Reklama

Randkowanie i tak bywa dziś sportem ekstremalnym: aplikacje, przebodźcowanie, lęk przed odrzuceniem, presja „idealnego dopasowania”. Do tej mieszanki dochodzi jeszcze jedna warstwa – lista rzeczy, które automatycznie wywołują w nas obrzydzenie, odrzut, natychmiastową utratę zainteresowania. W sieci nazwano je „icks”. W praktyce „ick” to wszystko, co w jednej chwili zabija chemię: sposób śmiania się, mlaskanie, buty, głos, sposób mówienia do innych ludzi. I choć samo słowo brzmi jak mem z TikToka, coraz częściej realnie wpływa na to, komu dajemy szansę na drugą randkę, a kto ląduje w kategorii „nigdy więcej”.

Co właściwie kryje się pod „ick”?

„Ick” w randkowym slangu oznacza drobny, często nie do końca racjonalny bodziec, który nagle sprawia, że ktoś przestaje być dla nas atrakcyjny. Nie chodzi o klasyczne czerwone flagi typu przemoc, pogarda czy notoryczne kłamstwa. To raczej mikrodetale, które uderzają w nasze osobiste „fuj”. Reakcja bywa bardzo fizyczna: nagła irytacja, wstyd, lekkie obrzydzenie, chęć odsunięcia się. Dla wielu osób to bardziej odruch ciała niż przemyślana decyzja. Pojawia się często na początku znajomości, gdy dopiero poznajemy czyjeś nawyki i mikrogesty. Choć termin „the ick” rozkwitł w ustach Gen Z i milenialsów, sama idea wcale nie jest nowa. Pod koniec lat 90. główna bohaterka „Ally McBeal” tak właśnie opisywała moment, w którym orientuje się, że z kimś „po prostu nie wyjdzie”. To „coś” trudno nazwać, ale wiadomo, że czar prysł.

Co trafia na nasze listy „icks”?

Każdy ma swoją prywatną topkę, ale pewne motywy wracają z zaskakującą regularnością. Gdy zapytać kobiety o „ick” u facetów, w pierwszej kolejności pojawiają się rzeczy z kategorii higieny i szacunku: nieświeży oddech, zaniedbanie, sposób traktowania osób pracujących w usługach, komentowanie innych kobiet, brak kultury przy stole. Do tego dochodzą drobiazgi z pogranicza estetyki i snobizmu: zbyt obcisłe spodnie, brzydkie tatuaże, klaskanie po lądowaniu samolotu, błędy językowe, nieumiejętne wymawianie nazwisk znanych osób. Tiktokowe wyznania idą jeszcze dalej: ktoś rezygnuje z dalszego poznawania faceta, bo ten zamówił frappuccino zamiast czarnej kawy. Z jednej strony to zabawne – wspólne śmianie się z cudzych „fuj” ma w sobie coś oczyszczającego. Z drugiej, kiedy te listy zaczynają realnie decydować o tym, kogo skreślamy, a komu dajemy szansę, warto się zatrzymać. Czy naprawdę związek przekreśla napój, tatuaż albo to, jak ktoś chodzi?

Kiedy „ick” udaje czerwoną flagę?

Gdzie leży granica między niewinnym „nie moje klimaty” a niebezpieczną nietolerancją na czyjeś dziwactwa i słabości? Coraz częściej to, co jest tylko osobistą niechęcią, urasta do rangi poważnego sygnału alarmowego. Badania pokazują, że prawie połowa badanych singli i osób w związkach przyznaje się do rozstania z powodu „obrzydzenia”. Nie chodzi tu o poważne uchybienia, ale właśnie o odrzut na konkretną cechę czy zachowanie. Eksperci randkowi zauważają, że świat aplikacji, z teoretycznie nieograniczoną pulą potencjalnych partnerów, wzmacnia w nas poczucie, że możemy (a wręcz powinniśmy) być bardzo wybredni. Z jednej strony jest w tym coś zdrowego: świadomość granic, brak zgody na brak szacunku czy zapuszczenie siebie. Z drugiej, filtrujemy innych coraz częściej przez pryzmat wizerunku, trendów i własnego lęku przed oceną. Deklarujemy, że chcemy wrażliwych facetów, którzy mówią o uczuciach, ale jednocześnie odrzucamy tych, którzy płaczą, boją się os albo mają „zły” głos czy ubranie. Stare stereotypy płci potrafią się nieźle ukryć pod nowymi słówkami. Bywa też tak, że „ick” działa jak wygodne usprawiedliwienie. Nie czujemy chemii, ale zamiast przyznać: „Po prostu nie kliknęło”, przypinamy komuś łatkę: „Złe spodnie, dramat”. To pozwala uniknąć konfrontacji z własnym lękiem przed bliskością albo zwyczajnym brakiem zainteresowania.

