Maja Staśko: Połknęliśmy czerwoną tabletkę

Na Instagramie Maję Staśko śledzi 50 tysięcy osób. Jest jedną z młodszych twarzy protestów, tworzy z młodymi Polkami dużą społeczność, będącą głosem pokolenia. Ale Maja przede wszystkim oddaje głos ofiarom – przemocy, gwałtów, niesprawiedliwości, wyzysku. Sama też ma sporo do powiedzenia – o kryzysie autorytetów, krzywdzących stereotypach, oddolnych działaniach i o tym, gdzie otrzymać pomoc po przemocy.

Arek Zagata, Glamour: Czym jest kultura gwałtu, z którą walczysz?

Maja Staśko: Kulturę gwałtu trudno zdefiniować, bo funkcjonujemy w niej na co dzień i często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Przykład – chłopiec ciągnie dziewczynkę za warkocze, a kiedy ona mówi mamie: „Bolało mnie to”, słyszy: „Nie przejmuj się, on to robi, bo mu się podobasz”. Komunikat, jaki do niej trafia, jest jasny – jeśli ktoś nas krzywdzi, to jest to dowód uznania. W komediach romantycznych mężczyźni zabiegają o względy kobiet, stosując stalking lub nękanie. Nigdy nie odpuszczają, koczują pod domami kobiet i śpiewają im serenady. Kobieta mówi wprost, żeby przestał, ale on nie słucha, a w końcu i tak ją zdobywa i żyją długo i szczęśliwie. Kultura gwałtu nie oznacza jednak kultury w wąskim pojęciu – filmu, sztuki, literatury, muzyki. Zawiera się też w edukacji i w wychowaniu. Istnieje w Kościele, który ma na nas bardzo silny wpływ, w mediach, również tych społecznościowych. Gdziekolwiek zajrzymy – od telewizji po YouTube’a – zobaczymy te schematy. I gdy już je dostrzeżemy, połkniemy tę czerwoną tabletkę (jak w „Matriksie”), to nagle widać świat, który jest wobec kobiet bardzo opresyjny.

Podświadomie oswajamy się z kulturą gwałtu.

Tak! Zresztą to nie dotyczy tylko kultury gwałtu. Nie wygramy z nią bez uświadomienia sobie, że odnosi się to do nas wszystkich.

Kiedy okazało się, że Dominic z „Top Model” był skazany za gwałt ustawowy na nieletniej dziewczynie, TVN bez wahania usunęło go z show. Ale wielu pisało: nie skreślajcie go za jeden błąd.

To dobrze zbadana reakcja: stawanie po stronie oprawcy i niewiara w to, co zrobił, są psychologicznie łatwiejsze. Myślimy sobie: „Przecież to jest świetny koleś, grzeczny, przystojny. Aha, to ofiara jest szmatą, puściła się, potem pożałowała”. Uznaje się powszechnie, że gwałciciel to człowiek z półświatka – bez zębów i znajomych. A skoro taki „miły chłopak” jest gwałcicielem, to może się okazać, że mój brat, partner czy znajomy też nim będzie. Nie dopuszczamy do siebie takiej myśli. Będziemy jednak bezpieczniejsi, gdy zdamy sobie sprawę, że większość oprawców to mili goście z mnóstwem znajomych. Jeśli będziemy pielęgnować w sobie ten mit bezpieczeństwa i dalej ich bronić, ofiary – w Polsce to setki tysięcy – będą na tym tracić.

Głosów obwiniających ofiary Michaela Jacksona czy Romana Polańskiego też nie brakuje. Mówią: może i nabroili, ale to świetni artyści.

Dla każdej osoby, która doświadczyła przemocy, uznanie, że ta przemoc to „nabrojenie”, jest bardzo krzywdzące. Po ujawnieniu oprawców często pojawiają się głosy, że przecież każdy popełnia błędy. Każdy gwałci? To pokazuje, jak trudno jest ofiarom, którym trauma może towarzyszyć przez resztę życia.

