Reklama

Muzykoterapia to mój ulubiony sposób na reset (nic dziwnego, skończyłam Akademię Muzyczną). Ma ona jednak problem wizerunkowy. Z jednej strony to poważna dyscyplina kliniczna z dekadami badań, z drugiej – określenie „terapia dźwiękiem” kojarzy się głównie z filmikami na TikToku, na których ktoś w białej tunice uderza w misy tybetańskie, obiecując wyrównanie czakr w 10 minut. A szkoda. Bo prawdziwa muzykoterapia potrafi rzeczy, przy których wellnessowi influ powinni zamilknąć.

Muzyka obniża poziom kortyzolu i poprawia jakość snu

Na przykład chorzy na parkinsona, którzy na co dzień poruszali się drobnymi, sztywnymi krokami, przy muzyce nagle szli płynnie, niemal tanecznym krokiem. Rytm „podkradał” funkcje uszkodzonych zwojów podstawy mózgu i dostarczał zewnętrznych sygnałów synchronizujących. Imponujące! Podobnie działa muzyka u osób po udarach. Pacjenci z afazją (niezdolni do wypowiedzenia najprostszych słów) potrafią śpiewać całe piosenki. Można uczyć ich na nowo mówić przez śpiew, który stopniowo przekształca się w mowę.

Metaanalizy publikowane m.in. w „The Lancet” pokazują, że muzyka rzeczywiście obniża poziom kortyzolu, zmniejsza odczuwanie bólu pooperacyjnego, poprawia jakość snu i redukuje objawy depresji i lęku.

ADHD-owcy często relaksują się przy muzyce, która u „normalnego” słuchacza spotęgowałaby tylko stres – szybkie tempo, ciężkie brzmienia, pozorny chaos. Ich mózg potrzebuje intensywniejszej stymulacji, żeby się uspokoić. Generalnie muzyka działa i z tym nie dyskutujemy, ale efekty dotyczą słuchania jej jako złożonego doświadczenia estetycznego. Nie pojedynczych częstotliwości, nie tonów o magicznych numerach 528 Hz. Terapeutyzuje nas nie pojedynczy dźwięk, tylko przeżycie – filharmonia, ciemność, bicie serca, oklaski. Ostatnio znalazłam w szufladzie stary kolaż, który zrobiłam w szczególnie paskudnym okresie życia. Wycinki z magazynów, kawałki map, bilety z podróży, które się nie udały. Pamiętam, że kleiłam to wszystko o trzeciej w nocy, płacząc. Efekt estetyczny? Wątpliwy. Terapeutyczny? Bezcenny. Następnego dnia po raz pierwszy od tygodni obudziłam się bez uczucia, że ktoś usiadł mi na klatce piersiowej.

Arteterapia uzdrawia i aktywuje obszary mózgu odpowiedzialne za regulację emocji

Arteterapia ma podobny problem, co muzykoterapia: z jednej strony to poważna dziedzina kliniczna, z drugiej – Instagram pełny jest postów o mandalach, które wyleczą twoją traumę z dzieciństwa. Między tymi dwoma biegunami istnieje jednak coś, co warto zbadać: zwykły, codzienny kontakt ze sztuką jako formę dbania o siebie. Bo dłonie wiedzą więcej niż głowa. Kiedy ostatnio robiłaś coś rękami (nie chodzi o klikanie ani scrollowanie)? Lepiłaś, malowałaś, wycinałaś, kleiłaś? Najczęstsza odpowiedź brzmi: dawno. I to problem, bo nasze dłonie są połączone z mózgiem w sposób, którego klawiatury i ekrany dotykowe nie zastępują. Badania z neurobiologii dowodzą, że ręczne tworzenie – czy to rzeźby z gliny, czy prostego kolażu z gazet – aktywuje obszary mózgu odpowiedzialne za regulację emocji, na poziomie jakiego nie zapewnia bierne oglądanie.

Gdy ugniatasz w dłoniach kawałek gliny na zajęciach z garncarstwa, twój układ nerwowy dostaje sygnał: jesteś tu i teraz, masz kontrolę.

Psycholog Mihály Csíkszentmihályi opisał stan flow – pełnego zanurzenia w czynności, kiedy czas przestaje istnieć, a wewnętrzny krytyk milknie. Jednak flow nie jest zarezerwowany dla zawodowców. Klucz tkwi w tym, żeby zadanie było wystarczająco absorbujące, ale nie przytłaczająco trudne. Dlatego kolorowanki dla dorosłych odniosły taki sukces – zero presji wyniku, pełna uwaga na proces.

W Kanadzie lekarze mogą wypisywać recepty na wizyty w muzeum. To nie żart. Montreal Museum of Fine Arts współpracuje z systemem ochrony zdrowia, oferując darmowe wejściówki pacjentom cierpiącym na depresję, zaburzenia lękowe i choroby przewlekłe.

Badania pokazują, że godzina w galerii obniża poziom kortyzolu porównywalnie do spaceru w parku. Ale nie musisz mieć recepty, żeby poczuć efekt. Wystarczy pójść na wystawę i naprawdę popatrzeć. Nie robić zdjęć na Instagram, nie sprawdzać telefonu. Stać przed obrazem na tyle długo, żeby zacząć zauważać rzeczy, których nie widzisz na pierwszy rzut oka. To forma medytacji dla ludzi, którzy nie znoszą siedzieć z zamkniętymi oczami. Największą przeszkodą w spontanicznym tworzeniu jest przekonanie, że efekt musi być ładny, że jeśli nie masz talentu, to po co w ogóle próbować? Nonsens, bo terapeutyczna wartość tworzenia nie ma nic wspólnego z estetyką. Możesz stworzyć coś obiektywnie paskudnego i poczuć się po tym cudownie. I o to w tym chodzi.

Reklama
Reklama
Reklama