Skąd ten „ick” w ogóle się bierze?

Część badaczy widzi w „ick” ślad dawnych, ewolucyjnych filtrów. Drobne sygnały, sposób poruszania się, mowa, zapach, stosunek do otoczenia, kiedyś mogły wskazywać na zdrowie, status, bezpieczeństwo, szansę na dobre geny dla potomstwa. Nasz mózg nadal może podprogowo reagować na to, co uznaje za „niepasujące” do tego wzorca, nawet jeśli świadomie się do tego nie przyznamy. Inni wskazują na jeszcze jedno źródło: własny wstyd i kompleksy. Czasem najbardziej odpycha nas w innych to, czego nie akceptujemy w sobie – nieporadność, nadwrażliwość, brak obycia. Wtedy „ick” jest w istocie projekcją: zamiast zmierzyć się z własną niepewnością, odpychamy od siebie to, co nam ją przypomina. Psychologowie zwracają też uwagę, że w kulturze dążenia do perfekcyjnej wersji siebie bardzo trudno znieść cudzą „niedoskonałość”. Skoro poświęcamy tyle energii na dopracowanie własnego wizerunku, łatwiej irytują nas czyjeś niedociągnięcia – nawet jeśli obiektywnie są błahostką.

Oczywiście czasem „ick” naprawdę jest tylko czystym „nie”. Działanie feromonów, chemii, skojarzenie z kimś z przeszłości, kto nas zranił. Zdarza się, że mimo najszczerszych starań po prostu nie jesteśmy w stanie kogoś polubić. Sztuką jest odróżnić, kiedy to ważna informacja, a kiedy odruch, który bardziej mówi o nas niż o tej drugiej osobie.

Walczyć z „ickiem” czy mu ufać?

Nie chodzi o to, żeby na siłę zagłuszać swoje odczucia. Raczej o to, by w krytycznym momencie zadać sobie kilka uczciwych pytań. Na przykład:

  • Na ile ta cecha naprawdę wpływa na moje życie i relację, a na ile jest kwestią estetyczną lub snobistyczną?
  • Czy to jednorazowa sytuacja, czy powtarzający się wzorzec zachowania?
  • Czy moje „fuj” dotyczy rzeczywiście tej osoby, czy może uruchamia mój lęk przed bliskością, oceną, utratą kontroli nad własnym idealnym obrazem?

Bywa, że wystarczy dać sobie trochę czasu. Początkowy dyskomfort mija, kiedy lepiej poznajemy człowieka, za jego manierami i wpadkami zaczynamy widzieć poczucie humoru, czułość, spójność wartości. Czasem jednak „ick” nie odpuszcza, tylko się pogłębia. Wtedy bywa cenną informacją, że po prostu się rozjeżdżacie i nie ma sensu tego na siłę ciągnąć. Warto też pamiętać, że współczesna kultura mocno dopieszcza nasz perfekcjonizm. Wymyślamy coraz więcej kryteriów: styl, wizerunek, dopasowanie do „feedu”, wspólny lifestyle. Tymczasem prawdziwe relacje rzadko mieszczą się w wymuskanych ramkach. Zawsze będzie coś, co uwiera, zawstydza, irytuje. Pytanie, czy to cegiełka w większej całości, którą chcemy budować, czy drobiazg, który po prostu trzeba zaakceptować lub o którym można szczerze porozmawiać.

Dlaczego warto czasem przejść przez „fuj”?

Ludzki mózg z natury silniej reaguje na negatywy niż na pozytywy. To, co nas drażni, często waży więcej niż to, co fascynuje. Świadomość tej tendencji może być zbawienna. Można wtedy potraktować „ick” nie jako wyrok, ale jako sygnał: „tu coś mnie dotyka, warto się temu przyjrzeć”. Odrzucanie ludzi z błahych powodów sprzyja samotności i poczuciu, że „wszyscy są beznadziejni”. Łatwo zapomnieć, że my sami też jesteśmy miksem zalet, wad, dziwnych nawyków i rzeczy, za które ktoś inny mógłby nas skreślić po pięciu minutach. A jednak chcemy, by ktoś zobaczył trochę więcej niż to, że gryziemy paznokcie czy robimy niezręczne żarty. „Icki” mogą być lustrem naszych lęków, uprzedzeń i kompleksów. Jeśli naprawdę zależy nam na relacjach, czasem trzeba przez nie przejść: zmierzyć się z zażenowaniem, irytacją, dyskomfortem. Po drugiej stronie bardzo często czeka coś, co w czasach niekończącego się scrollowania staje się luksusem – prawdziwe spotkanie drugiego człowieka, nie tylko jego „opakowania”.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...