Reklama

Popularne w sieci słowo „groundhogging” odwołuje się do filmu „Dzień świstaka”, w którym bohater codziennie przeżywa ten sam dzień. W relacjach romantycznych ten scenariusz przypomina zakochiwanie się wciąż w tym samym typie mężczyzny, choć związek za każdym razem kończy się podobnym rozczarowaniem. Zmienią się imiona, miejsca poznania, a nawet styl życia partnerów, lecz emocjonalny finał pozostaje zaskakująco znajomy. Internetowe etykietki, takie jak „groundhogging”, upraszczają złożone procesy psychiczne, choć jednocześnie pomagają je w ogóle dostrzec. Mechanizm powtarzania destrukcyjnych wyborów w miłości nie jest nowy. Nowością jest raczej język, którym zaczyna być opisywany, oraz większa odwaga młodszych pokoleń, by mówić o tym wprost.

Po co nazywać coś, co istniało od zawsze?

Zjawiska takie jak ghosting, love bombing czy właśnie groundhogging istniały na długo przed erą aplikacji randkowych. Różnica polega na tym, że dziś dostają konkretne nazwy oraz stają się częścią publicznej rozmowy. Samo nadanie nazwy obniża lęk. To, co wcześniej było tylko niejasnym dyskomfortem, nagle można opisać, nazwać, porównać z doświadczeniem innych. Ten język odsłania również pewną lukę w dialogu międzypokoleniowym. Wiele młodych osób dopiero teraz uświadamia sobie mechanizmy, z którymi ich matki czy babki zmagały się po cichu, często bez słów, by je nazwać. Jednocześnie modne hasła niosą w sobie ryzyko spłycenia. Pod powierzchowną etykietą „randkowego Dnia świstaka” może kryć się historia przemocy domowej, dorastania w cieniu uzależnienia czy wieloletniego emocjonalnego zaniedbania. Wtedy mowa już nie o tiktoku, lecz o głęboko zakorzenionych schematach.

Schemat jako „bezpieczne więzienie”

Powtarzanie znanych wzorców zachowania, nawet jeśli są destrukcyjne, daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Umysł wybiera to, co przewidywalne. Nawet jeśli przewidywalne oznacza ból. Zjawisko „zawsze trafiam na ten sam typ faceta” rzadko ogranicza się wyłącznie do sfery miłosnej. Często podobny mechanizm można zobaczyć w innych obszarach: w pracy, przyjaźniach, relacjach rodzinnych. Znane bywa mylone z bezpiecznym. To stara matryca, w której wiadomo, jak się poruszać, jakie sygnały zwiastują konflikt, co zapowiada „dobry” i „zły” dzień. Im bardziej dzieciństwo było pełne napięcia, tym silniejsza może być później potrzeba odtwarzania tego napięcia w dorosłym życiu. Paradoks polega na tym, że podwyższony poziom stresu zaczyna być odbierany jako coś swojskiego. I właśnie wtedy łatwo nazwać go „chemią”.

Zakochanie w traumie, nie w człowieku

W mediach społecznościowych coraz częściej powtarza się hasło, że ludzie zakochują się nie tyle w drugiej osobie, ile w swojej traumie. To uproszczenie, ale trafnie wskazuje kierunek. Osoba, która dorastała w otoczeniu przemocy, chłodu emocjonalnego lub uzależnienia, później nieświadomie szuka partnerów, którzy w jakimś stopniu odtwarzają tamten klimat. Nie zawsze będzie to dosłownie alkoholik czy agresor. Czasem wystarczy emocjonalna niedostępność, ciągłe balansowanie na krawędzi lub specyficzna mieszanka dystansu i przyciągania. Podobnie działa powracanie do tego samego, toksycznego partnera, choć rozum podpowiada, że związek jest dewastujący. Psychicznie może to przypominać próbę „dogrania od nowa” starej historii. Pojawia się nadzieja, że tym razem zakończenie będzie inne. Że teraz uda się naprawić partnera albo wreszcie „zasłużyć” na jego miłość. W tle działa znajomość dawnego schematu rodzinnego, często wyuczona w domu: wyczuwanie nastrojów pijącego rodzica, odgadywanie, kiedy wybuchnie agresja, a kiedy będzie chwilowe „okno spokoju”. To doświadczenie przyzwyczaja do emocjonalnej huśtawki, którą dorosły umysł potrafi pomylić z namiętnością.