Jak to zmienić?

W naszej szkole nie ma edukacji antyprzemocowej, ani nauki relacji opartych na szacunku i zgodzie. W związku z tym są mężczyźni, którzy nie wiedzą, że zawołanie za kimś: „Fajna dupa!”, to nie jest komplement. Edukacja seksualna to też nauka o tym, czym jest zgoda. Nawet dorosłe kobiety często nie wiedzą, że zdjęcie prezerwatywy w trakcie seksu to też gwałt. Kiedy robiłam wywiady do książki „Gwałt polski”, okazało się, że wiele gwałtów, które przeżyły moje bohaterki, było codziennych, banalnych. Mężczyźni byli przekonani, że mogą sobie wziąć, i tyle.

Edukacja to podstawa, ale elity też powinny dawać przykład. Ty wytykasz błędy i politykom, i celebrytkom, i influencerkom. Czy protesty kobiet przyspieszyły kryzys autorytetów?  

Myślę, że jeszcze za wcześnie, aby to tak analizować. Nie nazwałabym tego może kryzysem autorytetów, tylko raczej demokratycznymi dążnościami. Wychodzimy z grzeczności: z posłuszeństwa, poczucia, że te autorytety wiedzą wszystko i że skoro mają duże zasięgi, to powinniśmy ich słuchać bezkrytycznie. Przecież gdyby nie zwykli ludzie, to posłowie w Sejmie nie mieliby swojej władzy, a celebrytki nie byłyby sławne – to my dajemy im zasięgi. Warto więc krytykować osoby u władzy, szczególnie gdy umacniają mity.

Wokół Twojego konta powstała duża społeczność. Wspieracie się nawzajem?

Tak! Bardzo to czuję, i to jest niesamowite. Piszą do mnie osoby potrzebujące wsparcia, bo na przykład zrozumiały, że doświadczyły gwałtu. Rozmawiamy przez telefon albo się spotykamy. Jeżdżę z nimi na rozprawy, piszę o nich artykuły czy reportaże (jeśli tego chcą) i zakładam zbiórki na ich rzecz. Przekazuję im namiary na organizacje, psycholożki i prawników, którzy za darmo udzielają wsparcia. Ja także dostaję bardzo dużo od innych. Czasem myślę, że nawet więcej, niż sama daję. To mnie wzmacnia. Wasza grupa brzmi świetnie. Do momentu, gdy nazwiemy ją feministyczną. Dlaczego feminizm działa na Polki i Polaków jak płachta na byka?

Chyba przez to, co przez wiele lat pokazywały prawicowe media i konserwatywni politycy. W jaki sposób najłatwiej zdyskredytować kobietę? Powiedzieć, że jest brzydka, ma włosy pod pachami i nie ma faceta. Media grzmią: „Te straszne feministki, Marta Lempart jest brzydka, i dlatego nie była na okładce”, zamiast „Feministki prowadzą Feminotekę, Centrum Praw Kobiet i Niebieską Linię, do których zawsze możesz się zgłosić i gdzie dostaniesz darmowe wsparcie”. Feministki chodzą ze sobą na rozprawy, wysłuchują problemów innych, pomagają spłacić czynsz, organizują się w związkach zawodowych, wychowują dzieci z niepełnosprawnościami, utrzymując się z niewystarczających świadczeń pielęgnacyjnych. W przeciwieństwie do rządu, który dużo krzyczy w mediach, zamiast działać, my wiemy, jak wygląda prawdziwe życie i jak rozwiązać nasze problemy. Tyle że uprzywilejowani nie chcą zmian – im jest dobrze, a każda reforma to ciężka praca.

Gdy widzisz, że dzieje się zło, nie siedzisz cicho, tylko krzyczysz. Od czego zaczęła się Twoja działalność?

