Nostalgia zdefiniuje całe lata 20. tego stulecia. Czy generacja Z cofa się w czasie, bo czasy, w których żyje, są podłe?
Za czym tęsknimy i do czego wracamy? Nieistotne za czym, kluczowe, że w ogóle. Co prawda jesteśmy ledwie na półmetku trzeciej dekady XXI wieku, ale już mówi się, że nostalgia zdefiniuje całe lata 20. tego stulecia. Czy generacja Z cofa się w czasie, bo czasy, w których żyje, są podłe?

Dla pokolenia Z, ale i pewnie dla wielu osób ze starszych generacji, nostalgia nie jest dziś jedynie stanem emocjonalnym – nagłym przypływem melancholii, która dopada na myśl o czymś, co odeszło i nie wróci. Nostalgia jest postawą wobec świata, bo w tęsknocie za spokojną przeszłością manifestuje się bunt przeciwko takiemu zarządzaniu rzeczywistością, że przyszłość budzi wyłącznie niepokój. To konkretna filozofia, która odbija się w różnych dziedzinach życia: w tym, jak korzystamy z nowych technologii i mediów społecznościowych, dokąd jeździmy na wakacje, na co chodzimy do kina i na co wydajemy pieniądze. Nostalgia generacji Z ma wydźwięk polityczny, bo wynika z frustracji światem pogrążonym w chaosie. Jest bezpośrednią reakcją na dotkliwe poczucie niesprawiedliwości – że kiedyś to były czasy, a dziś są katastrofa klimatyczna, inflacja, niemoralnie drogie mieszkania, Trump, Putin i Netanjahu.
Uciekanie w nostalgiczne fantazje o miłej przeszłości może amortyzować codzienne lęki, choć to oczywiście nie tak, że sesja sentymentalnych majaków działa, jak magiczny plaster na bolesną bieżączkę. Zaleca się umiar w nostalgii.
Nie, nie dlatego, że – jak podpowiedziałaby pewnie jakaś terapeutka bez dyplomu, za to z kontem na TikToku – trzyma nas w przeszłości, więc blokuje osobiste progresje. Ale dlatego, że wskrzeszając pewne światy, możemy niechcący zwrócić władzę bohaterom, których chwała przeminęła słusznie. Najlepszy przykład z popkultury? Serial „Stranger Things”. Z jednej strony produkcja braci Duffer elokwentnie cytuje klasykę kina grozy i młodzieżowych przygodówek z lat 80., a zatem robi tę całą cudowną terapeutyczną robotę, przenosząc nas w czasy dzieciństwa. Z drugiej – nieodpowiedzialnie romantyzuje szkodliwy model męskości, przede wszystkim w postaci gburowatego szeryfa, który czasem mięknie, więc można mu – tak wynika z serialu – wybaczyć generalną opryskliwość. Jak w takim razie praktykować nostalgię, by rzeczywiście działała krzepiąco?

Przytulnie jak u mamy, ale bluetooth musi być
Uwaga, pokolenie cyfrowych nomadów przechodzi w tryb analogowy. Tyle że… to nie do końca prawda. Gdyby generacja, która wychowała się w internecie, całkiem zrezygnowała z technologii, faktycznie można by donosić o tym w tonie sensacji. Gen Z – i, nie oszukujmy się, nie tylko gen Z – nie porzuci gadżetów i usług, które przyniósł postęp, bo dziś zwyczajnie nie da się od nich uciec. Za to można szukać kompromisów. Rozwiązań, które pozwolą nostalgicznie celebrować przeszłość i jednocześnie korzystać z komfortów nowoczesności. W to pragnienie złotego środka ewidentnie celują producenci sprzętu audio, a prasa branżowa donosi, że zawrotną popularnością cieszą się np. odtwarzacze muzyki, które wyglądają jak odbiorniki radiowe sprzed dekad, ale oczywiście są wyposażone w Bluetooth i spokojnie można na nich odtwarzać playlisty z serwisów streamingowych, jak Spotify czy Tidal. Znów: nie chodzi wyłącznie o wygląd.
Moda na konkretną estetykę to jedno, ale ta estetyka przede wszystkim pochodzi z czasów, gdy telefon miał klawisze, a ulubioną stację radiową ustawiało się pokrętłem. Design w wydaniu retro starsze osoby może cofnie do beztroskiego okresu ważnych odkryć muzycznych.
