Reklama

Pierwsza scena „Śmierci jednorożca” wygląda na zwykły dramat rodzinny. Ojciec wiezie córkę na biznesowe spotkanie z miliarderami, w samochodzie trwa kłótnia, alergia na pyłki, ciągłe wycieranie nosa. Z tej drobnej irytacji wyrasta sekwencja, która ustawia cały film. Wystarczy kilka sekund nieuwagi i z drogi nie wstaje już ani jeleń, ani łoś, tylko najprawdziwszy jednorożec. To, co dzieje się dalej, łamie wszystkie spodziewane konwencje. Magiczne zwierzę trafia do bagażnika, do bagażnika trafia rezydencja milionerów, a milionerska rodzinka węszy w sprawie kontrakt życia. Twórcy zapowiadali film jako fantasy horror, ale to także komedia sytuacyjna, dramat rodzinny i ostra satyra na korporacyjną pazerność. Wszystko w mniej niż dwie godziny.

O czym jest „Śmierć jednorożca”? Fabuła, która z weekendowej komedii zmienia się w krwawą satyrę

Elliot (Paul Rudd) i Ripley (Jenna Ortega) jadą rezerwatem przyrody na weekendowe spotkanie z rodziną Leopoldów. Leopoldowie to potężni właściciele koncernu farmaceutycznego, kuszą Elliota wizją wciągnięcia do rady i awansu, którego mężczyzna potrzebuje, żeby spełnić obietnicę daną zmarłej żonie. Komunikacja na linii ojciec, córka, jest mocno zaburzona. On nie wie, co powiedzieć po pogrzebie, ona traktuje wyjazd jak farsę i argument w jego negocjacjach z bogaczami. Spokojny kurs dwupasmówką przerywa wypadek. Po wyjściu z auta okazuje się, że Elliot nie potrącił ani jelenia, ani łosia. Na asfalcie kona jednorożec brodzący fioletową krwią. Bohaterowie pakują martwe stworzenie do bagażnika i z tym ładunkiem ruszają na biznesowe spotkanie. Od tej decyzji film z dramatu rodzinnego ewoluuje w satyrę o miliarderach, którzy w cudownych właściwościach rogu widzą okazję zarobku życia. Potem na scenę wkracza fantasy horror i o spokojnym wieczorze w posiadłości można zapomnieć.

Kto gra w „Śmierci jednorożca”? Obsada bez słabych ogniw

Główne role grają Paul Rudd i Jenna Ortega. Ich relacja, pełna obwiniania się i niewypowiedzianych pretensji, niesie cały dramatyczny rdzeń filmu. W rolach Leopoldów oglądamy Richarda E. Granta jako patriarchę umierającego na raka, Téę Leoni jako jego matriarchalną żonę oraz Willa Poultera jako rozpieszczonego syna, który próbuje zbić kapitał na śmierci ojca jeszcze za jego życia. Tercet napędza się wzajemnie, doskonale czuje rytm sceny zbiorowej i regularnie kradnie pierwszemu planowi uwagę widza. Drugoplanową postacią, dla której wiele osób ogląda ten film, jest Griff w wykonaniu Anthony’ego Carrigana. Sympatyczny służący Leopoldów, który po cichu staje po stronie bohaterów. Kibicują mu nawet widzowie trzymający się z dala od fantasy. Za kamerą stoi debiutant Alex Scharfman, który napisał scenariusz i objął funkcję reżysera. To jego pierwszy duży projekt, a okoliczności premiery, czyli wytwórnia A24 i jesienne wejście na platformę Max, ustawiają poprzeczkę wysoko już na starcie kariery.

Dlaczego o „Śmierci jednorożca” jest tak głośno?

Główny atut filmu to zręczne łączenie konwencji. Pierwsze sceny ogląda się jak komedię obyczajową w klimatach Wesa Andersona. Później na ekran wraca duch ostrej satyry w stylu „Menu” czy „Triangle of Sadness”, bohaterowie zaczynają w odpowiednim momencie ginąć, a film dryfuje w stronę kina spod znaku „Parku Jurajskiego”. Scharfman radzi sobie z tymi przeskokami zaskakująco dobrze, bo zamiast siekać konwencje, miesza je w jeden, luźny ton. Pomysłowo zainscenizowane sceny śmierci niosą drugą połowę filmu. Krytyka wytyka „Śmierci jednorożca” przewidywalność scenariusza i nierówne CGI, ale przy tym przyznaje, że właściwie nic w tej historii nie obraża inteligencji widza. Reżyser wpisuje się w starą hollywoodzką zasadę „to samo, ale inaczej”, robi to ze świadomością gatunkowych schematów i sympatią do bohaterów. Drugi plan, czyli rodzina Leopoldów i jej służba, ciągnie ten film znacznie wyżej, niż mógłby zapowiadać sam zwiastun.

Czy warto obejrzeć „Śmierć jednorożca”? Komu spodoba się ten fantasy horror?

Ten film polubią widzowie ceniący mieszanki gatunkowe i kino, które nie boi się fantasy podanego z ironią. „Śmierć jednorożca” działa najlepiej, kiedy traktuje się ją jak weekendowy seans z dużą porcją humoru i kilkoma sekwencjami brutalnymi w starym stylu. Pozycja na popcorn i piątkowy wieczór, lekka mimo krwawych rozwiązań i pomysłowo zainscenizowanych egzekucji bohaterów drugiego planu. Fani Jenny Ortegi, którzy znają ją z „Wednesday” i „Krzyku”, dostają tu rolę inną, ale skrojoną pod jej możliwości. Paul Rudd po raz kolejny udowadnia, że potrafi grać ojca, którego trochę szkoda, a trochę chciałoby się szturchnąć. Krytycy zarzucają filmowi przewidywalność, ale dla wielu widzów ten zarzut nie ma znaczenia, jeśli sam seans dostarcza tego, czego oczekuje się od fantasy horroru. Premiera kinowa odbyła się 28 marca 2025 roku. Film jest dostępny w wypożyczalniach VOD, między innymi na Apple TV, Prime Video i Rakuten TV.

fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
fot. materiały prasowe
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
Reklama
Reklama
Reklama
Loading...