Przez długi czas siedziałam cicho, bo zawsze byłam prymuską. Idealną, posłuszną, grzeczną, więc i cichą – bo tak wychowywane są dziewczynki… Po ukończeniu krytyki literackiej, zdałam sobie sprawę, że w środkowisku literackim seksistowskie zachowania świadczą o dowcipie i talencie autora. I potwornie mnie wkurzało to, jak mówiło się o kobietach, z jaką pogardą traktowało się literaturę „kobiecą” – bo dla nich to, co kobiece, było gorsze. Miałam dość. Postanowiłam, że będę krzyczeć. Zaczęłam o tym pisać, a z czasem zgłaszało się do mnie coraz więcej dziewczyn ze swoimi historiami.

Jaka jest skuteczna metoda walki z oprawcami?

W tej chwili najskuteczniejszym sposobem jest call out, czyli ujawnienie sprawcy przemocy seksualnej przez jego ofiarę. Bo wymiar sprawiedliwości działa bardzo średnio. 67 proc. spraw związanych z gwałtami jest umarzana z powodu niekompetencji prokuratur i sądów. Poza tym biegli sądowi często nie mają wiedzy w zakresie przemocy seksualnej czy mechanizmów jej działania. I pojawiają się takie kwiatki, jak: wcześniej mieli romans, więc do gwałtu nie mogło dojść. Biegli to często ludzie, którzy ostatnio mieli jakiekolwiek zajęcia o psychologii człowieka 20 lat temu. Od tego czasu nie aktualizowali swojej wiedzy, a teraz mają być autorytetami w zakresie przemocy? To jest straszne.

Skoro nie ma co liczyć na system, to gdzie się zgłosić po pomoc?

Do mnie! Choć prawo jest po naszej stronie – może poza nieprzystającą definicją zgwałcenia w Kodeksie karnym – niestety, jego mechanizmy nie sprawdzają się w praktyce. Na szczęście są organizacje pozarządowe, takie jak Feminoteka, Centrum Praw Kobiet i Niebieska Linia. W wielu miejscowościach są też centra interwencji kryzysowej. Centrum ma siedziby w Żyrardowie, Poznaniu, we Wrocławiu i w Warszawie. Do pozostałych można zadzwonić. Feminoteka wysyła potrzebującym wsparcie finansowe ze swojego Funduszu Przeciwprzemocowego. Osoby po gwałcie, które nie są w stanie podjąć pracy ze względu na traumę stresu pourazowego, mogą dzięki takiemu wsparciu opłacić czynsz. To jest o tyle straszne, że tak naprawdę to wyręczamy w tym państwo. W 2015 roku organizacjom odebrano dofinansowanie i w związku z tym muszą szukać funduszy na własną rękę. Mamy paradoks: państwo nie tylko nie wykonuje swojej pracy, lecz także odmawia wsparcia organizacjom, które je w tej pracy wyręczają.

Wiemy, że bliska osoba doświadczyła przemocy seksualnej. Jak jej najlepiej pomóc?

Wspierać bezwarunkowo. Cokolwiek ta osoba zrobi, bądź zrobiła. Jeśli ofiara podała gwałcicielowi śniadanie, to nie możemy mieć jej tego za złe. Miejmy pretensje do gwałciciela, że zgwałcił. Każda rada albo komentarz, że „mogłaś nie iść w tej spódniczce”, są dla takiej osoby bardzo bolesne. To nie ulica gwałci, nie alkohol, nie spódniczka. Gwałci gwałciciel. Podajmy takiej osobie namiary na organizacje, wyszukajmy do nich numery, a nawet za nią zadzwońmy. Ale przede wszystkim wspierajmy bezwarunkowo. Pytajmy: czego ci potrzeba, co mogę dla ciebie zrobić? Jestem dla ciebie, czegokolwiek byś potrzebowała. Jestem.

Tekst pierwotnie ukazał się w magazynie „Glamour”.