Czym są feminatywy?

Feminatywy lub feminatywa – to pochodząca z łaciny oboczna (czyli obie formy są poprawne) nazwa rzeczowników rodzaju żeńskiego, które w języku polskim występowały i występują do dziś. Najczęściej kojarzymy je, kiedy mowa o żeńskich odpowiednikach męskich nazw zawodów.

Nazwy żeńskie w starych słownikach

Feminatywy rzeczywiście mają długą tradycję językową. Otóż, jak odnotowuje Stanisław Krawczyk w magazynie „Kontakt” w tekście „Gender niszczył nasz język już w XVI wieku”, „Słownik polszczyzny XVI wieku”opracowywany w Instytucie Badań Literackich PAN utrwala żeńskie nazwy, które kiedyś były w użyciu. Znajdziemy tam zarówno funkcjonujące do dziś formy, jak i przestarzałe, np. „łotryni”. Krawczyk przypomina również o takich słownikach jak choćby ten autorstwa Samuela Bogumiła Lindego z lat 1807-1814, gdzie również znajdziemy żeńskie formy, np. „burmistrzyni”. Nic dziwnego, że takie wersje żeńskie się pojawiały, w końcu są one jak najbardziej zgodne z zasadami słowotwórczymi języka polskiego. Można przytoczyć na potwierdzenie stanowisko Rady Języka Polskiego z 19 marca 2012 roku „(…) formy żeńskie nazw zawodów i tytułów są systemowo dopuszczalne. Jeżeli przy większości nazw zawodów i tytułów nie są one dotąd powszechnie używane, to dlatego, że budzą negatywne reakcje większości osób mówiących po polsku”.

Posełki – osiem pierwszych kobiet

Powstawanie i rozpowszechnianie się nowych rzeczowników rodzaju żeńskiego może i budziło kiedyś emocje, ale zdaje się nie aż tak negatywne jak obecnie. W czasach, kiedy kobiety zyskiwały kolejne prawa – do nauki, do pracy, pojawiały się w życiu publicznym, tworzono także żeńskie nazwy zawodów. Dla ówczesnych użytkowników języka, zwłaszcza profesjonalistów jak dziennikarze i dziennikarki, było to naturalne, że poprawnie jest posługiwać się formą żeńską. Taka sytuacja miała miejsce w 1919 roku, kiedy do Sejmu Ustawodawczego II Rzeczypospolitej weszło 8 kobiet. Głowiono się wtedy nie nad tym, czy nazywać je w formie męskiej czy żeńskiej, lecz jak ta ostatnia powinna brzmieć: posłanki, posełki, poślice? Na tamten moment popularność zyskiwały posełki. Taki też tytuł nosi książka Olgi Wiechnik, która opisuje sylwetki 8 pierwszych posełek. Znajdziemy tam sporo przykładów tego, że formy żeńskie były w codziennym użyciu. Zwracano się też do obywateli i obywatelek, czyli stosowano splitting – użycie równocześnie rzeczowników męskiego i żeńskiego.

Maskulinizacja języka w PRL-u

Niestety w połowie lat 50. XX wieku zaczęto odchodzić od takiej formy i do zbiorowości, składającej się zarówno z kobiet, jak i mężczyzn, zwracano się coraz powszechniej w rodzaju męskoosobowym, przez co udział kobiet w życiu publicznym choć coraz powszechniejszy, to jednak stawał się językowo niewidoczny. Michał Rusinek potwierdza niechlubne zasługi PRL-u na tym polu w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”: „Do męskich nazw zawodów i funkcji przyzwyczaił nas PRL. To wtedy próbowano pozbawić zawody płci, uznając, że kobiety i mężczyźni są równi. A przez to, że niemożliwa gramatycznie jest wersja zawodu w rodzaju nijakim, obowiązująca stała się forma męska”.

Dlatego środowiska feministyczne walczą o równouprawnienie także na polu języka. Obrońcy jedynie męskich wersji nazw zawodów argumentują, że są one bardziej prestiżowe. Tu znów można przytoczyć słowa Rusinka: „Patriarchalny model społeczeństwa, patriarchalny model rodziny, patriarchalny model panujący w przedsiębiorstwach utrwalony przez kulturę pokazuje, że prezesem jest mężczyzna. Który rzecz jasna ma sekretarkę. Podział ról jest w naszej kulturze ściśle ustalony i oczywisty”. Podobne językowe przemyślenia ma Jacek Dehnel, o czym napisał kilka dni temu na swoim koncie na Facebooku: „Przeszkadzają tam, gdzie mężczyzn kobieta kole w oczko, na pozycjach władzy. Feminatywy nie przeszkadzają w »sprzątaczce« i »służącej«, gdzie są rzekomo »normalniejsze«”.

