Reklama

Matematyka rzadko pojawia się w walentynkowych narracjach. Bardziej pasuje do sal wykładowych niż do kawiarnianych stolików. Tymczasem coraz więcej badań pokazuje, że liczby potrafią pomóc nie tylko przy inżynierskich projektach, lecz także przy bardzo ludzkich dylematach: jak szukać partnera, kiedy przestać szukać dalej i co w parze zmniejsza ryzyko rozwodu. Alicja Rachwał z Katedry Inteligencji Obliczeniowej Politechniki Lubelskiej przypomina kilka głośnych przykładów, w których abstrakcyjne z pozoru równania dostały bardzo konkretny, „miłosny” kontekst. Od wzoru stworzonego pierwotnie do szacowania szans na obce cywilizacje po algorytm dobierający małżeństwa, a nawet model opisujący małżeńskie sprzeczki.

Od kosmitów do dziewczyny z Londynu

Punktem wyjścia jest tu słynne równanie Drake’a, stworzone w latach 60. do określenia prawdopodobieństwa istnienia rozwiniętych cywilizacji w naszej Galaktyce. Uwzględnia liczbę gwiazd, odsetek tych z planetami, szanse na powstanie życia i inteligencji. Z jego pomocą oszacowano, że szansa na spotkanie takich istot wynosi około 0,0000003 procent. Brytyjski student ekonomii Peter Backus postanowił kiedyś podejść podobnie do własnego życia uczuciowego. Zamiast astrofizycznych parametrów wstawił do równania dane o liczbie kobiet w Londynie i kilka ważnych dla siebie kryteriów: wiek, poziom wykształcenia, wspólne zainteresowania. Po przefiltrowaniu statystyk okazało się, że w całym mieście spełnia jego wymagania… 26 kobiet. Przeliczone na prawdopodobieństwo dawało to około 0,0000034 procent szans na spotkanie „tej jedynej” – tylko stukrotnie więcej niż wynik znany z równania Drake’a. Na papierze brzmiało to niemal groteskowo pesymistycznie. Mimo to dwa lata po opublikowaniu swoich obliczeń Backus poznał partnerkę, która wpisywała się w przyjęte przez niego parametry, a później została jego żoną. Po fakcie przyznał, że kluczowe było nie tylko liczenie, ale i to, że zaczął częściej bywać w miejscach, gdzie zbierają się osoby o podobnych zainteresowaniach.

Algorytm, który układa pary

Inny klasyczny przykład to algorytm Gale’a–Shapleya. Powstał w latach 60. XX wieku i początkowo służył do rozwiązywania problemu tzw. stabilnego skojarzenia – trzeba było sparować ze sobą dwa zbiory elementów (np. studentów i uczelnie) tak, aby żadna z potencjalnych par nie wolała siebie nawzajem bardziej niż obecnego przydziału. W praktyce algorytm wykorzystano m.in. w Stanach Zjednoczonych do dopasowywania lekarzy–rezydentów do szpitali. Każda ze stron tworzy własną listę preferencji, a algorytm krok po kroku prowadzi do takiego rozdziału, przy którym nikt nie czuje się „zostawiony z gorszą opcją, mimo że lepsza go chciała”. Alicja Rachwał przypomina, że tę samą logikę można przenieść na grunt matrymonialny. Wyobraźmy sobie prostą wersję: trzy kobiety i trzech mężczyzn, każdy z własnym rankingiem atrakcyjności potencjalnych partnerów. Algorytm pyta kolejne osoby o ich pierwsze wybory, a potem sprawdza, czy istnieje możliwość ułożenia „stabilnych” par, w których nikt nie marzy o tym, by zamienić obecnego partnera na kogoś z listy wyżej, kto również miałby go wysoko. Z obserwacji wynika, że w uprzywilejowanej pozycji są ci, którzy aktywnie wychodzą z inicjatywą, zaczynając od góry swojej listy. To ich preferencje są realizowane w większym stopniu. Ci, którzy czekają, aż ktoś im coś zaproponuje, częściej kończą z partnerem z dalszych miejsc własnego rankingu. Matematyczny wniosek z tego bardzo dobrze pokrywa się z codzienną intuicją: opłaca się nie tylko „mieć typ”, ale też świadomie go szukać, zamiast biernie czekać, kto pierwszy zapuka do drzwi.

