrach kwadratowych mieszkania, i jeśli tych metrów jest za mało, to wtedy ewentualnie można przerwać ciążę. Natalia wykazała się odwagą i nieposłuszeństwem. Nie tylko pozwoliła sobie przerwać ciążę, lecz także powiedziała o tym głośno. Powinnyśmy jej podziękować, że wykonała krok, który ułatwia kobietom podejmowanie decyzji. Tymczasem spotkał ją hejt. Dokładnie na tym polega stygmatyzacja aborcji. Kobiety, które korzystają z naszej pomocy, też są często oceniane i napiętnowane, ale i same sobie potrafią dowalić stygmą. Również jestem takim przykładem. Przez prawie trzy lata od przerwania ciąży nie powiedziałam nikomu o swojej aborcji, bo bałam się reakcji. A gdy już zaczęłam o niej mówić, to zawsze w przepraszającym tonie. Wydawało mi się, że tylko tak wolno mi mówić o aborcji. Że powinnam przepraszać, powinnam mieć wątpliwości, powinna ta aborcja do mnie wracać i powinnam się zastanawiać, czy na pewno podjęłam dobrą decyzję. Mówiłam wręcz, że nigdy więcej bym tego nie zrobiła, a myślałam, że gdybym jeszcze raz zaszła w niechcianą ciążę, to przynajmniej byłabym mądrzejsza. Wiedziałabym, gdzie szukać pomocy, jak wziąć tabletki, jak się przygotować. Tyle że nie przechodziło mi to przez usta, bo to niepoprawne politycznie. My, kobiety, same sobie musimy pozwolić na decydowanie o swoim macierzyństwie, życiu i ciele.

Kobiety przepraszają, bo wmawia im się, że każda aborcja jest traumatyzującym doświadczeniem?
Tak, na aborcję trzeba sobie zasłużyć odpowiednim cierpieniem. Ciąża zagraża ich życiu, zaszły w nią na skutek przemocy seksualnej albo zostały stwierdzone wady płodu, więc kobieta może doświadczyć traumy urodzenia martwego dziecka. Te wszystkie sytuacje stanowią ułamek aborcyjnej rzeczywistości. Większość kobiet nie przeżywa dramatu, gdy musi podjąć decyzję o aborcji. Dla nich dramatem są pozostanie w niechcianej ciąży, poród, zostanie matką. Aborcja to uwolnienie z tej dramatycznej sytuacji życiowej. W Polsce w ogóle nie mówi się o doświadczeniach aborcyjnych, w których nie ma cierpienia, żalu, poczucia winy czy konfliktu moralnego. Ani o tym, że aborcja jest ściśle powiązana z życiem seksualnym kobiet. Dopóki nie zaczniemy tego głośno mówić, to patriarchalne społeczeństwo zawsze będzie uważać, że kobieta uprawia seks tylko po to, żeby zostać matką, a nie dla przyjemności. I takie myślenie usprawiedliwia zakazywanie aborcji i stoi za przekonaniem, że aborcja jest dramatem.

Systemowy zakaz aborcji sprawia, że seks jest jeszcze bardziej stresujący, jest w nim jeszcze więcej strachu, więc kobiety nie mogą w pełni cieszyć się swoją seksualnością.
Wszystkie kobiety, z którymi rozmawiam, mówią, że jako nastolatki paranoicznie bały się seksu. Właśnie dlatego, że obawiały się zajścia w ciążę. Bywa, że przeżywamy to nasze dorosłe życie z tak wdrukowanym strachem przed ciążą, że nie mamy możliwości czerpania radości z seksu. To okrutnie niesprawiedliwe. Dlatego uważam, że aborcja powinna być w pełnie legalna, dostępna, darmowa, bezpieczna, ale też znormalizowana, żeby nie stygmatyzować kobiet, które się na nią decydują. Mówienie o aborcji jak o rozwiązaniu problemu, którym jest niechciana ciąża, wyprowadza z ciążowej paranoi.

