O kobiecym orgazmie mówi się ostatnio coraz więcej i bardzo dobrze, bo wciąż jest parę mitów do obalenia w naszym społeczeństwie na ten temat. Przede wszystkim warto od razu podkreślić, że mamy do orgazmu prawo wszyscy bez wyjątku. I warto o orgazm zabiegać, dopominać się o niego. Choć oczywiście bez orgazmu też w łóżku może być przyjemnie. 
 

Jesteś w błędzie, doktorze Freud, czyli o podziale na orgazm pochwowy i łechtaczkowy

Zacznijmy jednak od doktora Freuda, wiedeńskiego psychoanalityka, mężczyzny, który pragnął objaśnić kobietom świat i wmówił na długie lata, że są różne rodzaje orgazmów, przede wszystkim orgazm łechtaczkowy, czyli osiągany w wyniku stymulacji tego narządu, jak i orgazm pochwowy, osiągany w wyniku penetracji pochwy. Penetracji dokonywanej męskim członkiem  – bo to dla Freuda była jedyna słuszna wersja tego rodzaju seksu. Pierwszy orgazm słynny psychoanalityk uznał za niedojrzały, gorszy. Ten drugi – za dojrzały, właściwy. Cóż, mylił się. I to bardzo. Bo przede wszystkim ORGAZM JEST JEDEN, a różne są drogi dojścia do niego – możemy stymulować łechtaczkę, możemy stymulować waginę (albo obie naraz), płatek ucha, sutki... Wszystko zależy od naszej indywidualnej wrażliwości na bodźce różnych miejsc na mapie naszego ciała, nie tylko genitaliów. Orgazm poza tym można sobie zapewnić także, przeżywając we własnej głowie jakąś fantazję. I nie można też powiedzieć, że któraś z dróg prowadzących nas na szczyt jest lepsza czy gorsza – jeśli efekt jest satysfakcjonujący, to po co go wartościować?

Pamiętajmy też, że nie tylko są różne drogi do orgazmu, lecz także nasze orgazmiczne reakcje, które zwykle mają się nijak do tego, co widzimy na przykład w filmach. Możemy więc oczywiście krzyczeć, ale i cicho stękać, śmiać się, po prostu szybciej oddychać a nawet płakać – w trakcie szczytowania lub tuż po. Nasze reakcje na orgazm mogą różnić się w zależności od momentu naszego życia, wiele czynników ma na to wpływ. 

Orgazm jest dobry dla naszego ciała. Oto 5 jego pozytywnych skutków

Orgazm w filmach, czyli jak przemysł filmowy wpływa na nasz seks

Pozostając przy filmach, obalmy też od razu mit o orgazmie równoczesnym, kiedy to partner i partnerka szczytują w tym samym momencie. Odegrać taką scenę można, na ekranie wygląda to atrakcyjnie, zwłaszcza dla reżyserów. Można się jednak zastanawiać, czy aby na pewno mają oni odpowiednią wiedzę o ludzkiej fizjologii i seksualności, by zabierać się za sceny erotyczne. Ponieważ trudno jest przeżyć tę najwyższą, orgazmiczną rozkosz równocześnie, co dziś podkreślają seksuolożki i seksuolodzy. Jednak jeśli my się takich scen naoglądamy, to wydaje nam się, że równoczesne szczytowanie to jakaś norma, że najwłaściwszy jest seks penetracyjny, podczas którego w tym samym czasie kochanek i kochanka przeżywają rozkosz. Rozkoszna, a nawet romantyczna wizja. Ale jednak kiedy próbujemy ją zreazlizować we własnej sypialni, to zamiast skupiać się na przyjemności po prostu, na tym, jakie możliwości mają nasze ciała, to się frustrujemy, że nam nie wychodzi. Albo właśnie orgazm udajemy. Żeby nie było, że coś może jest z nami nie tak.
 

