Reklama

Zdanie „dziewczynce nie wypada” wryło się w pamięć całych pokoleń. Niby drobne uwagi, rzucane przy stole, na placu zabaw, w szkolnym korytarzu, a jednak tworzą konkretny kod. Z tego kodu rodzi się syndrom dobrej dziewczynki: wewnętrzny nakaz, żeby być miłą, przewidywalną, niedenerwującą nikogo i zawsze gotową do poświęceń. Jako dorośli często mówimy: „to mnie nie dotyczy”, a potem łapiemy się na tym, że znowu zgodziłyśmy się na coś wbrew sobie. Ten wzorzec nie powstaje w próżni. To efekt lat socjalizacji, badań, które pokazują różne oczekiwania wobec dziewczynek i chłopców, oraz kultury, która inne cechy nagradza u kobiet, a inne u mężczyzn. Zrozumienie, jak to działa, pomaga zobaczyć, dlaczego tak trudno jest powiedzieć „nie”, zawalczyć o swoje czy wprost poprosić o podwyżkę.

Skąd bierze się syndrom dobrej dziewczynki?

W dzieciństwie wiele z nas słyszało, że dziewczynka ma być grzeczna i spokojna, nie robić „awantur”, nie brudzić się, nie przeginać z energią. Chłopcu można było przypisać „chłopięcy temperament”, dziewczynce częściej mówiono, że przesadza, że „to nieładnie”. W ten sposób ciało, ciekawość i żywiołowość były stopniowo odcinane od poczucia, że „jestem okej”. Żeby zachować bliskość z dorosłymi, trzeba było przyciąć swoje potrzeby do tego, na co było przyzwolenie. Ten mechanizm nie skończył się wraz z dorastaniem. Wciąż na ulicy można usłyszeć komentarze o tym, co „pasuje” dziewczynce. Z jednej strony zachęca się młode kobiety do samodzielności, z drugiej – karze społecznie za zbytnią stanowczość. To podwójne przesłanie jest widoczne również w badaniach. Analizy ze Stanfordu pokazują, że u kobiet najbardziej cenione są cechy takie jak łagodność, empatia, ciepło, radość, lojalność. U mężczyzn w tym samym zestawie wysoko stoją dominacja, pewność siebie, asertywność, niezależność. Te katalogi są jak dwie różne instrukcje obsługi relacji.

Jak syndrom dobrej dziewczynki przenosi się w dorosłość?

Dziecko, które przez lata słyszy „nie przesadzaj”, „nie unoś się”, „bądź miła”, uczy się, że swoje granice musi dostosować do oczekiwań otoczenia. Łatwo wtedy powstaje przekonanie, że konflikt jest czymś złym, że nie wolno nikogo zawieść, że lepiej przemilczeć niewygodne rzeczy niż „psuć atmosferę”. W dorosłym życiu przekłada się to na konkretne zachowania. W pracy część kobiet czeka, aż ktoś zauważy ich zaangażowanie, licząc na sprawiedliwe docenienie. Dane o negocjowaniu wynagrodzeń są tu bardzo wymowne: tylko niewielki odsetek kobiet z wyższym wykształceniem realnie negocjuje swoje pensje, podczas gdy u mężczyzn to ponad połowa. Przekaz „bądź skromna, nie wypada prosić” zostaje wewnętrznie przetworzony w milczenie w ważnych momentach. W relacjach prywatnych syndrom dobrej dziewczynki często przyjmuje formę nadmiernej dostępności. Zgadzania się na rzeczy, które są nie po drodze. Stawiania cudzych potrzeb przed swoimi nawet wtedy, gdy nie ma już na to siły. W głowie pracuje stary zapis: „jeśli będę wystarczająco miła, nie odejdzie”, „jeśli nie zrobię problemu, będą mnie lubić”. Z zewnątrz wygląda to na „złotą dziewczynę”. W środku coraz częściej pojawia się zmęczenie, poczucie niesprawiedliwości i rozczarowania sobą.

Naucz się mówić o swoich potrzebach

Jednym z filarów syndromu dobrej dziewczynki jest przekonanie, że „ktoś sam zauważy”, „jeśli zasługuję, to i tak dostanę”. To myślenie szczególnie mocno widać w kontekście pracy i pieniędzy. Dane o negocjowaniu wynagrodzenia nie są tylko suchą statystyką, ale odbiciem tego, jak bardzo trudno jest wielu kobietom stanąć po swojej stronie w rozmowie z autorytetem. Mówienie o swoich potrzebach nie jest równoznaczne z roszczeniowością. To raczej wyjście z pozycji dziecka czekającego na ocenę i wejście w rolę dorosłej osoby, która wie, ile wnosi i czego potrzebuje, żeby dalej dobrze pracować czy funkcjonować w relacji. Psychologicznie to przesunięcie z „może mnie kiedyś docenią” w kierunku „pokazuję, co robię, i sprawdzam, jakie są możliwości”. To wymaga odwagi, ale też konkretu: zebrania faktów, przykładów swoich kompetencji, jasnego nazwania, o co prosisz.

