Reklama

Pierwszą naprawdę dobrą decyzją w dorosłym życiu było dla mnie zakończenie toksycznego związku. Dziś wiem, że nie chodziło o jedną kłótnię, jeden incydent czy „gorszy okres”, tylko o całą układankę zachowań, które z czasem zaczęły mnie łamać. Paradoksalnie pomogło mi to, że miałam niezależność finansową, a obok siebie ludzi, którzy nie odwrócili się ode mnie: rodziców i przyjaciółki. Dopiero ponad dwa lata po rozstaniu potrafię nazwać to bez wahania: byłam z kimś, kto owinął mnie sobie wokół palca i po prostu mnie zniszczył. I choć ta relacja była daleka od jakiegokolwiek ideału, to ta jedna rzecz okazała się dla mnie najtrudniejsza do przepracowania.

Jak wyglądał mój toksyczny związek?

Toksyczny związek nie ma jednej, uniwersalnej definicji. Dla mnie to była mieszanka braku szacunku, kontroli i manipulacji, podszyta ciągłym podważaniem tego, kim jestem. Mój były partner miał ogromny problem z tym, że chcę spotykać się ze znajomymi. Gdy z kolei proponowałam, żebyśmy wyszli gdzieś razem, nagle nie było chęci ani energii. Najbardziej pasowało mu, gdy spędzaliśmy czas w domu i na jego zasadach. Z czasem zauważyłam, że nie chodzi wyłącznie o koleżanki i kolegów. Zaczęło się też ograniczanie kontaktów z rodzicami. Podsuwał mi myśli, które nastawiały mnie przeciwko nim, a ja łapałam się na tym, że zaczynam wątpić w ich intencje. Do tego dochodziły próby wpływania na mój wygląd i zachowanie: co noszę, jak się czeszę, jak się maluję, jak mam się zachowywać. Niemiłe komentarze o wyglądzie pojawiały się niemal bez przerwy, a kiedy zrobiłam coś nie po jego myśli, mogłam spodziewać się klasycznej dramy.

Sygnały, które wtedy bagatelizowałam

Patrząc wstecz, widzę, że ostrzegawczych lampek było sporo, tylko ja robiłam wszystko, żeby je przygasić. Łatwo było wmówić sobie, że to zazdrość, troska albo „taki charakter”. W praktyce wyglądało to tak:

  • izolowanie mnie od bliskich i podważanie ich znaczenia,
  • krytykowanie wyglądu i drobnych decyzji, aż przestałam ufać sobie,
  • tworzenie napięcia, w którym lepiej było nie wychylać się z własnym zdaniem,
  • stawianie mnie w pozycji osoby „problematycznej”, gdy próbowałam stawiać granice.

Toksyczny związek — najgorsze nie były kłótnie, tylko to, co stało się ze mną

Brzmi mocno, ale najgorsze nie było to, że czasem bywało trudno. Najbardziej wyniszczające okazało się coś innego: mój ówczesny chłopak praktycznie zrównał z ziemią moją pewność siebie. Spadła do zera. Przestałam wierzyć w siebie w jakimkolwiek obszarze: w urodę, inteligencję, kompetencje, poczucie humoru. W głowie miałam jedno: „jestem bezwartościowa”. I zamiast uciekać, tkwiłam w tym prawie cztery lata. Najbardziej wstydzę się dziś tego, jak łatwo przyszło mi dziękować mu za to, że w ogóle ze mną jest. Myślałam wtedy: Przecież mógłby znaleźć sobie kogoś lepszego, powinnam cieszyć się, że wybrał jednak mnie, to musi być miłość – i traktowałam to, jak argument za zostaniem. Siebie widziałam jako osobę, która nie zasługuje na nic więcej. To jest przerażające, bo nie dzieje się z dnia na dzień. To raczej powolny proces, w którym codziennie odrobinkę rezygnujesz z siebie, aż w końcu nie poznajesz własnych myśli.

Dlaczego tak trudno odejść? To pomogło mi zakończyć toksyczny związek

Kiedy pewność siebie znika, znika też sprawczość. W toksycznej relacji można dojść do punktu, w którym nie rozważa się odejścia, tylko zastanawia się, jak „nie prowokować” i jak „być lepszą”, żeby zasłużyć na spokój. Wtedy nawet przykre słowa zaczynają brzmieć jak prawda, a samotność po rozstaniu wydaje się straszniejsza niż życie w ciągłym napięciu. Do dziś mam ciarki, kiedy przypominam sobie, że tak wyglądało moje życie po dwudziestce. Pomogła mi terapia, na którą poszłam z zupełnie innego powodu. Dopiero regularna praca z profesjonalistką sprawiła, że zaczęłam wracać do siebie, a nie do kolejnych prób „naprawiania” relacji. W pewnym momencie poczułam, że przytulam tę małą, zagubioną dziewczynkę we mnie i wreszcie daję jej opiekę. Zajęłam się sobą. Zaczęłam stawiać własne dobro na pierwszym miejscu. I w końcu uwierzyłam w siebie. To właśnie ta odbudowana wiara w siebie dała mi siłę, żeby odejść. Po rozstaniu poczułam ulgę, która była wręcz fizyczna: mogłam oddychać normalnie. Miałam wrażenie, że wracam do życia, a nie tylko „trwam”.

Jeśli jesteś w podobnej sytuacji, zwróć uwagę na te rzeczy. Mogą cię uratować!

Nie ma jednego scenariusza, ale są rzeczy, które realnie zwiększają bezpieczeństwo i szanse na wyjście z toksycznej relacji. U mnie zadziałały szczególnie:

  1. Powiedzenie o sytuacji zaufanym osobom (rodzina, przyjaciółki), bez upiększania i usprawiedliwiania.
  2. Sprawdzenie swojej niezależności finansowej i przygotowanie planu: gdzie zamieszkam, jakie mam koszty, co mogę zrobić od razu.
  3. Wsparcie terapeutyczne, które pomaga odzyskać siebie i rozpoznać mechanizmy kontroli.
  4. Zgoda na to, że będzie trudno, ale nie znaczy to, że źle — czasem trudność bywa zbawieniem.

Dziś wiem jedno: zakończenie tej relacji nie było porażką. Było odzyskaniem siebie.

Reklama
Reklama
Reklama