Ten serial jest jak lukrowane pierniczki na choince. Za słodki i na dłuższą metę niestrawny, ale trudno mu się oprzeć...
Czy trzeba go obejrzeć? Absolutnie nie. Może nawet nie warto. Ale jako lecąca w tle nieangażująca rozrywka umilająca przedświąteczne przygotowania sprawdził się u mnie doskonale. Zbindżowałam cały ostatni sezon „Emily w Paryżu” przy gotowaniu kapusty i... nie żałuję.

Płakałam ze śmiechu i przewracałam oczami na zmianę. Nowa „Emily w Paryżu” jest jak pudełko francuskich makaroników — pięknie opakowane, ale w środku kryje cukrową bombę i zjedzone naraz grozi skokiem insulinowym. Niby wiem, że niezdrowe, trochę sztuczne i wygląda ładniej, niż smakuje, ale gdy na Netflixie pojawia się nowy sezon, po prostu nie umiem sobie tego odmówić. „Emily w Paryżu” to moja guilty pleasure jak jedzone po nocy żelki, jadalny brokat czy piżama w jednorożce. I wcale się tego nie wstydzę. Przeciwnie, zawsze zjadam (i oglądam) do końca. Tak samo stało się w przypadku ostatniego, piątego sezonu.
„Emily w Paryżu”: fabuła
Przygody młodej Amerykanki Emily Cooper, która przyjeżdża do Paryża, a jej wiedza o Francji ogranicza się do wieży Eiffla, beretów i słowa "bonjour", podbiła serca widzów i doczekała się już pięciu sezonów. Pod koniec przedostatniego z nich Emily poznaje przystojnego Włocha Marcello, który ratuje ją z opresji na stoku i... kradnie jej serce (kolejny?!). I bardzo dobrze, bo niekończąca się opowieść jej byłego/przyszłego/niedoszłego związku z seksownym kucharzem Gabrielem, ciągnąca się przez wszystkie poprzednie sezony, była już nie do zniesienia. Tym razem Emily zamienia więc francuskiego szefa kuchni na włoskiego dziedzica modowej marki z tradycjami, a trochę oklepany już Paryż na Rzym. I to też całkiem dobra odmiana i odświeżenie fabuły. W Rzymie oczywiście nie może zabraknąć dream teamu Emily z pr-owej agencji Grateau, której właścicielka Sylvie (to dla niej głównie oglądam ten serial) decyduje otworzyć filię właśnie w wiecznym mieście. Emily nie zna chyba powiedzenia, by dwa razy nie wchodzić do tej samej rzeki, bo nagminnie popełnia ten sam błąd i znów łączy pracę z życiem prywatnym, co oczywiście jak zwykle kończy się klęską. Ale też jak zwykle z każdej opresji wychodzi cała (i cała na biało). I zawsze wygląda jakby właśnie zeszła z planu sesji zdjęciowej. Żeby jednak wrócić do meritum — Rzym okazuje się tylko tymczasowym przystankiem, na chwile pojawia się też Wenecja, ale tak naprawdę miejsce (i serce) Emily są w Paryżu, no bo gdzie indziej? A przypomina jej o tym nie kto inny, tylko oczywiście Gabriel, który postanawia rzucić wszystko, zostawić swoją wymarzoną restaurację i ruszyć w rejs dookoła świata, i to nie byle czym, tylko luksusowym jachtem bogatego biznesmena.
„Emily w Paryżu”: obsada
Nie byłoby „Emily w Paryżu” bez postaci drugoplanowych: wspomnianej już Sylvie, przyjaciółki Em Mindy i jej (eks)narzeczonego Nico, Luca czy ekschłopaka Cooper Alfiego. Obok Lily Collins jako Emily, mamy więc świetną Philippine Leroy-Beaulieu jako Sylvie, ikonę chłodnego francuskiego szyku i cynizmu, Lucasa Bravo jako Gabriela i Ashley Park jako Mindy, chińską dziedziczkę fortuny, która kradnie paryskie sceny (i serca). A w roli nowego włoskiego crusha Emily — Eugenio Franceschini.
„Emily w Paryżu”: recenzja
Zacznę od tego, że (na całe szczęście) to nie jest serial, który udaje ambitne kino. Jest jak perfekcyjna rolka z Instagrama super znanej influencerki – podkręcona filtrami, wyretuszowana i totalnie nierealna. Ale w tym właśnie tkwi jego fenomen. Nowy sezon jest jeszcze bardziej cukierkowy i jeszcze bardziej oderwany od rzeczywistości. Twórcy nawet nie próbują udawać, że pokazują prawdziwy Paryż. To raczej zbiór fantazji o Paryżu, i to raczej mało wyrafinowanych, opartych na najbardziej wyświechtanych kliszach i symbolach. Fabuła też jest do bólu przewidywalna, ze wszystkimi nagłymi zwrotami akcji, które są równie zaskakujące, co brak śniegu w święta. Jedyne, w czym momentami trudno się połapać, to status związku bohaterów, bo rozstają się, rotują i wracają do siebie jak w „Modzie na sukces”. Mimo, że jej kariera i życie uczuciowe się rozwijają, tytułowa Emily pozostaje tak samo infantylna i zagubiona jak w pierwszym sezonie. Wciąż popełnia te same błędy, wciąż nie nauczyła się francuskiego i popełnia kolejne gafy i faux pas. Ale oczywiście nawet tuż po przebudzeniu jest perfekcyjnie wystylizowana, uczesana i umalowana. Choć muszę przyznać, że w tym sezonie i tak irytowała mnie chyba najmniej. Czy przewracałam oczami na dialogi, które brzmią jak cytaty z memów o podrywaniu czy motywacyjnych kubków? Oczywiście. Tak samo, jak wkurzałam się na to, że serial znów powiela stereotypy (bo Emily choć niezależna, aktywna, robiąca karierę, dalej wierzy w miłość jak z bajki Disneya). Ale też nie mogłam oderwać oczu – od stylizacji, wnętrz, ujęć miasta. Ten serial jest jak teledysk w wersji haute couture. Piękni ludzie, piękne widoki, piękne ciuchy. Miłe dla oka i nieangażujące dla mózgu, idealne, aby leciało w tle, gdy coś robimy (np. świąteczną kapustę). Przyjemnie się to ogląda, natomiast nie zostaje w głowie ani w pamięci. Ale o to chyba chodzi w guilty pleasure, prawda?
„Emily w Paryżu” – gdzie obejrzeć?
Nowy sezon „Emily w Paryżu”, tak jak i wszystkie poprzednie obejrzysz na Netflixie. Przesłodzony, naiwny, przewidywalny? Wszystko prawda. W sam raz na świąteczne przejedzenie (którego oczywiście ani wam, ani sobie nie życzę).