Śmieszne słowa?

Z dzisiejszej perspektywy argument o prestiżu traci rację bytu, stanowi podkreślanie niesprawiedliwości, nierówności, niewidoczności. Inna sprawa, że przez dominację męskich form nie tworzono lub nie używano żeńskich i te, obco dziś brzmiące, nowe, budzą w nas lęk czy śmiech. A przecież to tylko słowa i kwestia osłuchania się z nimi, używania, by nam spowszedniały, by przedszkolanka i przedszkolanek czy adwokat i adwokatka stały się równoważne, równie naturalne. A tak na marginesie, dla tych, którzy śmieją się z reżyserki (dla mnie – podobnie jak redaktorka, wydawczyni, prezeska – nie budzi żadnych emocji, jest totalnie akceptowalnym słowem, którego używam w pierwszej kolejności w stosunku do osoby, kobiety, a nie do pomieszczenia) – przecież adwokata można tak samo obśmiać, biorąc go za likier a nie poważnego absolwenta prawa, który pojawia się na sali rozpraw.

Niewidzialne kobiety, czyli język narzędziem niebezpiecznej dyskryminacji

Dobrym przykładem językowej niewidzialności i tego, jak męskoosobowa forma może być krzywdząca jest aleja Włókniarzy w Łodzi. Ta nazwa zupełnie zaciemnia historię zawodu, w którym pracowały głównie kobiety – włókniarki. O tej niesprawiedliwości przypomina Marta Madejska w swojej książce „Aleja Włókniarek”. Jednak walka o feminatywy może być nie tylko działaniem na rzecz sprawiedliwość, o czym pisze Marcin Napiórkowski w artykule „Żeńskie końcówki to kwestia życia i śmierci” na portalu Mitologiawspolczesna.pl. Napiórkowski odnosi się w swoim tekście do kwestii tego, że świat projektowany jest pod mężczyzn. Podaje przykład manekinów, których używa się do testowania samochodów w czasie wypadku. Manekiny te zwykle są wymiarów i ogólnie budowy przeciętnego mężczyzny. I to właśnie dla nich samochody są bezpieczne, dla kobiet są bezpieczne dużo mniej. Inny przykład? Testy leków. Pierwszą grupę badawczą stanowią mężczyźni. Lek na nich nie działa? Do kosza. Niewykluczone jednak, że to, co nie działa na męski organizm, zadziałałoby na kobiecy… Napiórkowski odnosi się też do słowa „gościni” – z jego powodu było ostatnio gorąco w publicznej debacie, o czym za chwilę. „Jako semiotyk jestem niemal pewny, że niechęć do słowa >>gościni<< ma jakiś związek z tym, że co zajrzę w telewizor, to w studio siedzą sami mężczyźni. Mieli być goście programu – są goście.” I dodaje: „Na niewidzialność kobiet w licznych obszarach życia składa się wiele czynników. Sposób zaprojektowania przestrzeni, bodźce ekonomiczne, biologia, uprzedzenia, tradycja, religia… Ale język jest niewątpliwie jednym z najważniejszych czynników, umożliwiającym konsolidację pozostałych”. Zatem nieobecność kobiet w języku, który ma wpływ na postrzeganie przez nas rzeczywistości, wpływa na niewidoczność ich w społeczeństwie. A skutki męskocentrycznego spojrzenia mogą mieć nawet śmiertelne skutki, dlatego podkreślanie płci w języku ma kluczowe znaczenie, działa na naszą wyobraźnię.

Zobacz także: Co oznacza słowo feministka? Kto to taki? Wyjaśnia Paulina Klepacz w rozmowie z Karoliną Cwaliną

Posłanki Lewicy walczą o żeńskie końcówki

Mimo wszystko feminatywy w dzisiejszych czasach wciąż budzą kontrowersje, choć wydawałoby się, że po prostu powinny być coraz powszechniej używane, skoro nie są ani nowe, ani dziwne, nie szkodzą, a działają w imię sprawiedliwości. Tymczasem kilka dni temu wybuchła medialna emocjonująca dyskusja po tym, jak Magda Biejat, posłanka Lewicy, w poście na Instagramie nazwała siebie gościnią, zapowiadając swoją wizytę w telewizji. – Według mnie ta burza, która się rozpętała, dowodzi tego, że kwestia żeńskich form jest istotnym problemem – mówi nam polityczka. – Używam feminatywów w stosunku do siebie, bo uważam, że język konstruuje rzeczywistość i nie bez powodu jest duży opór wobec żeńskich nazw zawodów, które wiążą się z większym prestiżem społecznym. To odzwierciedla miejsce kobiet w społeczeństwie, nierówność. Według mnie ważne jest podkreślanie, że kobiety także są dyrektorkami, architektkami czy posłankami, bo pokazuje naszą obecność w tych dziedzinach. Kiedy używamy formy męskiej, mówimy np. architekt, w pierwszej kolejności staje nam przed oczami mężczyzna, wydaje nam się, że to taki męski zawód, co zupełnie nie przekłada się na to, jak sytuacja wygląda naprawdę. Cieszy mnie, że małe dziewczynki zaczynają być uświadamiane, że mają równe prawa, powstają takie publikacje jak „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek”, pokazujemy herstorię, to, że kobiety też miały i mają wpływ na losy świata, spełniają się także w innych rolach, nie tylko tych tradycyjnie uznanych za kobiece – podkreśla nasza rozmówczyni.