„Chemia” jako sygnał, nie kompas

Popularny motyw „chemii” jest masowo romantyzowany przez kino, seriale i popkulturę. Narracje o miłości od pierwszego wejrzenia skupiają się na iskrach, fajerwerkach i spektakularnym początku relacji. Rzadko pokazują kolejne lata życia tych samych bohaterów, ich dojrzałe wybory, codzienne rozmowy o finansach, chorobach, kryzysach. Uczucie intensywnego przyciągania samo w sobie nie jest niczym złym. Problem pojawia się wtedy, gdy chemia staje się jedynym kryterium wyboru partnera. Jeśli silne emocje pojawiają się wyłącznie przy osobach niedostępnych, ambiwalentnych, skłonnych do raniących zachowań, to warto potraktować je jak sygnał alarmowy. Pytanie nie brzmi wtedy „czy jest chemia”, tylko „co dokładnie ją uruchamia”. Zazwyczaj za takim przyciąganiem stoją bardzo konkretne skrypty wyniesione z dzieciństwa oraz niespełnione potrzeby, które próbują się wreszcie dopisać do innego zakończenia. Redukowanie relacji do „motyli w brzuchu” zdejmuje z barków odpowiedzialność za zdefiniowanie własnych potrzeb. Rozmywa odpowiedź na pytanie: po co w ogóle jest związek, jakie ma zadanie w życiu dwóch osób i co każda z nich wnosi od siebie. Zakochanie nie jest jeszcze miłością. Seks nie jest równoznaczny z bliskością. Romantyczny żar na starcie nie przetrwa bez pracy obu stron, bez umiejętności rozmowy i gotowości do konfrontowania trudnych tematów.

„On się zmieni przy mnie”: stary mit w nowej odsłonie

Motyw kobiety, która swoją miłością odmienia przemocowego mężczyznę, jest jednym z najmocniejszych mitów romantycznych. Pojawia się zarówno w klasyce literatury, jak i współczesnych historiach. W polskim kontekście silnie zakorzeniony jest też scenariusz alkoholika, który „dla niej”, „dla dziecka”, „po ślubie” przestanie pić. Zderzenie tych narracji z rzeczywistością rzadko kończy się szczęśliwie. Mimo to mit wciąż żyje, ponieważ doskonale wpisuje się w potrzebę naprawienia dawnych ran, szczególnie tych wyniesionych z relacji z ojcem. Mechanizm wygląda podobnie: wybierany jest mężczyzna z wyraźnymi problemami emocjonalnymi, agresywny lub nałogowy. Zamiast realnie ocenić ryzyko, pojawia się fantazja o wyjątkowości własnej miłości, która ma „przeprogramować” jego psychikę. W istocie to próba napisania nowej wersji starej rodzinnej historii. Tam, gdzie kiedyś zabrakło bezpieczeństwa, czułości i odpowiedzialności, teraz ma pojawić się ich „naprawiona” wersja. W praktyce zazwyczaj dochodzi raczej do powtórzenia scenariusza niż do jego uzdrowienia.

Przerwanie schematu: zatrzymanie zamiast kolejnej randki

Świadomość powtarzania destrukcyjnego wzorca bywa bolesna, ale jest też punktem wyjścia do zmiany. Jedną z najskuteczniejszych strategii na tym etapie nie jest szukanie „innego typu faceta”, tylko wprowadzenie pauzy. Zatrzymanie się, rezygnacja z randkowania choćby na jakiś czas, by skupić się na analizie własnych reakcji, pragnień i lęków. Taki okres przerwy pozwala zadać kilka kluczowych pytań. Jak wyglądały relacje w domu rodzinnym: między rodzicami, opiekunami, ważnymi dorosłymi? Jakie przekazy o miłości, lojalności, poświęceniu, granicach są wciąż obecne w głowie? Z jakim typem mężczyzn łączyła się dotąd najsilniejsza chemia i jakie emocje regularnie powracały w tych związkach: euforia, lęk, poczucie odrzucenia, ulga po chwilowym powrocie partnera? Dopiero na tym tle można precyzyjniej odpowiedzieć na pytanie: z kim tak naprawdę chce się być oraz co jest w relacji ważne poza ekscytacją.

