Znam osoby, które w Excelu liczą sobie orgazmy.


Po co?

Żeby zachować symetrię w związku, mieć porównanie. Każdy musi mieć tyle samo, dopiero wtedy można mówić o równouprawnieniu. Tylko czy naprawdę można zestawić jeden orgazm z drugim w tabelce? I czym on jest dla niej i dla niego?


No właśnie czym?

Definicja seksuologiczna mówi, że to szczytowy moment przeżywania przyjemności seksualnej. W różnych językach znaczy on co innego – po francusku to na przykład mała śmierć. Ostatecznie definiowanie orgazmu mija się z celem, bo tak naprawdę dla każdego oznacza co innego.


Ale po czymś chyba możemy go rozpoznać?

Klasyczne symptomy to rytmiczne skurcze mięśni dna miednicy, skurcze zwieraczy cewki moczowej i odbytu, połączone z napięciem mięśni całego ciała. Dla niektórych to zawroty głowy, mrowienie w dłoniach, stopach, przyspieszony oddech, na baczność postawione sutki. Do tego przejściowe poczucie bardzo intensywnej przyjemności na granicy ze zmianą stanu świadomości. Wiele kobiet mówi, że dalej już nic nie ma.


To dlaczego upierasz się, że to subiektywne?

Bo bywa różnie! Są kobiety, które uważają, że wystarczy trochę się postarać i można mieć serię orgazmów z rzędu – fake it until you make it! Udawaj, to wreszcie go poczujesz. I są takie, które wykonują mnóstwo zabiegów, żeby go mieć – czytają gazety, chodzą na warsztaty, kupują wibratory, zmieniają partnerów, ćwiczą jogę i oddychanie, ale ciągle nic.

(Seks)lektury: książki o seksualności, które warto przeczytać


Dlaczego?

Niektóre dziewczyny nie znają swojego ciała – nigdy nie dotykały się z czułością. Nie lubią swojej pochwy, nigdy jej nie widziały, nie myślą o niej jak o źródle przyjemności. Inne wciąż są pod wpływem przekonań wyniesionych z domu, niekiedy religijnych. Uważają, że przyjemność im się nie należy, że seks musi budzić poczucie winy, że to grzech. Jeszcze inne drżą na wspomnienie kogoś z przeszłości, kto przekroczył w jakiś sposób ich granice. I nawet jeśli mają wiedzę i dobre doświadczenia z domu rodzinnego, to to wspomnienie blokuje je na tyle, że orgazmu nie mają.

Myślę, że dopiero koło trzydziestki kobiety zaczynają się swoim orgazmom, albo ich brakowi, przyglądać. Temu, co on w ich relacji znaczy, co symbolizuje. Zauważają, że nie domagają się go wystarczająco albo że całe życie go udawały. Ewentualnie że przyzwyczaiły swojego partnera i siebie do tego, że go po prostu nie ma. Czasem uznają, że jeśli partner doszedł pierwszy, to trudno, stracone, dla nich już nic nie będzie. Niektóre kobiety raczej nie mówią o swoich potrzebach, a jeśli już powiedzą o nich partnerowi, to zdarza się, że on wypali: „Dlaczego wcześniej o tym nie mówiłaś?!” Albo: „Nie jestem w tym dobry”? To znajdź sobie kogoś innego, proszę bardzo! Na szczęście są też tacy – i z nimi częściej mam do czynienia – którzy cieszą się, że ich partnerka o tym mówi. I że chce zmiany.

Seksualne statystyki: uprawiamy coraz mniej seksu. Z czego to wynika?


Mam wrażenie, że mężczyźni często są w klinczu – z jednej strony nie wierzą w to, że kobiety udają, a z drugiej jak już się zdarzy, że któraś z nich nie ma orgazmu, to oni wpadają w stupor, nie wiedzą, co z tym zrobić. Nie tylko z tym, że ona nie ma orgazmu, ale też z tym, że go nie udaje!

I szybko tracą poczucie własnej wartości. Dlatego wydaje im się, że natychmiast trzeba partnerkę symbolicznie zdewaluować – na przykład więcej się do niej nie odezwać, bo ona przypomina o wielkiej porażce i konfrontuje ich z tą straszną rzeczywistością, z którą nie wiedzą jak się uporać. Albo zniszczyć komentarzami, że coś jest z nią nie tak.


Że jest oziębła.

Myślę, że cały ten kobiecy pęd ku orgazmowi wynika wyłącznie z komercji. Jest taki film Orgasm Inc., o tym, jak orgazm stał się produktem. No bo przecież od lat sprzedaje się go jako coś, co każdy powinien mieć. Kobiece pisma pełne są porad w stylu: 100 sposobów na to, jak dać mu orgazm. Albo: 15 zaskakujących efektów ubocznych orgazmu. Ewentualnie: Pozycja w seksie, która zapewni orgazm kobiecie w ciąży. Sama idea jest fajna, bo faktycznie byłoby wspaniale, gdyby każdy mógł mieć orgazm. Ale z tego zrobił się przymus: musisz, a nie możesz.