Posłanki Lewicy poszły za ciosem i złożyły w Kancelarii Sejmu postulat, by w oficjalnych dokumentach sejmowych zaczęło występować słowo „posłanka”: „Zwracamy się z prośbą o uwzględnienie naszej płci w nazewnictwie zarówno w dokumentach będących w obiegu Sejmu RP, jak i we wszelkiego rodzaju przedmiotach przeznaczonych do naszego użytku. Szczególnie zależy nam na takich przedmiotach jak: karty do głosowania czy tabliczki, które wskazują nasze miejsce na sali plenarnej. Pragniemy, aby sformułowanie >>posłanka<< było tym, które na wspomnianych dokumentach się pojawi”. – Sprawa feminatywów jest ważna, ale powinna być już na porządku dziennym a nie budzić kontrowersje. Nasz postulat o stosowanie wobec nas żeńskich form nie jest nowy – już Wanda Nowicka dwie kadencje temu walczyła o formy takie jak posłanka czy marszałkini i miała swoje sukcesy – przypomina Magda Biejat. – Szkoda, że takich emocji jak feminatywy nie budzą sprawy transportu publicznego, ochrony zdrowia, brak miejsc w żłobkach czy prawa lokatorskie, o czym chcemy jako Lewica rozmawiać.

W ostatnich dniach popularny był też mem zestawiający byłego posła Artura Zawiszę, o którym było głośno z powodu jazdy samochodem po pijanemu czy z potrącenia rowerzystki, z Marceliną Zawiszą z partii Razem. Ten przykład świetnie przedstawiał, po co nam są żeńskie końcówki, jak i to, dlaczego posłanka Zawisza nie chciałaby być pomylona z posłem Zawiszą.

Można też jeszcze w tym miejscu wspomnieć równie medialne dyskusje. Tę o formie ministra zapoczątkowała w 2004 roku Izabela Jaruga-Nowacka w 2004 roku, a następnie do sprawy powróciła Joanna Mucha w 2012 roku.

Język neutralny płciowo – wyzwanie współczesności

Język jest żywym tworem, a my – jego użytkowniczki i użytkownicy czy też użytkujące go osoby – mamy na niego ogromny wpływ. I dobrze, bo ten z kolei, opisując naszą rzeczywistość, ma też wpływ na jej kształt i na nas. Więc to niebagatelna rola. Napiórkowski pisze w swoim tekście, że o język warto powalczyć, a „każda wypowiedziana >>chirurżka<<, >>muzykolożka<< i >>profesora<< przybliża nas o krok do świata, w którym kobiety wykonujące te funkcje nie są już niewidzialne (ani przebrane za mężczyzn)”. Więc walczmy, używając odpowiedniego języka. Możemy też wziąć udział w akcji zapoczątkowanej na Instagramie i zgłosić na stronie sloworoku.uw.edu.pl „feminatyw”. Niech o żeńskich nazwach mówi się jak najwięcej, żebyśmy były widoczne! A kiedy już oswoimy się z feminatywami, to czas pomyśleć o języku jak najbardziej neutralnym płciowo. Bo język, jak już wiemy, może być dyskryminujący. W obecnej formie niewidoczne w języku są na przykład osoby niebinarne, nieidentyfikujące się z żadną płcią. Dlatego stawiajmy, kiedy tylko możemy na jak najszersze formy lub najbardziej neutralne płciowo, w których będzie mogło się odnaleźć jak najwięcej osób. I pamiętajmy, by mieć wrażliwość językową i najlepiej pytać nowo poznane osoby, jak chciałyby, aby się do nich zwracać. To pytanie może nas na początku krępować, być dziwne, ale jak feminatywy i inne nowe działania – na pewno prędzej czy później wejdzie nam w krew i stanie się oczywistością. Mamy wpływ na język, a co za tym idzie na naszą rzeczywistość – warto to podkreślić jeszcze raz. To wielka odpowiedzialność, ale i wielka siła, dzięki której możemy zmieniać świat na lepszy.

Zobacz także: 5 książek o ciele, seksie i feminizmie, które warto przeczytać tej jesieni