„Ojca bomby atomowej” sportretował reżyser, od którego już na starcie oczekiwaliśmy arcydzieła. Czy „Oppenheimer” nim jest? Czy spełnia oczekiwania tych, którzy upatrywali w nim nominacji do Oscarów, zanim jeszcze pojawił się na ekranach kin? Jak w roli człowieka, który już za życia był legendą, poradził sobie Cillian Murphy, czyli uwielbiany przez fanów „Peaky Blinders”, Tommy Shelby? 

O czym jest „Oppenheimer” / kim był J. Robert Oppenheimer i dlaczego warto to wiedzieć przed obejrzeniem filmu?

J. Robert Oppenheimer urodził się 22 kwietnia 1904 roku w Nowym Jorku. Był pierwszym dzieckiem żydowskich imigrantów z Niemiec, cenionym naukowcem-geniuszem, współpracującym m.in. z Nielsem Bohrem, założycielem amerykańskiej szkoły fizyki teoretycznej, a przede wszystkim dyrektorem naukowym Projektu Manhattan i „ojcem bomby atomowej” jak zwykło się go nazywać. To on w czasie II wojny światowej kierował przedsięwzięciem, mającym na celu opracowanie pierwszej broni atomowej, która (jak zapewne wiecie) powstała i została użyta przez Stany Zjednoczone przeciwko Japonii 6 i 9 sierpnia 1945 roku.

„Oppenheimer” to opowieść o życiu człowieka, który zmaga się ze sobą, ze światem, nosi ciężar swojego geniuszu i poglądów, których nie zamierza ukrywać. Wybierając się na film Christopher Nolana, warto o tym wiedzieć choćby dlatego, by zrozumieć, czym dla głównego bohatera była nauka w ujęciu teoretycznym, praktycznym i ideologicznym - w znaczeniu dosłownym i mentalnym.

„Oppenheimer” - recenzja

„Oppenheimer” bywa sprowadzany do bycia filmem o bombie. Nie zgadzam się z tym. To biografia, jakiej potrzebowało nasze pokolenie. Pełna, skupiająca się wnętrzu głównego bohatera, na jego demonach. Pokazująca genialnego naukowca z „ludzkiej” strony - bo czy geniusz, twórca bomby atomowej nie może jednocześnie być wrażliwym mężczyzną, który nie ze wszystkim radzi sobie tak, jak przystało na samca alfa?

Wcielający się w tytułowego bohatera Cillian Murphy swoją rolę odegrał brawurowo. Jeśli za kilka miesięcy otrzyma za nią Oscara, ani trochę nie będę zaskoczona. Sposób, w jaki grany przez Irlandczyka Oppenheimer zmienia się, jest ucztą dla oczu. Zresztą, cała obsada aktorska na czele z równie genialnym Robertem Downey'em Jr (w roli Lewisa Straussa), a także Emily Blunt (Kitty Oppenheimer), Mattem Damonem (gen. Leslie Groves), czy Florence Pugh (Jean Tatlock) tworzy na ekranie perfekcyjną całość. To, jak przenikają się perspektywy skrajnie różnych od siebie postaci, to, w jaki sposób odkrywamy, kto jest antagonistą, a kto sprzymierzeńcem, naprawdę świetnie się ogląda. 3-godzinny „Avatar” był momentami męczarnią, trwający tyle samo „Oppenheimer” nie pominął niczego, co mogłoby spłycić prawdziwą historię i „nie ciągnął się” ani trochę. Zasługa aktorów, montażu, scenariusza? Z mojej perspektywy wszystkich wymienionych aspektów w połączeniu z przegenialnym dźwiękiem i perfekcyjnie dopasowaną muzyką. 

Czy „Oppenheimerowi” można coś zarzucić? I tak, i nie. Jedni powiedzą, że jest w nim „za dużo fizyki” i „za dużo nic niewnoszących nazwisk”. To film o profesorze fizyki teoretycznej, naturalnym jest więc omawianie konkretnych zagadnień z jej zakresu i posługiwanie się specjalistyczną nomenklaturą. Inni zwrócą uwagę, że to film nie dla każdego. I to prawda - ale czy musi być tego typu produkcją? „Barbie”, która trafiła do kin tego samego dnia, też nie jest dla każdego, a w jej kontekście raczej się o tym nie mówi.

„Oppenheimer” to kino nieco wymagające, skłaniające do refleksji, poruszające i trzymające w napięciu od początku do końca. Dylematy moralne, z którymi zmaga się główny bohater są przedstawione tak obrazowo i szeroko, że aż przenikają do naszych głów i nie chcą z nich wyjść nawet, gdy zgasną światła. To specyficzne uczucie, które trudno jest opisać słowami. Zdecydowanie warto go doświadczyć.

Zobacz także:

Dramat psychologiczny, thriller polityczny, romans, kino szpiegowskie ze szczyptą komedii, a to wszystko w jednej biografii. Biografii człowieka urodzonego na początku XX wieku, a jednocześnie tak boleśnie aktualnej ze względu na poruszane w niej wątki. Arcydzieło? Z mojej perspektywy najlepsza biografia w historii kina, którą na pewno jeszcze kiedyś obejrzę ku pamięci wybitnego naukowca i wyjątkowego człowieka, jakim niewątpliwie był J. Robert Oppenheimer.