Gotowość do relacji to też zasób

Budowanie związku wymaga konkretnych kompetencji emocjonalnych. Należą do nich empatia, umiejętność słuchania i realnego bycia ciekawym wewnętrznego świata partnera, zdolność do mówienia o własnych potrzebach i frustracjach bez sięgania po agresję lub ucieczkę. Te cechy nie biorą się znikąd. Częściowo są wynikiem tego, czego ktoś doświadczył w domu, częściowo efekt pracy nad sobą. Może się okazać, że osoba, która wciąż wchodzi w toksyczne relacje, na ten moment po prostu nie ma wystarczających zasobów, by zbudować zdrowy związek. Czasem to wcale nie „zły dobór facetów”, lecz brak umiejętności stawiania granic, wyrażania złości, proszenia o wsparcie czy przyjmowania odmowy bez poczucia katastrofy. Uczciwe zobaczenie swoich słabości nie jest dowodem porażki. To początek realnej zmiany.

Kiedy ofiara zaczyna ranić

Obraz toksycznych relacji w mediach bywa uproszczony. Sprawca jest najczęściej mężczyzną, ofiarą kobieta. Rzeczywistość emocjonalna bywa bardziej niejednoznaczna. Zdarzają się sytuacje, w których osoba długo doświadczająca przemocy sama zaczyna używać przemocowych strategii, choć w innej formie. To może być mikroprzemoc, drobne, ale powtarzalne działania, które ranią partnera: demonstracyjne obrażanie się, wykorzystywanie seksu lub jego braku jako narzędzia nacisku, publikowanie w mediach społecznościowych treści mających wzbudzić zazdrość lub poczucie zagrożenia. Porządkowanie relacji zaczyna się od przyjrzenia się własnym zachowaniom. Nawet jeśli w przeszłości ktoś doświadczył krzywdy, nie daje mu to „licencji” na ranienie kolejnych partnerów. Świadomość stosowania mikroprzemocy bywa trudna do przyjęcia, zwłaszcza gdy dominujący przekaz kulturowy stawia kobiety głównie w roli poszkodowanych. Bez tego kroku jednak trudno o autentyczną zmianę scenariusza.

Wyjście z kołowrotka: wzrost po traumie

Psychologia opisuje zjawisko wzrostu potraumatycznego, czyli sytuacji, w której po przepracowaniu straty, przemocy czy długotrwałego kryzysu człowiek odbudowuje swoje życie na nowych zasadach. Dotyczy to również sfery relacji. Nawet osoba z dużym bagażem trudnych doświadczeń może wyjść z destrukcyjnych wzorców, pod warunkiem że zacznie świadomie je rozpoznawać i konfrontować. Proces ten nie jest zarezerwowany dla osób młodych. Znane są historie kobiet w wieku 50–60 lat, które dopiero po latach zdecydowały się na zakończenie przemocowych związków, przepracowały swoją historię i na nowo zdefiniowały, czym jest dla nich bliskość. Tego typu zmiana nie polega jedynie na wyborze „lepszego partnera”. To konsekwencja przesunięcia wielu wypartych treści z nieświadomych zakamarków psychiki do świadomego przeżywania. Jeżeli po raz kolejny pojawia się w życiu bardzo podobny mężczyzna, warto świadomie wcisnąć pauzę. Zamiast wchodzić w następną relację z nadzieją, że „tym razem będzie inaczej”, lepiej zadać sobie pytanie, czy nie toczy się próba naprawienia dawnej relacji, na przykład z ojcem. Uświadomienie sobie tego mechanizmu jest jednym z najważniejszych kroków w stronę wyjścia z randkowego „Dnia świstaka”.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...