Znacie książkę Caroline Criado Perez pt. Niewidzialne kobiety? Jeśli nie, to polecam prędko tę lekturę nadrobić, bo otwiera oczy naprawdę szeroko. Autorka sprawnie porusza się wśród wszelkich nieprawidłowości, jakimi rządzi się współczesny świat. Naszą rzeczywistość wciąż kształtuje podział na to, co żeńskie i męskie, ignorując przy tym wszystko, co pośrodku, a grupę pierwszą traktując co najmniej po macoszemu. Przy czym Perez posiłkuje się bardzo prozaicznymi przykładami na temat tego, jak osoby identyfikujące się jako kobiety i ich potrzeby są – nie bójmy się tego słowa – bagatelizowane.

Nie będę się tutaj rozpisywać o lekturze samej książki, choć muszę zaznaczyć, że jest jakaś specyficzna, sadomasochistyczna przyjemność, kiedy ogromna doza zaskoczenia miesza się z rosnącym zaciekawieniem, rozgoryczeniem, gorzkim śmiechem, frustracją i mocnym wkur*****em. Dlaczego? Bo jesteś kobietą i zaczynasz zauważać, że współczesny świat nadal nie jest miejscem dla ciebie.

I tutaj chcę przejść do sedna niniejszego wywodu, a mianowicie tematu toalet publicznych. Dla części osób tu zebranych może się to wydać nawet zabawne, ale mam nadzieję, że nawet jeśli ktoś się z tego pośmieje, to przynajmniej na chwilę pochyli się nad obecnym stanem rzeczy. Każda, ale to każda kobieta stała na pewno kiedyś w długiej kolejce do publicznej toalety – czy to w szkole, kinie, centrum handlowym, teatrze, na koncercie, meczu etc. Założę się też, że każda analizowała chociaż raz, jak to się dzieje, że te kolejki się tworzą. Ja to kiedyś przyjmowałam w sumie jako oczywistą oczywistość, naturalną część mojej rzeczywistości, a kończąc oglądać film w kinie, obliczałam, kiedy muszę wystartować do łazienki, żeby zdążyć przed tymi wszystkimi kobietami zebranymi w jednej kinowej sali.

Temat toalet publicznych może wydawać się błahy, ale prawda jest taka, że jest on częścią dużo większego problemu, przy czym wynika z bardzo prostej zależności. Świat był i wciąż jest w ogromnej większości projektowany przez mężczyzn. Wiele współczesnych niedociągnięć w sferze publicznej wcale nie wynika z zamierzonego pomijania kobiet i ich potrzeb, a raczej z niewiedzy i braku dialogu, pytania kobiet o zdanie. Na szczęście i to się zmienia – również dzięki takim autorkom jak Perez – bo osoby identyfikujące się, jako kobiety, ale też i wszelkie mniejszości zaczynają nareszcie głośno artykułować swoje potrzeby.

Wracając do samych toalet, to tutaj sprawa jest również, jakże by inaczej, regulowana przez polskie prawo. W rozporządzeniu Ministra Infrastruktury z dnia 12 kwietnia 2002 r. w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie możemy przeczytać, że:

1.  W budynku użyteczności publicznej i zakładu pracy należy urządzić ustępy ogólnodostępne. Jeżeli liczba osób w pomieszczeniach przeznaczonych na pobyt ludzi na danej kondygnacji jest mniejsza od 10, dopuszcza się umieszczenie ustępu na najbliższej, wyższej lub niższej kondygnacji.

1a.  Ustępów ogólnodostępnych, o których mowa w ust. 1, nie urządza się w budynku obsługi bankowej, handlu lub usług o powierzchni użytkowej do 100 m2 włącznie.

2.  W budynkach, o których mowa w ust. 1, w ustępach ogólnodostępnych powinna przypadać co najmniej jedna umywalka na 20 osób, co najmniej jedna miska ustępowa i jeden pisuar na 30 mężczyzn oraz jedna miska ustępowa na 20 kobiet, jeżeli przepisy dotyczące bezpieczeństwa i higieny pracy nie stanowią inaczej. W przypadku gdy w pomieszczeniach przeznaczonych na stały pobyt ludzi liczba osób jest mniejsza niż 10, dopuszcza się umieszczenie wspólnego ustępu dla kobiet i mężczyzn.

