To serial, którego nie obejrzysz tylko jeden raz. Filadelfia, kryzys opioidowy i policjantka, która szuka swojej siostry
Są seriale, które po roku w katalogu wciąż wracają w polskich rankingach kryminałów, choć nikt ich na nowo nie reklamuje. „Rzeka odchodzących dusz” z Amandą Seyfried to jeden z nich. Osiem odcinków o policjantce z Filadelfii i jej zaginionej siostrze, w tle dzielnica, której nazwa w Stanach budzi konkretne skojarzenia.

O czym jest serial „Rzeka odchodzących dusz”?
Mickey Fitzpatrick patroluje Kensington, dzielnicę Filadelfii, którą w lokalnych mediach od lat nazywa się jednym z epicentrów kryzysu opioidowego w Stanach. W tle codziennej służby próbuje wychowywać siedmioletniego syna, jest samotną matką, mieszka skromnie i przede wszystkim szuka. Szuka młodszej siostry Kacey, która znika z kolejnych melin, a Mickey od lat nie potrafi przestać sprawdzać, czy jeszcze żyje. Spokojny rytm patrolu burzą trzy morderstwa, w których ofiary łączy konkretny profil. Wszystkie to kobiety w kryzysie bezdomności, wszystkie znikają w okolicy, w której ostatnio widywano Kacey. Mickey zaczyna prowadzić własne, równoległe śledztwo, a fabuła krok po kroku zsuwa się w stronę rodzinnej tajemnicy, której nikt w domu Fitzpatricków nigdy głośno nie nazwał.
Kto gra w „Rzece odchodzących dusz”?
Mickey zagrała Amanda Seyfried, którą widzowie pamiętają z „Mamma Mia!”, „Listów do Julii”, „Czerwonego kapturka”, a w ostatnich latach z głośnego serialu „The Dropout”, za który dostała nagrodę Emmy. W „Rzece odchodzących dusz” schodzi z poziomu hollywoodzkiej gwiazdy do bardzo cichego, oszczędnego aktorstwa. Mickey nie krzyczy, nie eksploduje, nosi ze sobą cały ciężar dzieciństwa w jednym spojrzeniu. W roli Kacey, młodszej siostry, pojawia się australijska aktorka Ashleigh Cummings, znana między innymi z miniserialu „NOS4A2” i „Pann z Cable Beach”. Wspólne sceny obu kobiet to najmocniejszy element całej produkcji. Truman, partner Mickey ze służby, to Nicholas Pinnock („Dla całej ludzkości”, „Top Boy”). Za rolę dziadka odpowiada John Doman, w Stanach znany przede wszystkim z „Prawa ulicy”. Twórczynią serialu jest Nikki Toscano, scenarzystka „Hatfields and McCoys” i „Revenge”. Liz Moore, autorka powieści, jest współtwórczynią i jedną z sześciu osób w pokoju scenarzystów. Sama mieszka w Filadelfii i wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że historia Mickey i Kacey wyrosła z lat reporterskiej pracy w Kensington oraz z osobistego doświadczenia uzależnień w jej własnej rodzinie.
Dlaczego o „Rzece odchodzących dusz” mówi się nawet rok po premierze?
Po pierwsze tło. Kensington w serialu nie jest scenografią. Ekipa kręciła w realnych lokalizacjach Filadelfii, autorka książki konsultowała każdy odcinek, a w pierwszym sezonie pojawiają się postacie zbudowane na historiach realnych mieszkanek dzielnicy, z którymi Moore rozmawiała przy okazji projektu „Kensington Blues”. Po drugie sposób prowadzenia historii. „Rzeka odchodzących dusz” nie zaczyna się od mocnej sceny pościgu, a od cichego patrolu i pierwszego krótkiego spotkania Mickey z Kacey, które trwa kilkanaście sekund. Wątek kryminalny rozkręca się powoli, retrospekcje dawkowane są oszczędnie, najwięcej dzieje się w rozmowach, w mieszkaniu Mickey i w samochodzie radiowozu. Widzowie szukający szybkiej akcji bywają zniecierpliwieni, widzowie szukający historii o klasie, traumie i lojalności zostają do końca. Po trzecie odbiór. Amerykańska prasa od premiery porównuje serial do „Mare z Easttown”, choć Liz Moore w wywiadzie dla „Today” wprost odcięła się od tego skrótu i poprosiła, żeby traktować jej historię jako osobną opowieść o konkretnej dzielnicy. Pochwały dla Seyfried są zgodne, krytyka dotyczy najczęściej tempa pierwszych odcinków i dosyć szybko czytelnej tożsamości sprawcy. Polskie portale, w tym Interia i Serialowa, opisywały produkcję jako jeden z mocniejszych miniseriali zeszłorocznego sezonu.
Czy „Rzeka odchodzących dusz” to thriller dla każdego?
Nie. To miniserial dla widzów, którzy lubią kryminały bez gwiazdorskiego efektu i nie odrzucają trudnych tematów. Uzależnienie, bezdomność, przemoc wobec kobiet, dziecięca trauma pojawiają się tu w sposób bezpośredni, ale bez taniej manipulacji. Jeśli twoje listy „do nadrobienia” w streamingu obejmują „Mare z Easttown”, „Ostry przedmiot” czy „Mroczne materie”, „Rzeka odchodzących dusz” trafi w podobny gust. Nie jest to produkcja, która zmieni twoje wyobrażenie o gatunku. Jest natomiast jednym z lepszych miniseriali, jakie w ostatnim roku trafiły na HBO Max, a sceny z Amandą Seyfried i Ashleigh Cummings warte są obejrzenia same w sobie.

