Reklama

Nie każdy, kto żyje z konsekwencjami traumy, pamięta jedną „wielką” katastrofę. W przypadku złożonego zespołu stresu pourazowego źródłem bólu są raczej lata powtarzających się ran niż jeden dramatyczny epizod. To codzienność dziecka, które dorasta w domu pełnym chłodu, złości, wyśmiewania albo milczącego dystansu. Takie doświadczenia nie zostawiają siniaków, ale zapisują się głęboko w przekonaniu o sobie i świecie. W dorosłym życiu skutki bywają mylące. Osoby z C‑PTSD często słyszą diagnozy lękowe, depresyjne, czasem zaburzeń osobowości, a nawet choroby dwubiegunowej. Objawy pasują do różnych kategorii, ale żaden z tych opisów nie tłumaczy w pełni, skąd biorą się nagłe emocjonalne zalania, paraliż w kontaktach społecznych czy natrętne poczucie wstydu. Tu właśnie pojawia się perspektywa, którą rozwinął amerykański terapeuta Pete Walker, autor książki „Complex PTSD: From Surviving to Thriving”.

C-PTSD – gdy klasyczny PTSD to za mało

W tradycyjnym ujęciu zespół stresu pourazowego kojarzy się z konkretnym wydarzeniem: wypadkiem, gwałtem, doświadczeniem wojny. Objawy często przybierają formę wizualnych wspomnień, natrętnie powracających obrazów tamtej sceny. W złożonym PTSD historia wygląda inaczej. Walker opisuje pięć osi, wokół których koncentruje się ten rodzaj zaburzenia: emocjonalne flashbacki, toksyczny wstyd, porzucenie siebie, okrutny Wewnętrzny Krytyk oraz głęboki lęk społeczny. To nie tyle pojedyncze symptomy, ile sposób bycia w świecie, który powstał jako adaptacja do dzieciństwa spędzonego z przemocowymi, niedostępnymi lub chronicznie niestabilnymi opiekunami.

Emocjonalne flashbacki: nagły powrót do „małego ja”

Emocjonalny flashback rzadko ma formę wyraźnego obrazu. Bardziej przypomina gwałtowną zmianę wewnętrznej pogody, która spada na człowieka jak znikąd. Nagle ktoś czuje się jak małe, bezradne dziecko, choć obiektywnie nic strasznego się nie dzieje. To mogą być fale przytłaczającego lęku, poczucia samotności, upokorzenia, żalu czy bezsilnej wściekłości. Ciało reaguje tak, jakby uruchomił się tryb „walcz albo uciekaj”: serce przyspiesza, oddech się spłyca, głowa się zamazuje, pojawia się drżenie albo przeciwnie – otępienie i wrażenie paraliżu. Z boku wygląda to czasem jak „atak paniki bez powodu”, od środka przypomina powrót do stanu dobrze znanego z dzieciństwa. Osoby opisujące emocjonalne flashbacki mówią często o poczuciu skurczenia się do rozmiaru kilkuletniego dziecka. Czują się drobne, kruche, zawstydzone, jakby każdy patrzył na nie z góry. Lęk i wstyd rosną w takich momentach do nienaturalnych rozmiarów, zupełnie nieadekwatnych do tego, co faktycznie dzieje się wokół. Wyzwalaczem bywa sytuacja, która w jakiś sposób przypomina dawną dynamikę w domu. Rekruter, który mówi tonem podobnym do ojca-tyrana. Przełożona, której mimika przywołuje matczyną pogardę. Niewinne pytanie, które rezonuje jak dawne przesłuchanie. Na zewnątrz to „zwykłe” okoliczności, wewnątrz – powrót do świata, w którym dziecko było pozostawione samo z przerażeniem i wstydem.

Gdy objawy udają inne zaburzenia

Złożona trauma potrafi przebrać się za wiele innych kłopotów psychicznych. To dlatego droga do trafnej diagnozy nierzadko trwa latami. W zależności od tego, czego ktoś doświadczył w dzieciństwie i jakie ma wrodzone cechy, obraz może wyglądać bardzo różnie. Jedna osoba mierzy się głównie z emocjonalnymi flashbackami i paraliżem w relacjach. Inna żyje pod ciężarem toksycznego wstydu, który wypełnia głowę przekonaniem „jestem fatalnym człowiekiem”. Ktoś inny słyszy w środku nieustanny, drwiący komentarz Wewnętrznego Krytyka, który bez litości ocenia każdy błąd. Do tego dochodzą uczucia opuszczenia, chroniczna samotność, kompromitująco niska samoocena, problemy z bliskością, nagłe zmiany nastroju, ucieczka w rozproszenie i „wyłączanie się” z rzeczywistości. Często pojawia się także nadwrażliwość na stres, silne reakcje „walcz/uciekaj” w sytuacjach, które dla innych są zwykłą codziennością, a czasem również fantazje o własnej śmierci jako ucieczce od nie do zniesienia napięcia. Z zewnątrz może to wyglądać jak zlepek różnych diagnoz, w istocie jednak składa się w dość spójny obraz złożonego zespołu stresu pourazowego.

Co tak naprawdę rani w dzieciństwie?

