Reklama

W profilach randkowych wszystko się zgadza. Idealne światło, dopracowane kadry, imponująca praca, zdjęcia z egzotycznych wyjazdów. Na żywo już mniej: inna twarz, inne ciało, zupełnie inna historia zawodowa. Ten rozdźwięk między wizerunkiem z aplikacji a prawdziwym człowiekiem ma dziś swoją nazwę. To kittenfishing. To nie pełnowymiarowe „catfishowanie”, w którym ktoś podszywa się pod zupełnie obcą osobę, a bardziej codzienna, masowa wersja: ulepszanie siebie na tyle, by zdobyć jak najwięcej „punktów” u potencjalnych partnerów. I choć wydaje się to niewinne, skutki dla randkowej rzeczywistości są coraz bardziej odczuwalne.

Kittenfishing wygląda niewinnie, ale może zepsuć randkowanie

Kittenfishing opiera się na prostym mechanizmie. Chodzi o stworzenie takiej wersji siebie na portalu randkowym, która maksymalnie przyciągnie uwagę i zapewni wejście do gry, czyli pierwszą randkę. To tak naprawdę miks filtrów, podkręconych opisów i kreatywnej edycji faktów. Seksuolog i psychoterapeuta Andrzej Gryżewski zwraca uwagę, że żyjemy w kulturze reklamy, gdzie wszystko podlega „opakowaniu”. Ten sam model przenosi się na aplikacje randkowe. Profil staje się kampanią promocyjną, a my własnym produktem. Media społecznościowe premiują sukces i atrakcyjność. W tle jest presja, by udowodnić, że nasze życie jest barwne, pełne pasji i osiągnięć. Budowanie takiej narracji służy nie tylko zwabieniu kogoś na spotkanie. To także sposób na podreperowanie kruchej samooceny. Własne odbicie w lustrze często nie odpowiada temu, jak chcemy się widzieć. Profil na Tinderze czy Instagramie pozwala stworzyć alternatywną wersję siebie, w której jesteśmy bardziej błyskotliwi, odważniejsi, zaradniejsi i oczywiście atrakcyjniejsi fizycznie.

Święta trójca Tindera: wiek, waga, wzrost

W gabinecie terapeutów od lat przewija się ten sam motyw: randka z aplikacji kończy się mniejszym lub większym szokiem. Osoba, którą ktoś widział na zdjęciach, wydaje się wręcz kimś innym. Gryżewski opisuje, że zestaw najpopularniejszych „poprawek” niemal się nie zmienia. Po pierwsze wiek. Odejmowanie sobie kilku lat w aplikacjach stało się normą. Po drugie waga - profile często pokazują sylwetkę sprzed kilku sezonów, z dawno minionych wakacji, kiedy autor profilu czuł się w swoim ciele lepiej. Po trzecie wzrost, który w opisach lubi magicznie rosnąć o kilka centymetrów. Ten pakiet ekspert nazywa „świętą trójcą Tindera”. Do tego dochodzi jeszcze upiększanie twarzy i całej postaci. Filtry wygładzają skórę, modelują rysy, zmieniają proporcje. Zdjęcia wybiera się tak, aby jak najbardziej sprzyjały iluzji. Najczęściej z okresów, kiedy było się w lepszej formie albo z korzystnego kąta, który ukrywa to, czego się w sobie nie lubi.

Od filtrów do stocków: gdy cudza twarz staje się „moją”

Kittenfishing nie kończy się na subtelnym retuszu czy lekkiej korekcie wieku. Część osób idzie o krok dalej i po prostu pożycza sobie cudzy wizerunek. Gryżewski przywołuje pacjentów, którzy zakładając konto randkowe, przeszukują internet w poszukiwaniu zdjęć z reklam koszul, garniturów czy okularów. Wybierają modela, który ucieleśnia ich idealne „ja”, zapisują fotografie i dodają do własnego profilu. Domyślnie to oni są tym uśmiechniętym mężczyzną w idealnie skrojonym garniturze. Wyjaśnienia przygotowane są z góry. Na pytanie o zdjęcia padają historie o wykupionych sesjach, urodzinowych prezentach, chęci zachowania anonimowości. Do tego dochodzi argument o wysokim stanowisku czy pozycji w branży, która rzekomo nie pozwala na otwarte korzystanie z Tindera. Całość ma brzmieć logicznie i odwrócić uwagę od faktu, że podstawą kontaktu jest kłamstwo.

Kolorowe CV, szary etat: kittenfishing w wersji zawodowej

Kittenfishing dotyka też sfery zawodowej. Profil randkowy staje się mini-CV, które ma zaimponować. Zawyżone zarobki, podrasowane stanowiska, opowieści o spektakularnej karierze - to wszystko element tej samej gry. Gryżewski opowiada o pacjentce, która każdemu nowemu partnerowi konsekwentnie przedstawiała się jako osoba na wysokim stanowisku. W jej narracji była kimś ważnym w firmowej hierarchii. Rzeczywistość wyglądała inaczej: była szeregową pracownicą, na najniższej stawce, z nadgodzinami. Tego typu historie często mają swoje źródło w biografii. W oczekiwaniach rodziców, którzy obiecywali, że wyjazd do dużego miasta będzie przepustką do sukcesu. W przekonaniu, że „powinno się” już dawno osiągnąć więcej. Kittenfishing staje się wtedy próbą nadgonienia własnych marzeń.

