W tym warszawskim salonie robią zjawiskowy herbaciany blond (i nie tylko). To nie jest zwykły „zakład fryzjerski”, to miejsce z duszą
Do 1909 Fryzjerów weszłam, aby obronić swoją siwiznę, którą szczerze lubię. Wyszłam z blondem, w którym srebro nie zostało zamalowane, lecz podświetlone. A nad wszystkim, z życzliwą ironią, unosił się duch syna sieradzkiego szewca, który sto lat temu za pomocą nożyczek zmienił bieg świata beauty.

Fryzjerzy 1909 to miejsce, które pamięta inną epokę
W salonie 1909 Fryzjerzy, na warszawskiej Na Hożej 42 czas płynie pod prąd. Wchodzi się tam z gwaru śródmiejskiej ulicy — z jej hulajnogami, kurierami i zapachem kawy na wynos — prosto w dwudziestolecie międzywojenne, jakby ktoś przy drzwiach przełożył zwrotnicę stulecia. Salon 1909 mieści się w odrestaurowanej z pietyzmem kamienicy z 1895 roku, a wnętrze utrzymano w guście tamtej dekady: stiuki, światło ciepłe jak podwieczorek, lustra, w których łatwiej uwierzyć, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. To nie jest zwykły „zakład fryzjerski”, raczej atelier, które o swojej genealogii mówi już w nazwie.
Bo 1909 to data. Rok, w którym pewien Polak w Paryżu podniósł nożyczki i jednym cięciem przeciął pępowinę łączącą kobiecość z długimi włosami. Salon jest hołdem dla tego gestu i dla człowieka, który go wykonał — Antoniego Cierplikowskiego. Zanim więc usiadłam w fotelu, musiałam poznać patrona. Bo w tym miejscu on jest wszędzie: na zdjęciach, w logo, w duchu cięcia i w samym założeniu, że fryzjerstwo bywa sztuką przez duże „S”. Oczywiście, że o nim słyszeliście – to ten ekscentryczny facet, który sypiał w kryształowej trumnie i wydawał fortunę (kiedy już jej się dorobił).

Antoni Cierplikowski: król fryzjerów, fryzjer królów
Wyobraźcie sobie chłopca z Sieradza, syna szewca i krawcowej, jedno z pięciorga dzieci, który pierwsze fryzury układa siostrze, utrwalając jej rozwiane włosy miodem. Brzmi jak początek baśni, a jest początkiem prawdziwej, oszałamiającej kariery. Antoni Cierplikowski uczył się rzemiosła jako jedenastolatek, w Łodzi, u wuja. Nie było to specjalnie romantyczne, bo wuj był na wsi człowiekiem „od twarzy” (podcinał włosy, wyrywał zęby itd.). Było biednie. W wieku siedemnastu lat, w 1901 roku, Antoni ruszył do Paryża z majątkiem, który mieścił się w dwóch dłoniach. Zabrał ze sobą talent, którego jeszcze nie był świadomy. Umówmy się, w samym Paryżu też nie od początku było różowo. Zatrudnił się w salonie fryzjerskim, ale siedział tam na zapleczu i układał wiązanki z kwiatów dekorujących salon. I potem wydarzył się TEN DZIEŃ. Do salonu przyszła dama pragnąca uczesać się na wieczorny bal, a wszyscy styliści byli diabelnie zajęci. Wywołano Antoniego z piwniczki, aby zaczął przygotowywać włosy klientki, A on wyczarował z jej długich pukli rzeźbę statku, która jak domyślacie się, zrobiła absolutną furorę na balu. Potem już wszyscy chcieli się czesać u „tego młodego Rosjanina”.
Przełom przyszedł w 1909 roku i miał twarz aktorki. Czterdziestotrzyletnia Ève Lavallière z Théâtre des Variétés miała zagrać na scenie dziewczynę o połowę młodszą i przyszła do Antoine'a jak do lekarza — z prośbą, żeby odjął jej lat. Zaryzykował. Zainspirowany krótko ostrzyżonymi dziewczynkami roznoszącymi gazety, ściął jej włosy do wysokości ucha i ułożył w miękkie fale. Aktorka wyszła na scenę jak nastolatka, prasa oszalała, a świat dostał nową fryzurę: à la garçonne, „na chłopczycę”.
Kilka lat później włosy obcięła tak sama Coco Chanel. Krótkie włosy przestały być ekstrawagancją półświatka, a stały się modowym must have.
To, co wydarzyło się potem, brzmi jak scenariusz, który każdy producent kazałby złagodzić, bo „nikt w to nie uwierzy”. Antoine otworzył przy paryskiej rue Cambon pierwszy na świecie tak wytworny damski salon — świątynię piękna z procedurami, w której kobieta dostawała wszystko naraz: strzyżenie, koloryzację, manicure i kosmetykę. To on jako pierwszy w Europie wprowadził do salonu elektryczną suszarkę i (rzecz dziś banalna, wtedy skandaliczna) namówił klientki do mycia głowy poza domem, bo dotąd uchodziło to za czynność zbyt intymną. Wymyślał kolory, jakich nie widziano: turkus, fiolet, sławny „błękit Antoine'a”. Firmował własną linię kosmetyków, prowadził szkoły, zbudował imperium liczące w szczytowym momencie ponad sto salonów na pięciu kontynentach, z filią w domu towarowym Saks na Piątej Alei i kontraktami w Hollywood.