Młodszym, które urodziły się w okolicach premiery pierwszego smartfona, umożliwi nieznane wcześniej doświadczenia. Ekscytująca sensoryczna przygoda? Mózg lubi takie zabawy, dzięki nim pozostaje dłużej w formie. A gdy słuchamy płyty winylowej w całości zamiast dwuminutowych hitów nagrywanych pod sukces na TikToku, ćwiczymy zdolność skupiania uwagi, zniszczoną przez śmieciowy content do ekspresowej konsumpcji.

Choć długo utrzymywano, że generacja Z woli wydawać pieniądze na wrażenia, po których zostają fajne wspomnienia, zamiast rujnować budżet, obrastając w rzeczy, dziś widać porównywalną chęć inwestowania i w przygody, i w przedmioty. To tęsknota za czymś namacalnym – widoczna, chociażby w rosnącej sprzedaży płyt CD i winyli, które umożliwiają głębszy kontakt z muzyką niż odtwarzanie jej w streamingu (nie ma jednak mowy o zmierzchu platform, popularność płyty kompaktowej to znacząca tendencja, ale nie zagraża hegemonii Spotify). Widać nostalgię w mieszkaniach – w oldskulowych wolno stojących regałach na książki wykończonych łukiem, w fotelach z wielkimi poduchami. Ma być przytulnie jak u mamy.
Moda kręci się w kółko
Czy nosimy się również nostalgicznie? Kate Moss fotografowana na festiwalu Glastonbury w wojskowej kurtce ekspresowo rozkręciła popyt na ciuch modny 20 lat temu, w czasach szczytowej popularności nowej sceny indierockowej, którą tworzyły zespoły jak The Strokes czy Arctic Monkeys. Oczywiście można uznać, że to nic wielkiego, przecież trendy zawsze wracały, tyle że – jak podkreślają eksperci i ekspertki – dziś wracają znacznie szybciej, a do tego wszystkie naraz. „Pytanie nasuwa się samo. Jakkolwiek przyjemny byłby ten modowy Dzień Świstaka, czy za tę zabawę zapłacimy inercją i homogenizacją kultury?” – zastanawiała się niedawno dziennikarka Eleni Leokadia w swoim tekście dla wpływowego brytyjskiego magazynu „Dazed”.
Jeśli będziemy tak ciągle do czegoś zawracać, zaczniemy kręcić się w kółko. Już wrócił styl Y2K z początku tysiąclecia, indie sleaze, moda na szaliki w czaszki od McQueena i sneakersy na platformie od Isabel Marant, a jesteśmy dopiero w połowie dekady. W kulturze zbudowanej na repetycji nie ma miejsca na ryzyko, wyobraźnię i rozwój
Dalej Eleni Leokadia pozwala sobie na refleksję, że dziś korzystamy z historii mody bezrefleksyjnie, w pustych aktach „kopiuj – wklej”, a więc posiadamy garderobę, ale nie mamy modowej tożsamości. To z kolei robi z nas łatwy żer dla marek i projektantów, którzy nie muszą silić się na szczególną kreatywność, skoro mogą wcisnąć nam wszystko, co już raz dobrze się sprzedało. Biznesplan, którego fundamentem jest asekuranckie wietrzenie archiwów, można akurat rozumieć w trudnych, niepewnych ekonomicznie czasach. Ryzyko kosztuje, nie zawsze się opłaca – nie każdego stać na wymyślanie koła od nowa. „Konsumenci i konsumentki w nostalgii znajdują emocjonalny komfort, kojące ciepło w niestabilnym świecie. Dla projektantów i projektantek to też wygoda – mogą spokojnie wracać do sprawdzonych rozwiązań. A udziałowcy dostają produkt z gwarancją sukcesu w czasach nawiedzanych przez przeszłość. Bestseller lata 2016 powraca w 2025 roku, z tym że nie wskrzeszamy samego produktu, ale kolektywne wspomnienia tamtych wakacji” – pisze Eleni Leokadia. Zresztą w ten sposób myślą nie tylko osoby tworzące modę.
