Reklama

Jestem z tych osób, które przez lata wierzyły w wieloetapowe rutyny. Moja łazienka wyglądała jak mały skład hurtowni: esencje, serum z witaminą C, ampułki z retinolem, maski na każdą okazję. Efekt? Skóra, która reagowała na wszystko. Rano wyglądała jak pergamin, wieczorem błyszczała się w strefie T, a pod oczami... cóż, powiedzmy, że moje cienie miały cienie. W zeszłym roku postanowiłam zrobić to, czego unikałam od lat: zredukować rutynę i zainwestować w jeden, porządny krem nawilżający. Taki, który naprawdę działa. Nie taki, który obiecuje cuda w 24 godziny, a potem rozczarowuje po dwóch tygodniach. Przeczytałam chyba sto recenzji. Przetestowałam kilka opcji. I wtedy trafił w moje ręce Tatcha The Dewy Skin Cream. Pomyślałam - hurra, nowość! Przyznaję: cena mnie lekko zniechęciła. Ale pomyślałam, że jeśli rezygnuję z pięciu innych produktów, może mogę wydać więcej na jeden? Zaryzykowałam. I nie żałuję ani jednej złotówki.

Tatcha The Dewy Skin Cream - czym właściwie jest?

Tatcha to marka, która ma korzenie w San Francisco, ale serce w Kioto. Jej założycielka, Victoria Tsai, zainspirowana japońskimi rytuałami gejsz, stworzyła linię kosmetyków opartą na tradycyjnych składnikach J-Beauty i filozofii prostoty. The Dewy Skin Cream to ich flagowy krem nawilżający.

Nazwa mówi wszystko: „dewy" to po angielsku „zroszona", „wilgotna" i dokładnie tak wygląda skóra po jego zastosowaniu. Nie błyszcząca od sebum, nie tłusta, nie lepka. Po prostu: promienna, nawilżona, żywa. Krem ma bogatą, ale zaskakująco lekką konsystencję, coś pomiędzy klasycznym kremem a gęstą emulsją. Jest fioletowy (tak, fioletowy!) dzięki ekstraktowi z japońskiego kwiatu perilla, co wygląda przepięknie w słoiczku i sprawia, że codzienna pielęgnacja ma w sobie coś z rytuału.

Tatcha The Dewy Skin Cream - skład, który robi robotę

Dobra, zatem przejdźmy do konkretów. Co sprawia, że ten krem działa?

  • Hadasei-3. Autorski kompleks Tatchy składający się z fermentowanej zielonej herbaty, ryżu i alg. Te trzy składniki to fundament japońskiej pielęgnacji od wieków. Fermentacja sprawia, że składniki aktywne mają mniejsze cząsteczki i lepiej przenikają do skóry. Efekt? Nawilżenie, które czujesz od pierwszej aplikacji, i poprawa tekstury skóry z czasem;
  • Ekstrakt z japońskiej perilli (shiso). To roślina o silnych właściwościach antyoksydacyjnych. Chroni skórę przed wolnymi rodnikami i łagodzi podrażnienia. To też on nadaje kremowi charakterystyczny kolor;
  • Olej tsubaki (z kamelii japońskiej). To mój ulubiony składnik J-Beauty. Bogaty w kwas oleinowy, penetruje skórę głębiej niż większość olejów roślinnych. Odżywia, wzmacnia barierę hydrolipidową i sprawia, że skóra jest miękka jak mochi;
  • Ekstrakt z korzenia żeń-szenia. Dodaje skórze energii i poprawia mikrokrążenie. To taki „zastrzyk kofeiny" dla zmęczonej cery;
  • Skwalan. Naturalnie występuje w ludzkiej skórze, więc jest świetnie tolerowany. Nawilża, wygładza i pomaga innym składnikom lepiej wnikać.

Moje 8 dni z Tatcha: dziennik skóry

Dzień 1-2: Pierwszy kontakt

Otwieram słoiczek i od razu czuję, że to będzie inna liga. Krem pachnie subtelnie, naturalnie, bez syntetycznych nut. Nakładam na wilgotną skórę po lotionie (tak, zostałam wierna japońskiemu nawilżaniu warstwowemu). Konsystencja jest bogatsza niż się spodziewałam, ale rozprowadza się łatwo i nie zostawia filmu. Rano budzę się i... nie wierzę. Skóra jest nadal nawilżona. Normalnie o tej porze moje policzki wołają o pomoc, a tu - cisza. Jestem miło zaskoczona, ale jeszcze sceptyczna.