Ale żeby aborcja mogła być legalna, powszechna i niestygmatyzująca, to musi się pojawić zaufanie społeczne do tego, że kobieta potrafi decydować sama o sobie. Mamy z tym problem. Zakazy biorą się przecież z przekonania, że za kobietę trzeba zadecydować, bo jak zostanie z decyzją sama, to na pewno zrobi coś głupiego.
Trzeba za nią zadecydować i trzeba ją obronić przed konsekwencjami. To bardzo widać w projektach ustaw składanych przez organizacje antyaborcyjne. Nikt nas nie pyta, czego naprawdę potrzebujemy. A potrzeb jest tyle, ile kobiet. Dlatego ustawa o aborcji powinna być tak szeroka, jak tylko to możliwe. Niczego nie nakazywać, niczego nie zakazywać, a dawać możliwość świadomego wyboru, którego kobieta dokona samodzielnie albo z rodziną, partnerem, przyjaciółką, lekarzem – jeśli będzie chciała ich do tej decyzji zaprosić. W kwietniu Krzysztof Bosak absolutnie bez żadnej żenady powiedział, że aborcja jest zawsze trudną decyzją i kobietę należy otoczyć opieką. Kilka tygodni temu z kolei zapytany o to, co powiedzieć kobiecie, która dowiaduje się, że jej dziecko umrze w trakcie porodu, odpowiedział: „No to umrze, tak czasem jest”. Nie ma się co łudzić, ludzie, którzy chcą prawnie zakazać aborcji, mają gdzieś uczucia i potrzeby kobiet. Dlatego powstał Aborcyjny Dream Team – skoro oni się nami nie interesują, to zainteresujmy się sobą same.

A który z argumentów środowisk pro life uważasz za najbardziej absurdalny?
Chyba nie absurdy niepokoją mnie najbardziej. Najbardziej niepokojące są argumenty i strategie, które mają sprawić, że się wstydzimy. Przeraża mnie też dyskryminacja kobiet, które decydują się na aborcję ze względu na nieodwracalne wady płodu. W Polsce uporczywie przekonuje się, że taka kobieta zabiła swoje dziecko, które po prostu miało być chore. To jest bezduszne. Bardzo często ta ciąża była chciana, planowana, ale na etapie diagnostyki okazało się, że nie rozwija się prawidłowo. Taka kobieta na pewno potrzebuje wsparcia psychologicznego. Prawdopodobnie przygotowywała się do porodu, chodziła na badania prenatalne, żeby wiedzieć, że wszystko jest w porządku. Spada na nią dramatyczna wiadomość i jeśli decyduje się ona na aborcję, to mimo że chciała być w ciąży, dostaje kopa w twarz od ludzi, którzy teoretycznie powinni być po jej stronie. Wiesz, że to są często kobiety, które generalnie są przeciwne aborcji i nie zdecydowałyby się na nią, gdyby nie świadomość, że dziecko nie dożyje do porodu? Kto je wtedy wspiera? Aborcyjny Dream Team.