Gen Z wybiera telewizję komfortu
Remake, czyli odświeżona wersja filmu sprzed lat, nie jest formułą, która pojawiła się pięć minut temu, ale w ostatniej dekadzie sentymentalny recykling lubianych tytułów przybrał na sile. W 2021 roku Disney opowiedział na nowo historię Cruelli De Mon, antybohaterki bajki „101 dalmatyńczyków” – w filmie z Emmą Stone w roli głównej bezwzględna miłośniczka naturalnych futer jest zagubioną, ale utalentowaną dziewczyną, która lubi punk rocka i odważnie staje do walki z niesprawiedliwym losem. Latem zeszłego roku, po 40 latach, powrócił Axel Foley, czyli wielbiony przez publiczność „Gliniarz z Beverly Hills”. I nikt tu nawet nie próbował udawać wielkiego kina, bo remake Netfliksa to rozrywkowa produkcja dla ludzi, którzy tęsknią za sympatycznie wesołym kinem akcji z lat 80. A „Naga broń”? Też wróciła, tyle że tym razem w komedii pomyłek ugrzązł syn gapowatego detektywa z oryginalnej franczyzy, grany przez Liama Neesona. O właśnie, franczyzy!
To kolejny wytrych stosowany przez twórców i twórczynie kultury popularnej, którzy i które w ten sposób kapitalizują przywiązanie nostalgicznej widowni. Pierwszy przykład z brzegu, że to działa: „Igrzyska śmierci”.
O tym, że filmy i seriale też przenoszą nas do okresu beztroski, świadczą nie tylko produkowane na potęgę remaki czy sukcesy seriali cytujących klasykę, jak wspomniane „Stranger Things”, ale także nieoczekiwany renesans tytułów, które były symbolem dawnych czasów. Bo co znajduje młoda publiczność w serialu „Przyjaciele”, który wciąż świetnie się ogląda? Rzeczywistość sześciorga bohaterów i bohaterek ikonicznego sitcomu nijak nie przystaje do rzeczywistości współczesnych dwudziestokilkulatków, a mimo to dane serwisów streamingowych, które pokazują „Przyjaciół” na całym świecie, potwierdzały, że to telewizja komfortu, która jest często pierwszym wyborem pokolenia Z.

Nostalgia leczy? Wystarczy kilka minut dziennie
Z badania, które dwa lata temu na osobach z pokolenia Z przeprowadził Uniwersytet Harvarda, wyszło, że aż 56 proc. ankietowanych obawia się o swoje bezpieczeństwo finansowe, 45 proc. przyznaje, że wrażenie „końca świata” odbija się poważnie na ich kondycji psychicznej, a 34 proc. zwierzyło się z uczucia głębokiego osamotnienia. Z kolei ankieta Harris Poll zrealizowana na zlecenie Human Flourishing Lab pokazała, że aż 80 proc. dorosłych zetek (urodzonych po 1997 roku, takie kryterium przyjęli badacze) niepokoi zależność od technologii, 75 proc. zauważa szkodliwy wpływ mediów społecznościowych na zdrowie psychiczne, a 58 proc. twierdzi, że technologia, która miała ludzi do siebie zbliżać, finalnie doprowadziła do rozpadu więzi.
Nic dziwnego więc, że coraz częściej tęsknimy za czasami sprzed techowej rewolucji, która wmanewrowała nas prosto w sidła algorytmów i aplikacji mobilnych. Gen Z wymienia smartfony na tzw. głupie telefony, czyli takie bez podłączenia do internetu, z których można wyłącznie dzwonić i wysyłać wiadomości. I docenia czas spędzony offline, blisko natury, w ciszy.
To też przejaw tęsknoty za analogiem. Uproszczona psychologia sugeruje, że taka obsesja na punkcie często niesłusznie idealizowanej przeszłości może nam szkodzić. Oducza uważnego bycia tu i teraz. Zniechęca do świadomego planowania przyszłości. „W rzeczywistości nostalgia pomaga ludziom poradzić sobie z bieżącymi wyzwaniami i budować lepszą przyszłość. Ja i inni uczeni doszliśmy do tego wniosku na drodze wielorakich badań, od analiz laboratoryjnych po ankiety ilościowe i jakościowe – wszystkie prowadzone na zróżnicowanych grupach osób z całego świata” – pisał w gościnnym eseju dla „The New York Times” Clay Routledge, psycholog społeczny. „Badania potwierdziły, że nostalgiczne retrospekcje przynoszą ulgę, podpowiadają kierunek działania, inspirują. Nawet kilka minut spędzonych z miłym wspomnieniem albo starą, lubianą piosenką może poprawić nastrój, zwiększyć poczucie przynależenia i sensu w życiu”. Z tej perspektywy nostalgia wydaje się całkiem sprytną strategią przetrwania, prawda?