Dzień 3-4: Coś się zmienia

Zauważam, że podkład nakłada się inaczej. Nie muszę walczyć z suchymi płatkami na nosie i przy ustach. Nie muszę dodawać kremu przed makijażem. Podkład po prostu... wnika. Kolega w pracy pyta, czy byłam na urlopie. Nie byłam. Spałam pięć godzin jak zawsze.

Dzień 5-6: Efekt „glossy skin"

Moja skóra zaczyna wyglądać... inaczej. Jest bardziej jednolita w kolorze. Drobne zaczerwienienia, które miałam na brodzie (dziedzictwo po ostatniej bitwie z hormonami) są mniej widoczne. A przede wszystkim, skóra ma w sobie jakiś blask. Nie wiem, jak to opisać. Nie jest tłusta, nie jest mokra. Jest po prostu promienna. Jakbym właśnie wyszła z japońskiego spa.

Dzień 7-8: Uzależnienie oficjalnie potwierdzone

Robię zdjęcie w naturalnym świetle, bez filtra, bez makijażu. Patrzę i nie poznaję swojej skóry. Jest miękka (dotykam ją pewnie pięćdziesiąt razy dziennie), sprężysta, nawilżona. Te zmęczeniowe szarości, które zwykle widuję rano? Zniknęły. Wyraz twarzy jakby... świeższy? Mój mąż, który zwykle nie zauważa, gdy zmieniam fryzurę, pyta: „Wyspałaś się? Dobrze wyglądasz". Nie wyspałam się. Mam ten sam tryb życia co zawsze. Ale mam nowy krem. I to widać.

Jak używam Tatcha The Dewy Skin Cream - zoptymalizowana rutyna

Po latach eksperymentów zredukowałam pielęgnację do absolutnego minimum. Oto co działa dla mnie:

Wieczorem:

  1. Olejek do demakijażu (masaż 2 minuty, spłukanie)
  2. Japoński lotion - 3 warstwy na wilgotną skórę
  3. Tatcha The Dewy Skin Cream - rozgrzewam w dłoniach, wciskam w skórę

Rano:

  1. Spłukanie twarzy wodą (bez środka myjącego!)
  2. Lotion - 2 warstwy
  3. Tatcha The Dewy Skin Cream - mniejsza ilość niż wieczorem
  4. SPF

Tyle. Cztery produkty na co dzień. Zero serum. Zero ampułek. I skóra, która wygląda lepiej niż przy mojej poprzedniej 8-etapowej rutynie. Ten krem świetnie sprawdzi się przy skórze suchej i odwodnionej - został stworzony dla cer, które piją wilgoć jak gąbka. Polubi się też ze zmęczoną i pozbawiona blasku skórą dojrzałą. Za to może nie być najlepszy dla skóry bardzo tłustej - bogata formuła może być za ciężka na dzień. Sprawdź się wieczorem lub poszukaj lżejszej wersji (Tatcha ma też The Water Cream dla cer tłustych i mieszanych). Może być tez problemem dla osób z ograniczonym budżetem. Ne oszukujmy się, to produkt premium. Jeśli 300+ zł za krem to dla ciebie za dużo (i rozumiem to!), na rynku są tańsze alternatywy z podobnymi składnikami.

Tatcha vs. inne kultowe kremy: porównanie

Używałam wielu „kultowych" kremów zanim trafiłam na Tatcha. Oto jak je porównuję:
La Mer - droższy, bardziej tłusty, ale mniej „rosisty". La Mer daje efekt odżywionej skóry, Tatcha - efekt nawilżonej i promiennej. To różne estetyki.

Charlotte Tilbury Magic Cream - świetny pod makijaż, ale mniej nawilżający długoterminowo. Tatcha pracuje głębiej.

Drunk Elephant Lala Retro - podobna bogata konsystencja, ale Tatcha ma tę „japońską elegancję" w wykończeniu. Mniej matowa, bardziej dewy.

Weleda Skin Food - ułamek ceny, naprawdę odżywcza, ale konsystencja jest gruba jak masło i nie wchłania się tak ładnie. Na zimę jako „ratunkowy" OK, na co dzień zbyt ciężka.

Reklama
Reklama
Reklama