Jak polskie prawo aborcyjne ma się do prawa aborcyjnego w innych krajach europejskich?
Polska ma jedną z najbardziej restrykcyjnych ustaw aborcyjnych w Europie, podobnie jak Malta. W większości krajów aborcja jest całkowicie legalna do 12. tygodnia, w Holandii można usunąć ciążę bez podawania powodów do 22. tygodnia, a w Anglii – do 24. W przypadkach wad płodu czy zagrożenia życia kobiety, te terminy mogą być rozciągane. Prawo w większości krajów europejskich jest po prostu ludzkie, odpowiada na rzeczywistość i jest elastyczne. Polska wypada na tym tle bardzo słabo. Z kolei Malta jest specyficznym przykładem. To bardzo mały kraj, gdzie jeszcze dwa lata temu nie działały grupy feministyczne zajmujące się tematem aborcji. Dziś funkcjonuje tam Abortion Support Network, z którymi współpracujemy w ramach Aborcji Bez Granic (inicjatywa polskich i zagranicznych organizacji aborcyjnych, która np. pomaga kobietom wyjechać do kraju, w którym ciążę można przerwać legalnie – przp. red.). ASN pomaga kobietom z Malty wyjeżdżać do Anglii, by tam legalnie przerywać ciążę, co otwiera maltańskie społeczeństwo na rozmowę o aborcji. Powiedziałam, że Malta jest specyficzna, bo jeszcze kilka lat temu nie można tam było wziąć rozwodu, a dziś małżeństwa jednopłciowe mogą adoptować dzieci, jest dostępne in vitro, a korekta płci odbywa się bez orzeczeń, które wciąż funkcjonują w Polsce. Państwo poszło bardzo do przodu, więc pewnie legalizacja aborcji też jest kwestią czasu. Z kolei Polska się cofa.

Co zmienia niedawne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego?
Dopóki nie zostanie opublikowane w Dzienniku Ustaw, nie obowiązuje (rozmawiałyśmy z Natalią 9 listopada – przyp. red.). Na poziomie społecznym zmienia jednak dużo. Rośnie problem z dostępem do aborcji ze względu na wady płodu w placówkach publicznych. Są szpitale, które deklarują, że to robią. Są takie, które deklarują, że nie robią. To wprowadza chaos informacyjny, jeszcze większy niż wcześniej, gdy nie tylko lekarze nadużywali klauzuli sumienia i odmawiali aborcji, lecz także kobieta nie mogła uzyskać rzetelnej informacji o tym, do czego ma prawo. Zarazem widzę dobrą zmianę w świadomości. Widzę ją na ulicach, na murach, na chodnikach, na których jest namalowany numer do Aborcji Bez Granic. Krzepiące jest to, że aż tyle kobiet wyszło na ulice, również w małych miastach. Natomiast prawnie to nie zmienia naszej sytuacji. Wciąż nie można przeprowadzić aborcji w szpitalu, wciąż nie ma informacji, gdzie szukać wsparcia. Wciąż państwo mówi nam, że ma nas gdzieś.

Spotykam czasem osoby, które są niby liberalne, ale w kwestii aborcji chętnie utrzymałyby obowiązujący kompromis. Wytłumaczysz im, dlaczego kompromis jest zły?
Bo nie działa i nie ma szans działać. Prawo aborcyjne można porównać do jezdni. Przechodzisz przez jezdnię tak, jak pozwala ci prawo. W Polsce jezdnia, czyli aborcja, jest, ale musimy przez nią przebiegać. Nie ma pasów, nie ma świateł. Wszyscy biegają tam i z powrotem. Niektórym uda się przebiec, niektórych potrąci samochód. Nikogo ta ulica nie interesuje, nieważne, że ktoś tam ginie. A to, czy uda ci się przebiec, zależy od tego, jak bardzo jesteś sprawna, czy ktoś z tobą pójdzie, czy ktoś ci pomoże. Kompromis jest niesprawiedliwym rozwiązaniem, bo jest łagodny dla tych, którzy mają pieniądze, a okrutny dla tych, którzy ich nie mają. Jest łagodny dla ludzi z dużych miast, ale okrutny dla osób z mniejszych ośrodków.

Co chciałabyś powiedzieć ludziom, którzy szczerze wierzą, że systemowy zakaz aborcji sprawi, że aborcji nie będzie?
Że czas się obudzić. Jeszcze żaden zakaz nie sprawił, że zaprzestano wykonywania aborcji. Zakazy sprawiają, że aborcja jest postrzegana jako coś złego. Zastanówmy się, czy naprawdę chcemy żyć w kraju, w którym kobiety są obarczane poczuciem winy i karane za coś tak intymnego, jak decyzja o macierzyństwie.
 

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „Glamour” nr  12/2020 - 1/2021 (206)