W jego fotelu siadał ten, kto się liczył w pierwszej połowie XX wieku: Greta Garbo, Josephine Baker, Marlena Dietrich, Édith Piaf, Isadora Duncan, Mata Hari, Pola Negri, Brigitte Bardot, Eleanor Roosevelt — pierwsza dama Ameryki, którą przekonał, by ścięła włosy. Nadzorował pracę setek fryzjerów przygotowujących koronację Jerzego VI, a potem Elżbiety II — stąd przydomek: król fryzjerów, fryzjer królów. Ja najbardziej lubię w nim to, że traktował włosy jak marmur albo farbę, na równi ze sztuką wyższą.
Gdy ktoś próbował korygować jego wizję, odpowiadał pytaniem, które powinno wisieć w ramce w każdym salonie: „Czy Picasso pozwala sobie mówić, jak ma malować?”.
Był postacią z rozmachem godnym powieści. Przyjaźnił się z rzeźbiarzem Xawerym Dunikowskim, który pomagał urządzać jego paryskie wnętrza. Zaprojektował sobie w kamienicy piętro ze szkła, a spać kładł się (podobno) w kryształowej trumnie. W międzywojniu krążył własną awionetką nad Sieradzem i zrzucał na miasto kwiaty i prezenty dla rodziny jak bożek rozdający dary z chmur. A na koniec, po śmierci Marie-Berthe Astier (manikiurzystki, żony i cichej architektki całego imperium) cały ten blichtr zwinął, jak zwija się namiot. W 1970 roku wrócił do Sieradza, kupił skromny dom i ostatnie lata przeżył w ciszy, z dala od reflektorów. Zmarł tam w 1976 roku, mając prawie dziewięćdziesiąt dwa lata. Człowiek, który wymyślił nowoczesną kobietę, odszedł niemal po cichu i może właśnie dlatego miejsce takie jak salon 1909 Fryzjerzy jest formą sprawiedliwości: przypomnieniem, że ten geniusz był nasz.
Sprawdziłam na własnych włosach fenomen salonu 1909 Fryzjerzy
Z tą całą historią w głowie usiadłam w fotelu — i przyznaję, że przez chwilę czułam się jak ktoś, kto przyszedł zagrać gamę tam, gdzie kiedyś grano koncerty. Na szczęście w salonie zaopiekowała się mną sama właścicielka, Kasia Poniatowska-Miłek, która wraz z Darkiem Miłkiem zbudowała słynną warszawską markę fryzjerską Milek Design (trzy prężnie działające salony, kilkudziesięciu stylistów). To ta dziewczyna w 2018 roku, z czystej pasji i w hołdzie mistrzowi, otworzyła Fryzjerów 1909. Czyli — dobrze trafiłam!

Przyszłam z prośbą, która w wielu salonach wywołuje popłoch: nie chcę zamalować siwizny. Chcę ją zatrzymać. Od lat obserwowałam, jak srebro wchodzi mi we włosy jak przymrozek w trawę, i miałam już dość traktowania go jak defektu do zatuszowania. Kasia nie drgnęła. Zaczęło się od tego, z czego salon słynie — od wywiadu, rozmowy dłuższej i uważniejszej, niż dostaje się u niejednego lekarza. Pytania o strukturę włosa, o to, jak żyję, jak się czeszę rano, ile mam dla siebie czasu. Dobry fryzjer, wiadomo, czyta z głowy jak z twarzy.
Kasia zadecydowała, zamiast równym pędzlem przykryć srebro, wplotła w moje włosy blond, który moją siwiznę wykorzystał. Chłodne karmelowe cieniuteńkie jak igłą pasma (koloryzacja marką Schwarzkopf) poprowadziła tak, że naturalne srebro stało się światłem w tej kompozycji, nie skazą. Efekt? Siwizna nie znikła, raczej zabłysła jak nitki platyny wpuszczone w ciepły len. Potem było cięcie -i to był moment, w którym poczułam, dlaczego Antoine nazwał ten zawód sztuką. Nożyczki nie „skracały”. Raczej rzeźbiły: odejmowały ciężar, otwierały linię.
Kiedy zdjęto pelerynę, w lustrze zobaczyłam siebie, tylko... lepiej oświetloną. I to jest, jak sądzę, cała tajemnica tego miejsca i cała spuścizna jego patrona: prawdziwa metamorfoza nie polega na tym, żeby stać się kimś innym, lecz żeby wreszcie zobaczyć, kim się jest i uznać, że to wystarczy. Wychodziłam na Hożą w późne słoneczne popołudnie. Ulica znów była współczesna — hulajnogi, kurierzy, zapach matchy. Ale ja przez chwilę pobyłam sobie w innej epoce. Efekt pozostawiam poniżej waszej ocenie. Jeśli się podoba — piszcie. Jeśli nie — niekoniecznie. ;)
