Marynarko-sukienka to ten element garderoby, który uratował moją niejedną stylizację! W szafie mam aż 3 modele!
Pamiętam pierwszą marynarko-sukienkę, którą przymierzyłam. To był model z Zary w limonkowym kolorze. Od razu trafiła do mojej garderoby i mam ją do dziś. Osobiście uważam, że dobrze dopasowana sukienka o kroju marynarki to jedna z najbardziej wielozadaniowych rzeczy w mojej szafie. Sprawdzi się w biurze, na przyjęciu czy randce. W sieciówkach znalazłam modele, które będziecie nosić przez kilka sezonów!

Kiedy oglądam archiwalne pokazy Yves Saint Laurent’a z lat 60. i 70., widziałam kobiety w męskich garniturach, smokingach, wreszcie w żakietach, które zaczynały grać główną rolę, a nie tylko tworzyć „komplet”. Potem przyszły lata 80. z power dressingiem, ogromnymi poduszkami w marynarkach. I wreszcie w latach 90. oraz na początku 2000., płaszcze i marynarki zaczęły się „niebezpiecznie” skracać – aż do długości, którą dziś uznajemy za idealną sukienkę mini. Marynarko-sukienka w wersji, o której piszę, czyli długa marynarka do połowy uda, na długi rękaw, zapinana na guziki albo wiązana w talii – to tak naprawdę dziedzictwo wszystkich tych dekad. Łączy w sobie formalność garnituru z kobiecością sukienki mini. Widziałam ją na wybiegach Saint Laurent, Mugler, Balmain, a potem w nieco codziennym ujęciu u Max Mara czy Sandro. Sieciówki szybko podłapały temat i w tej chwili nie ma sezonu, żeby nie pojawiły się nowe interpretacje.
Jak wygląda idealna marynarko-sukienka?
W mojej głowie (i szafie) idealna marynarko-sukienka ma kilka cech wspólnych. Po pierwsze: długość. Minimum do połowy uda, czasem lekko niżej. Po drugie: ramiona. Delikatnie zarysowane, choć moda w tym sezonie wyraźnie inspiruje się latami 80.. Dlatego wybieram lekkie poduszki, które „prostują sylwetkę” i dodają trochę pewności siebie. Po trzecie: zapięcie. Klasyczna wersja ma rząd guzików jak w marynarce – pojedynczy lub podwójny. Alternatywą są modele wiązane – z paskiem z tego samego materiału, który podkreśla talię. Taka sukienka przypomina trochę szlafrokowy płaszcz, ale w bardziej sztywnym, garniturowym wydaniu.

Kolorystycznie najczęściej wybieram mocne kolory. W mojej szafie jest tweedowa limonkowa zieleń, ale podobają mi się również czerwienie i róże. Widziałam też genialne wersje w kratę, które od razu kojarzą się z biurem w londyńskim City. Materiały? Wełna, grubsza wiskoza, czasem tkanina z domieszką elastanu, która lepiej dopasowuje się do sylwetki. Na wieczór lubię też satynowe marynarko-sukienki – wyglądają jak połączenie smokinga z sukienką koktajlową.

Jak stylizuję marynarko-sukienkę na różne okazje?
Traktuję marynarko-sukienkę jak bazę, wokół której można opowiadać zupełnie różne historie. Na co dzień: wybieram beżową lub szarą wersję w prążek, zakładam do niej czarne czółenka slingback i skórzaną listonoszkę. W chłodniejsze dni dorzucam cienki golf pod spód, który zmienia diametralnie jej charakter. Do biura: czarna lub granatowa marynarko-sukienka, cieliste rajstopy i loafersy na masywnej platformie.
Na przyjęcie sięgam po satynę albo czerń z metalowymi guzikami, podkreślam talię paskiem, wymieniam torbę na małą kopertówkę i dokładam biżuterię – długie kolczyki, może jeden mocniejszy pierścionek. Na nogach sandały na obcasie, najlepiej z delikatnymi paseczkami. Jesienią marynarko-sukienka świetnie współgra z wysokimi kozakami. W bardziej „dziennym” wydaniu wystarczą kozaki do kolana i płaszcz przerzucony na wierzch. To element garderoby, który świetnie funkcjonuje przez cały rok!