„Problem sekretarki” i najlepszy moment na „to ten”

Kolejne narzędzie, które zyskało drugie życie w kontekście relacji, to tzw. „problem sekretarki”. W wersji pierwotnej dotyczył on sytuacji, w której pracodawca ma skończoną liczbę kandydatek do pracy i musi podjąć decyzję na bieżąco: po każdym przesłuchaniu albo przyjmuje daną osobę, albo odrzuca i nie może już do niej wrócić. Pytanie brzmiało, jaka strategia maksymalizuje szansę na wybór najlepszej możliwej kandydatki. Zastosowany tu rachunek prawdopodobieństwa podpowiada zaskakująco konkretną odpowiedź. Najpierw trzeba oszacować, ilu partnerów realnie możemy w życiu poznać i wejść z nimi w bliższą relację. Następnie warto traktować pierwszych około 37 procent z nich jako „próbki”. Chodzi o to, by ich świadomie odrzucić, jednocześnie ucząc się na ich przykładzie, czego naprawdę szukamy. Kiedy ten etap „testowania” się kończy, model sugeruje prostą zasadę: wybrać pierwszą następną osobę, która jest lepsza od wszystkich dotychczasowych partnerów. Jeśli ktoś zakłada, że w życiu ma przestrzeń na 10 poważniejszych relacji, matematyczna strategia brzmi: spotkaj się z trzema, nie wiąż się z żadnym na stałe, a potem zdecyduj się na pierwszą osobę, która przebije dotychczasowe doświadczenia. To oczywiście model mocno uproszczony w stosunku do realnego życia, w którym ludzie nie są wymienni jak kandydatki na stanowisko i nie pojawiają się w idealnie policzalnej liczbie. Sama idea pozwala jednak zobaczyć coś ważnego: ciągłe przestawianie wzroku na „kogoś jeszcze lepszego” ma bardzo wyraźny koszt. W pewnym momencie trzeba uznać, że wystarczająco dobry partner to ktoś konkretny, a nie wiecznie odsuwana w czasie abstrakcja.

Równanie na kłótnię, czyli dlaczego częste sprzeczki czasem ratują małżeństwo

Matematycy i psychologowie sięgnęli też po równania, gdy próbowali odpowiedzieć na pytanie, dlaczego jedne małżeństwa się rozpadają, a inne przechodzą przez kryzysy i trwają dalej. W badaniach, o których mówi Alicja Rachwał, pary zapraszano do udziału w kontrolowanym konflikcie. Partnerzy rozmawiali o temacie, który w ich związku wywołuje napięcie, a badacze szczegółowo kodowali pojawiające się emocje: wsparcie, złość, obronność, wycofanie. Na tej podstawie powstały równania opisujące dynamikę reakcji każdej z osób. Kluczowy okazał się tzw. próg negatywności, czyli punkt, od którego para zaczyna naprawdę emocjonalnie reagować na problem. Intuicja podpowiadałaby, że to małżeństwa „z grubszą skórą”, które dłużej ignorują drobiazgi i nie przejmują się małymi zgrzytami, mają lepsze rokowania. Wyniki zaskoczyły. Okazało się, że niższy próg negatywności, czyli wrażliwość na stosunkowo małe sygnały, częściej wiązał się z mniejszym ryzykiem rozwodu. Pary, które szybciej „łapały się” na tym, że coś im nie pasuje i wchodziły w otwarty spór przy mniejszych problemach, miały więcej szans na przepracowanie napięć na bieżąco. Te z wysokim progiem negatywności często zamiatały drobne sprawy pod dywan, pozwalając im narastać, aż kończyło się gwałtowną eskalacją. Wnioski z tych badań są proste, choć mało romantyczne. Kłótnia sama w sobie nie jest miarą porażki, lecz czasem formą higieny relacji. Matematyczne modele jedynie potwierdziły to, co terapeuci par obserwują od lat: lepiej wejść w spór przy małej sprawie, niż milczeć latami, aż problem urośnie do rangi powodu do rozstania.

Miłość a liczby: nie konkurencja, lecz dodatkowe narzędzie

Równania nie zastąpią intuicji, empatii ani pracy nad sobą w związku. Mogą jednak uporządkować nasze wyobrażenia o tym, jak naprawdę działają szanse, wybory i konflikty. Modele takie jak równanie Backusa, algorytm Gale’a–Shapleya czy „problem sekretarki” nie mówią, kogo masz pokochać. Pokazują raczej, jakie strategie w długim dystansie sprzyjają lepszym decyzjom. Badania nad progiem negatywności nie każą każdej parze codziennie się spierać. Uświadamiają po prostu, że unikanie wszelkich napięć w imię „świętego spokoju” wcale nie musi chronić przed rozwodem. A w dzień zakochanych przypominają, że za naszymi „sercowymi historiami” często stoją bardzo konkretne mechanizmy, które da się opisać nie tylko słowami, ale i równaniami.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...