A jeśli nie masz? Przychodzi do ciebie kobieta, ma 32 lata, i mówi: „Nie mam orgazmów, nigdy ich nie miałam. A chciałabym, bo czuję, że to ciekawa sfera, chcę ją poznać”.

To otwiera przestrzeń do wielu rozmów – początkiem jest zwykle zdefiniowanie oczekiwań wobec relacji. I seksu, czyli też orgazmu.


Ale jeśli ktoś go nie zna? To jak ma go zdefiniować?

Pisała o tym Stella Resnick w książce Pleasure zone – jak wiele osób dziś wyklucza ze swojego życia przyjemność. Wydawałoby się, że jest odwrotnie – żyjemy w narcystycznych czasach, tymczasem często zwłaszcza kobiety myślą, że nie może być za dobrze, bo to jest podejrzane. Albo jeśli teraz jest dobrze, to za chwilę na pewno będzie źle. Poza tym przyjemność wiąże się z odpuszczeniem kontroli, a z tym kobiety często mają problem. Jeśli więc klientka mówi mi, że nie pamięta, kiedy ostatnio zjadła z przyjemnością jakiś posiłek albo kiedy ostatni raz zrobiła dla siebie coś miłego: bez presji czasu czytała książkę, kupiła sobie sukienkę, wyszła na wino z przyjaciółmi albo wybrała się gdzieś sama na weekend, to natychmiast jest dla mnie trop, chcę dowiedzieć się więcej. Bo jeśli nie robimy dla siebie czasem czegoś bezinteresownie przyjemnego, to jak mamy nagle odpuścić wszystko w łóżku i czuć dziką przyjemność? Zawsze mnie zaskakuje, jak niewiele kobiet robi coś tylko dla siebie. Jeśli już, to w trybie pragmatycznym: kupują lepszy kosmetyk, bo to jest do czegoś potrzebne – na przykład idą na służbową imprezę. To instrumentalne podejście, nastawione na zewnętrzną reakcję, a nie poznawanie siebie, swojego ciała. Okazuje się, że tolerancję na przyjemność mamy dosyć niską, ludzie czują się niekomfortowo, kiedy są dopieszczani.


Tolerancja na przyjemność – jak to brzmi!

Dlatego na początku pytam klientkę, jak ona traktuje inne przyjemności w życiu, takie pozaseksualne. I polecam trening przyjemności, związany z jedzeniem, ubieraniem się, zapachami, pójściem do kina, teatru, fajnej księgarni albo kawiarni z kimś bliskim. Proste przyjemności. A potem przekładamy to na masturbację: bo klientka musi wziąć odpowiedzialność w swoje ręce, dosłownie. Dla wielu kobiet to ogromny problem, takie zadanie z samomiłości. Mają dużo argumentów za tym, żeby się nie masturbować, bardzo dynamicznie potrafią tłumaczyć, dlaczego nie muszą tego robić. „Ja naprawdę tego nie potrzebuję! Nie lubię, nie chcę, nic tam nie czuję, nie daje mi to żadnej przyjemności”. A nawet nie próbowały. Tymczasem kiedy dotyka je partner, natychmiast coś czują!

Zalecam taki trening i różne zadania dookoła niego – o różnych porach, w ciemności, w jasnym świetle, przy muzyce albo w całkowitej ciszy, zmieniając oddech, krzycząc w trakcie, próbując różnych technik i dotykając różnych części ciała. Tam jest masa niuansów, które pokazują, że nie ma jednego trybu masturbacji. W kontekście kobiet, które nie doświadczyły orgazmu, mówi się, że nie znalazły jeszcze skutecznego sposobu stymulacji, więc muszą odkryć taki, który im najbardziej pasuje – mówię o wszystkich zmysłach. Niektóre dziewczyny są przebodźcowane i działa na nie tylko delikatna stymulacja. Inne potrzebują bardzo mocnych ruchów, delikatne mizianie w niczym nie pomoże.

Sekspozytywny alfabet by G’rls ROOM – S jak strefy erogenne u kobiet


I one naprawdę trenują masturbację w domu?

Tak. Na początku zwykle jest opór, więc rozmawiamy o relacji, w której one są. I wychodzi na przykład, że kobieta nie ma w domu miejsca na intymność, prywatność. Wszędzie dzieci, zwierzęta, po prostu nie ma gdzie się masturbować! Albo spędza 90% czasu w pracy. Zostaje jej 10%, więc wykorzysta go na spotkania z przyjaciółmi i najpotrzebniejsze rzeczy w stylu: lekarz, siłownia, zakupy, a nie na masturbację. Czasem wychodzi, że w związku jest kryzys albo przemoc. Ewentualnie nagle wyłania się mgliste wspomnienie, że partner po dwóch tygodniach związku przespał się z inną i ona co prawda deklaratywnie mu wybaczyła, ale tak naprawdę wciąż straszliwie ją to boli i nie umie się na niego otworzyć.