Iluzja, która potrafi trwać latami

Z zewnątrz mogłoby się wydawać, że takie ubarwienia szybko wychodzą na jaw. W praktyce iluzoryczna narracja potrafi trwać zaskakująco długo. Jedna z historii przywoływanych przez Gryżewskiego dotyczy kobiety, która przez cztery lata była w związku z mężczyzną przedstawiającym się jako majętny i „ustawiony”. Dopiero po długim czasie okazało się, że w rzeczywistości jest bezrobotny, a pieniądze pożycza od rodziny i znajomych. Internet daje ogromne pole do rozciągania takich opowieści. Łatwo stworzyć wrażenie dostatku kilkoma dobrze dobranymi zdjęciami i starannie skonstruowanymi postami. Media społecznościowe promują historie sukcesu, więc presja, by nie odstawać, jest silna. Na tym tle kittenfishing wyrasta na mechanizm obronny: ma ukryć brak, porażkę, niepewność.

Dlaczego wierzymy w te bajki?

Paradoks polega na tym, że większość osób ma świadomość, że Instagram i Tinder to mocno wykreowane przestrzenie. A mimo to nadal dajemy się wciągać w te narracje. Gryżewski porównuje to do pornografii. Mimo że funkcjonuje ona od lat i wiadomo, że pokazuje świat kompletnie oderwany od codziennej seksualności, wielu ludzi traktuje ją jak punkt odniesienia. Wierzą w scenariusze, które oglądają, a potem doświadczają frustracji i problemów w realnym życiu intymnym. Z mediami społecznościowymi jest podobnie, z tą różnicą, że ich intensywny rozwój to ostatnie kilka, kilkanaście lat. Za mało czasu, by wykształcić powszechny, głęboki sceptycyzm. Wciąż brakuje nawyku, żeby odruchowo traktować profil w sieci jak reklamę, a nie dokument. Do tego dochodzi zwykła ludzka potrzeba wiary w dobre historie. Chcemy, żeby osoba po drugiej stronie była tak ciekawa, jak wygląda na ekranie. Łatwiej wtedy przymknąć oko na drobne nieścisłości i uwierzyć, że tym razem obrazek pokrywa się z rzeczywistością.

Co kittenfishing robi relacjom?

Sam termin „kittenfishing” brzmi lekko, prawie uroczo. Podobnie jak wiele innych nowych określeń w psychologii czy polityce, które rozmywają ostre krawędzie starych słów. Zamiast „kłamstwa” mówimy „fake news”, zamiast „perwersji” - „parafilia”. Nazwy stają się bardziej neutralne, ale problem za nimi stojący wcale nie znika. W praktyce budowanie wizerunku na małych i większych kłamstwach jest słabym fundamentem dla czegokolwiek trwałego. Relacja startuje z deficytem zaufania, nawet jeśli na początku nikt go jeszcze świadomie nie czuje. Gdy prawda wypływa, a prędzej czy później tak się dzieje, pojawia się rozczarowanie, złość, poczucie bycia oszukanym. Dla osoby, która kittenfishing stosuje, może to oznaczać również uderzenie rykoszetem. Ucieczka w iluzję nie rozwiązuje bazowych problemów z samooceną czy życiową sytuacją. Z czasem rozdźwięk między wersją online a codziennością robi się trudny do udźwignięcia.

Jak nie dać się złowić i nie zostać oszukanym?

Aktualnie świat potrzebuje nowych filtrów. Nie tych wygładzających twarz, ale tych, które pomagają odróżnić realną osobę od starannie dobranego zestawu kadrów i opisów. Jedną z najprostszych strategii jest jak najszybsze przenoszenie znajomości do bardziej „żywego” kontaktu. Wideorozmowa, rozmowa telefoniczna, spotkanie w realnej przestrzeni - to momenty, w których iluzja ma zdecydowanie mniej pola manewru. Trudniej wtedy utrzymać narrację zbudowaną na stockowych zdjęciach i podkolorowanym życiorysie. Drugim elementem jest wewnętrzny „detektor reklamy”. Świadomość, że profil randkowy zawsze będzie selekcją, a nie pełnym obrazem. Im bardziej idealnie wygląda czyjeś życie w sieci, tym większy powód, by zapytać wprost o zwyczajną codzienność. Kittenfishing nie zniknie z dnia na dzień. Zbyt mocno dotyka naszych pragnień, lęków i potrzeb. Możemy jednak nauczyć się widzieć je wyraźniej: zarówno u innych, jak i u siebie. Bo tam, gdzie od początku jest miejsce na autentyczność, również z jej mniej „instagramową” stroną, szansa na naprawdę dobrą relację jest wciąż większa niż w najpiękniejszej, ale jednak tylko internetowej bajce.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...