Proste działanie matematyczne pokazuje, że tak naprawdę my kobiety wychodzimy na tym gorzej. Zrównajmy liczby tak, żeby mieć 60 mężczyzn i 60 kobiet. W takim rozrachunku mężczyźni otrzymują 4 „oczka”, a kobiety tylko 3. Śpieszę od razu z wyjaśnieniem słowa „oczko” w toalecie – jest to po prostu określenie na pisuar i sedes w języku architektów. Od razu wyjaśniam również, że nie chce tu i teraz odbierać prawa mężczyznom do toalet. Bardzo fajnie, że jest grupa osób na świecie, która nie marnuje połowy życia na staniu w kolejce, by załatwić swoje fizjologiczne potrzeby. Ale tu warto pochylić się na różnicami między płciami, które są naturalne, niepodważalne i nie mamy na nie wpływu. Natomiast argument, że kobiety „pudrują noski” w łazienkach i stąd ten problem może już naprawdę odejść w zapomnienie. I jeszcze jedno – feminizm to dążenie do równości, a nie zwalczanie mężczyzn. To zauważanie i przyjmowanie różnic między ludźmi. To dążenie do tego, aby minimalizować niedogodności z nich wynikające i wyrównywać szanse niezależnie od tożsamości płciowej.

Dlaczego więc obecne rozwiązanie prawne jest krzywdzące dla osób korzystających z toalet oznaczonych kółkiem? Bo kobiecy pęcherz ma mniejszą pojemność niż męski, przez co mniej więcej dwa razy częściej korzystamy z łazienki. Mamy okres przez średnio 5 dni w miesiącu, co wiąże się nie tylko ze zmianami podpasek, tamponów, opróżnianiem kubeczkówe etc, ale innymi dolegliwościami „okołookresowymi”, kiedy dostęp do toalety i bieżącej wody jest szalenie istotny. Bo kobiety zachodzą w ciąże i częściej wtedy siusiają, bo po prostu dziecko uciska na pęcherz. Mamy też inną budowę cewki moczowej i dlatego jesteśmy narażone na znacznie częstsze choroby układu moczowego. Sama konstrukcja publicznych toalet też nam nie sprzyja, bo korzystanie z zabudowanej kabiny często wymaga niezłych umiejętności fizycznych. Osobiście mam jeszcze jeden zarzut, ponieważ życie przez kilka lat w Kopenhadze podniosło moje oczekiwania odnośnie standardu miejsc użyteczności publicznej. Chodzi o umywalki w kabinach, a nie przed wejściem. Ciężko o zachowanie odpowiedniej higieny, zwłaszcza podczas okresu, jeśli nie mamy dostępu do bieżącej wody przed/zaraz po zmianie np. kubeczka menstruacyjnego.

Jedna z moich ulubionych osób na Instagramie Martyna M. Kaczmarek (zresztą inspiracja do tego tekstu @martynakaczmarek) tłumaczy jeszcze dwie bardzo ważne zależności co do toalet. Odejmując czynniki biologiczne zostaje nam równie ważny aspekt ról społecznych kobiet, które są niezauważalne i niedoceniane. Martyna słusznie alarmuje, że „kobiety częściej pełnią opiekę nad osobami schorowanymi i z niepełnosprawnościami – zarówno zawodowo, jak i rodzinnie. A także „biorą ok.96% urlopów rodzicielskich, a opieka nad dziećmi (do pewnego wieku) w miejscu publicznym wymaga również większej ilości czasu w toalecie”.

Jaki z tego wniosek? Jak zwykle bardzo prosty, wręcz banalny. Edukujmy, rozmawiajmy i słuchajmy się wzajemnie, wyrażajmy głośno nasze potrzeby. Z różnicami wynikającymi z natury nie należy walczyć. Warto je poznawać, starać się rozumieć i akceptować, żeby móc w pełni wykorzystywać ich potencjał. Każda innowacja wynikająca z rozpoznania potrzeb pojedynczych grup wzmacnia je, ale też wpływa na życie całych społeczności. Udogodnienia nawet w małych sferach życia wpływają na kolejne, budując społeczeństwa otwarte i empatyczne. Ludzie, których potrzeby są rozumiane i realizowane czują się istotni, zauważeni, odzyskują godność. A tylko w takich warunkach możemy budować przestrzeń dla wszystkich.