Kiedy mówi się o traumie z dzieciństwa, wiele osób myśli przede wszystkim o przemocy fizycznej czy wykorzystaniu seksualnym. To oczywiście jedne z najbardziej dramatycznych doświadczeń. Praktyka kliniczna pokazuje jednak, że słowa i emocjonalny klimat domu również mogą zostawić głębokie blizny. Dziecko, które latami żyje wśród wyzwisk, drwin, obraźliwych komentarzy, nieustannego krytykanctwa albo obojętnego milczenia, doświadcza przemocy, którą trudno uchwycić w jednym kadrze. Kiedy potrzeby bezpieczeństwa, uwagi, czułości i wsparcia pozostają niezaspokojone albo są wyśmiewane, w psychice dziecka zapisuje się przekonanie „ze mną jest coś fundamentalnie nie tak”. Szczególnie mocno przeżywają to dzieci o dużej wrażliwości, które z natury reagują intensywniej na bodźce. Gniew rodzica zamienia się wtedy w przerażenie, a jego wstręt w poczucie toksycznego wstydu. Maluch bardzo szybko uczy się nie płakać, nie prosić, nie „zawracać głowy”, bo cena bywa zbyt wysoka. Na zewnątrz wygląda to jak „grzeczne dziecko”, w środku rośnie bezdenny głód bliskości i rozpacz z powodu emocjonalnego opuszczenia.

Relacyjne rany, które nie chcą się zabliźnić

Jedna z pacjentek Walkera dorastała z matką o narcystycznym rysie osobowości. Za każdym razem, gdy dziewczynka przychodziła z sukcesem, chęcią pochwalenia się czy zwykłą radością, spotykała się z chłodną pogardą. Zamiast dumy widziała w oczach matki irytację, a jej osiągnięcia były umniejszane lub obracane w żart. Takie sytuacje są formą emocjonalnego nadużycia. W tym samym szeregu stoją: zupełny brak zainteresowania dzieckiem, ignorowanie jego uczuć, ciągła krytyka, odwrócenie ról, w którym to dziecko ma zaspokajać potrzeby dorosłego. Rodzic oczekuje wtedy pełnego podporządkowania i gotowości do opieki, tak jakby mały człowiek miał stać się jego emocjonalnym protezą. Jeżeli to trwa latami, dziecko stopniowo traci nadzieję, że może liczyć na kogokolwiek. Wpada w chroniczny stan bezradności i przygnębienia, a jednocześnie przeżywa silny lęk, bo jego przetrwanie realnie zależy od osoby, która jednocześnie rani i zaniedbuje. Z czasem zaczyna przyjmować do środka głos dorosłego: „jesteś beznadziejny, przesadzasz, za dużo chcesz, do niczego się nie nadajesz”. Z tego głosu wyrasta Wewnętrzny Krytyk, który w dorosłym życiu nie potrzebuje już zewnętrznego oprawcy, by kontynuować dzieło zniszczenia. Wiele osób, które dorastały w takiej atmosferze, w dorosłości bierze całą winę na siebie. Uznają, że to z nimi było „coś nie tak”, skoro rodzice nie umieli ich kochać. Na tym gruncie bardzo łatwo rozwija się właśnie złożony zespół stresu pourazowego.

Terapia C-PTSD: praca na kilku frontach

Złożona trauma nie znika po kilku sesjach ani po jednym „przepracowaniu dzieciństwa”. To raczej spokojny, wielowarstwowy proces, w którym krok po kroku buduje się w sobie nowe doświadczenia, przeciwstawne do tych wyniesionych z domu. Na poziomie myślenia kluczowe jest rozpoznanie i zakwestionowanie przekonań, które dziecko musiało przyjąć, żeby jakoś zrozumieć swoją sytuację. „Jestem gorszy”, „nie mam prawa prosić”, „moje uczucia są problemem” – takie zdania nie są obiektywną prawdą, tylko zapisem dawnych warunków. Praca poznawcza obejmuje także osłabianie tyranii Wewnętrznego Krytyka oraz lepsze zrozumienie samego zjawiska C‑PTSD, żeby nadać sens temu, co do tej pory wydawało się chaosem. Na poziomie emocjonalnym ważne jest spotkanie z porzuconymi częściami siebie. Modele pracy z tzw. wewnętrznym systemem, jak choćby System Wewnętrznej Rodziny, zakładają, że w każdym z nas żyje nadal „wewnętrzne dziecko”: przestraszone, zawstydzone, spragnione opieki. W terapii stopniowo uczymy się być dla niego takim dorosłym, jakiego nie było w naszym realnym dzieciństwie. Pojawia się przestrzeń na żałobę po tym, czego się nie dostało, ale także na nowe, korekcyjne doświadczenia – widziane, słyszane, szanowane. Część osób korzysta w tym procesie z metod pracy z traumą, takich jak EFT, które pomagają dotrzeć do zakleszczonych emocji związanych z bolesnymi wspomnieniami. Trzeci obszar to codzienne zachowania. Tu praca polega na tym, by wprowadzać inne wybory niż te, których nauczyła nas trauma. Zamiast automatycznie się wycofywać, można spróbować powiedzieć „nie”. Zamiast natychmiast przepraszać za swoje potrzeby, można sprawdzić, czy mają one prawo istnieć. Terapia schematu dostarcza narzędzi, które pomagają zamieniać stare, autodestrukcyjne wzorce na takie, które realnie nas chronią i karmią.

Złożony zespół stresu pourazowego to nie wyrok, ale wymaga uczciwego przyjrzenia się swojej historii i gotowości do dłuższej pracy. Dla wielu osób samo nazwanie doświadczeń po raz pierwszy przynosi ulgę. Zamiast „jestem zepsuty” pojawia się zdanie: „przeżyłem coś, co mocno mnie ukształtowało i mogę to powoli zmieniać”.

Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...