Trening masturbacyjny  – ważny krok na drodze do orgazmu

Jednym z istotnych kroków zbliżających nas nie tylko do orgazmu, ale w ogóle do zadowolenia z seksu, jest znajomość własnego ciała i jego potrzeb. Jak je odkryć? Można zadawać sobie odpowiednie pytania, jak i eksplorować erogenną mapę ciała. Oczywiście mowa tu o stymulacji miejsc intymnych (łechtaczka, wagina i tak dalej), ale testowanie innych obszarów zwykle też przynosi owoce. Szukając drogi do orgazmu, warto zacząć jednak od łechtaczki, bo to niesamowity narząd – stworzony do rozkoszy, a to dzięki 8 tysiącom zakończeń nerwowych skumulowanych na niewielkim obszarze żołędzi łechtaczki, czyli jakby na czubku góry lodowej. A penis na całej swoje powierzchni ma 4 tysiące zakończeń nerwowych... Tak tylko wspominam. I tu możemy wrócić do naszego ulubieńca Freuda: różne niezależne badania pokazują, że ponad 70% kobiet potrzebuje stymulacji łechtaczki, by przeżyć szczytową rozkosz. Więc właśnie na tej drodze do orgazmu warto byłoby się skupić, a nie ją deprecjonować. Jeśli więc idziemy z kimś do łóżka a łechtaczka to nasz orgazmiczny punkt  – prośmy o zadbanie o nią, podpowiedzmy, jakie rodzaje pieszczot najlepiej się sprawdzają w naszym przypadku. O własną przyjemność trzeba się upominać! Nikt nie jest jasnowidzem czy jasnowidzką i nie domyśli się, na co nasze ciało najlepiej reaguje.

Generalnie jednak podczas masturbacji, którą uwielbiam nazywać samomiłością, testujmy własne ciało i najróżniejsze techniki stymulacji, używajmy rąk, prysznica, zabawek erotycznych. Popuśćmy wodze fantazji! A potem dzielmy się swoimi rozkosznymi odkryciami z partnerem czy partnerką. 

„Cipka” Renaty Gąsiorowskiej: ten film o masturbacji powinna obejrzeć każda z Was >>>
 

Orgasm gap

Trzeba wspomnieć również o mniej przyjemnej sprawie, czyli o orgazmowej nierówności, zwłaszcza kiedy mowa o stosunkach heteroseksualnych. I niestety sprawa ta dotyczy kobiet. Bywa, że kiedy mężczyzna dojdzie, to akcja się kończy. Ale to, że on doszedł, wcale nie oznacza, że i ona. Bo jak już wiemy orgazmy jednoczesne to rzadkość. Jeśli nie komunikujemy się otwarcie w sypialni, jeśli orgazm udajemy, to orgasm gap tylko się pogłębia, pojawia się naprawdę duża przepaść. Dlatego podkreślam: warto się o swoją przyjemność upominać, szczerze o niej rozmawiać, podpowiadać partnerowi czy partnerce, co lubimy, bo to pomaga i podkręca atmosferę. Istotne jest oczywiście, jak o tym mówimy. Ważne, aby ktoś nie poczuł się oskarżany, winny naszemu brakowi orgazmu. Ale jeśli nie chce współpracować, to już inna sprawa i trzeba się zastanowić, czy chcemy chodzić do łóżka z kimś, kto nie dba o nas. 

Generalnie język ma ogromne znaczenie. Panuje przekonanie, że ktoś nas powinien do orgazmu doprowadzić, a przynajmniej takie są utarte zwroty. Lepiej jest mówić, że orgazm przeżywamy czy też doświadczamy go. Może to nastąpić w wyniku autostymulacji naszego ciała lub bycia pobudzaną odpowiednio przez sekspartnera czy sekspartnerkę. I wtedy przecież to nie tylko zasługa tej konkretnej osoby, ale i nasza, naszego ciała, że przeżywamy rozkosz.

Warto pamiętać, że czasami nawet mimo własnych lub czyichś najlepszych starań orgazmu nie doświadczymy. Na przykład jeśli nie jesteśmy w stanie odpuścić kontroli, skupić się na odczuciach, kiedy mamy głowę zaprzątniętą innymi sprawami, znajdujemy się w wyjątkowo stresującym momencie życia czy zażywamy leki wpływające na naszą seksualną satysfakcję. Brak orgazmu może być chwilowy, zresztą nie każdy stosunek musi być nim zwieńczony, ale niektóre z nas orgazmów nie mają w ogóle. Z jednej strony napinanie się na orgazm zazwyczaj jeszcze bardziej nas oddala od celu, z drugiej – nic dziwnego, że chcemy go przeżyć. Co w tej sytuacji zaradzić? Po pierwsze przeanalizować swoje życie intymne, zastanowić się, co może wpływać na brak orgazmu i czy bez niego jesteśmy w stanie czerpać satysfakcję z seksu. Bo seks bez orgazmu nie oznacza automatycznie braku przyjemności. Takie podejście pozwala trochę zniwelować orgazmiczną presję, a bez niej o orgazm... łatwiej. Druga sprawa – zawsze warto skonsultować się ze specjalistką lub specjalistą, kimś, kto pomoże znaleźć przyczynę braku orgazmu. Mamy prawo do satysfakcjonującego seksu, my definiujemy tę satysfakcję, a dbanie o swoją seksualność to element dbania o swoje zdrowie, o siebie w ogóle!

Zobacz także: Książki erotyczne dla kobiet. Zapomnijcie o „50 twarzach Greya”! >>>