Ustalanie granic nie jest egoizmem

Druga oś, na której syndrom dobrej dziewczynki najmocniej miesza, to granice. Wychowanie w duchu „nie sprawiaj kłopotu” łatwo przekłada się na trudność z powiedzeniem „nie” nawet w prostych sytuacjach. Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia granica to nie mur, tylko informacja. Komunikat: tu kończę się ja, tu zaczynasz ty, to jest dla mnie w porządku, a to nie. Ustalanie granic bywa niewygodne dla otoczenia, które przyzwyczaiło się do naszej uległości, ale jest niezbędne, żeby mieć poczucie wpływu na własne życie. Brak granic nie znika w próżni – przekłada się na przeciążenie, chroniczny stres, czasem wręcz na objawy somatyczne. Nauka stawiania granic zaczyna się często od drobnych sytuacji. Zauważenia, że możesz odmówić przysługi, jeśli naprawdę nie masz zasobów. Że masz prawo poprosić o zmianę zachowania, które cię rani. Że nie musisz wszystkiego „wytrzymywać” tylko dlatego, że ktoś mógłby się obrazić. Z perspektywy osoby wychowanej w kulcie grzeczności takie ruchy mogą wydawać się rewolucją, ale w kategoriach psychologicznych są po prostu przejściem do bardziej dorosłej pozycji w relacjach.

Walcz o swoje bez odtwarzania buntu nastolatki

Wyjście z syndromu dobrej dziewczynki nie musi oznaczać spektakularnej rewolty. Czasem pojawia się pokusa, by „odbić sobie” lata uległości: ostre deklaracje, zrywanie kontaktów, radykalna zmiana wizerunku. Zmiana może przebiegać i tak, ale nie to jest jej istotą. Kluczowe przesunięcie odbywa się wewnątrz. Z osoby, która mierzy swoją wartość cudzym zadowoleniem, stajesz się kimś, kto bierze pod uwagę zarówno relacje, jak i swoje potrzeby. Walka o swoje nie polega wtedy na niszczeniu wszystkiego, co nosi ślad dawnej „grzeczności”. Raczej na tym, że w konkretnych decyzjach pytasz: „Czego ja chcę? Co jest dla mnie ważne?” i traktujesz tę odpowiedź poważnie, nawet jeśli oznacza to wyjście poza cudze oczekiwania. Psychologicznie to przejście z pozycji córki, która nadal słyszy w głowie „co powiedzą rodzice”, w stronę dorosłej kobiety, która ma prawo kształtować swoje życie inaczej niż pokolenie przed nią. Bez konieczności deprecjonowania tamtego etapu. Można widzieć jego wartość i jednocześnie świadomie wybierać inny scenariusz dla siebie.

Nie musisz rezygnować ze swoich wartości, żeby przestać być „grzeczną”

Część kobiet boi się, że jeśli zacznie bardziej stawać po swojej stronie, stanie się „zimna”, „egoistyczna”, „twarda”. To lęk, który podtrzymuje syndrom dobrej dziewczynki: jakby jedyną alternatywą dla uległości był brak empatii. Tymczasem wartości, z którymi wiele z nas się identyfikuje – szacunek, troska, lojalność – można zachować, jednocześnie rozwijając asertywność. Psychologicznie najzdrowszy układ powstaje wtedy, gdy dwie rzeczy idą razem: umiejętność stawiania granic i zachowywania się wobec innych tak, jak same chciałybyśmy być traktowane. Dbanie o siebie nie wyklucza dbania o relacje. Raczej je porządkuje. Znika podskórne poczucie krzywdy, które powstaje, gdy ciągle robimy coś „wbrew sobie”, żeby zasłużyć na czyjąś akceptację. Rozstawanie się z syndromem dobrej dziewczynki jest procesem. Nie polega na jednym „odważnym kroku”, tylko na serii małych decyzji, w których coraz częściej wybierasz swoją dorosłą perspektywę zamiast automatycznego podporządkowania. Z czasem „dziewczynce nie wypada” przestaje być głosem, który rządzi twoim życiem, a staje się jedynie cytatem z przeszłości, który możesz usłyszeć, rozpoznać i świadomie odłożyć na bok.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...