Niektóre kobiety w trakcie terapii przyprowadzają na któreś spotkanie swoich partnerów i jeśli o nich chodzi, to mam pozytywne obserwacje. Są zmotywowani, bardzo im zależy. Pytają, co mają robić, ale nie naciskają, nie tworzą presji. Niektórzy są skruszeni, mają poczucie winy, zastanawiają się, co z nimi nie tak, że nie potrafią kobiecie dać orgazmu. Albo przychodzą i mówią, że chcą pomóc jej się otworzyć, że widzą w niej zahamowania, ale jednocześnie potencjał na rozwój. Czasami ten orgazm nie jest celem sam w sobie, tylko oni chcą, żeby ona się otworzyła, lepiej poczuła, miała więcej przyjemności, próbowała różnych rzeczy. Bo cały ambaras, żeby para była mniej więcej tak samo aktywna, żeby nie było jakiejś katastrofalnej asymetrii. Dobrze też, jeśli mają podobną kreatywność. Jeśli tylko jedno chce próbować nowych rzeczy, a drugie kręci nosem i ciągle jest na nie, to raczej nic z tego nie będzie. Oboje będą sfrustrowani, tylko z różnych powodów.

Zauważyłam, że często zdarza się taki scenariusz: przez pierwsze miesiące związku robimy wszystko: ona jest dzika, on namiętny, mija pół roku, zaczynamy planować przyszłość i okazuje się, że właściwie zamiast miejsc publicznych wolę własne łóżko, i to w jednej pozycji, najlepiej pod kołdrą, raz na jakiś czas, byle nie za często. Nagle się okazuje, że partner nie wie, kim była jego partnerka przez ostatnie miesiące.


No tak, jest podejrzenie, że trochę aktorzyła.

Nawet nie, bo ona wcześniej naprawdę miała ochotę na eksperymenty! Tylko z czasem to się zmieniło. A potem nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak orientujemy się, że nie tylko nie ma orgazmów, ale nawet zwykłej przyjemności.

Z drugiej strony zawsze myślę: bez przesady. Według niektórych badań 70 procent kobiet ma problemy seksualne, zależy jaką metodą je zrobisz. Wystarczy, że zadasz pytanie – czy zdarzyło ci się podczas stosunku nie mieć orgazmu? Albo: czy bywa, że podczas stosunku czujesz ból? Która kobieta na oba pytania odpowie „nie”?

Kobietom ciągle się mówi, że muszą coś poprawić, że muszą w czymś być lepsze, powielany jest przymus ideału: nie dość, że masz być superefektywna w pracy, robić karierę i zadbać o dom, to dodatkowo masz pięknie wyglądać i być gotowa seksualnie. A jak już do tego seksu dochodzi, to masz mieć z niego przyjemność.


Zawsze.

Oczywiście fajnie, gdyby tak było. Ale to niemożliwe.


Odpowiada mi takie podejście, że orgazm czasem jest, czasem nie i nie ma co się spinać i za każdym razem omawiać, dlaczego tak się stało. Bez niego też może być przyjemnie.

Takie podejście możesz mieć, kiedy dobrze znasz swoje ciało i wiesz, że jeśli akurat nie ma orgazmu, to nie znaczy, że cały stosunek się nie liczy. Dlatego jeśli nie wykonasz tego wysiłku, żeby poznać swój potencjał, dowiedzieć się, co sprawia ci przyjemność, to łatwo o scenariusz zniknięcia orgazmu. I tyle.

Niestety wciąż popularniejszy jest model oddawania wszystkich swoich upodobań partnerowi. Pamiętasz Uciekającą pannę młodą? Dobry jest przykład jajecznicy – główna bohaterka, którą gra Julia Roberts, sama nie wie, jakie jajka lubi, więc kopiuje upodobania kulinarne kolejnych chłopaków. Z seksem tak samo. Rozumiem, że to jest dla kobiety wygodne, bo w takiej sytuacji ona właściwie nic nie musi, ale to wyklucza przecież satysfakcję, wolność. Takie myślenie często zakorzenione jest w przekazach z domu – jeśli matka powtarza, że kobieta nie powinna się wychylać, wychodzić przed szereg czy buntować się, że cały jej los i bezpieczeństwo zależy od faceta, to w sumie nic dziwnego, że ona się do niego przykleja i z nim frunie, nie mając pojęcia jaka jest. W końcu to on podejmuje wszystkie ważne decyzje, do tego jest wychowywany.

To bardzo trudna praca – zobaczyć, jak wiele obszarów w swoim życiu oddało się innym. Nie tylko partnerowi, ale też rodzicom albo własnym dzieciom. Temu zewnętrznemu Innemu, dla którego trzeba wszystko zrobić, żeby był szczęśliwy. Czyli przychodzi do mnie dorosła osoba, która nie ma osadzonego, stabilnego ja – metrykalnie jest dojrzała, ale w ogóle nie wie, jaka jest i czego chce. Więc musi zacząć poznawać siebie od podstaw. A seksualność jest tylko jednym z obszarów, bo ona nawet nie wie, co lubi robić w wolnym czasie.


Kiedy one do ciebie przychodzą?

Najczęściej po rozstaniu albo kiedy zaczynają nowy związek. Ewentualnie wtedy gdy partner stawia ultimatum: jeśli nie zmienimy czegoś w naszym życiu seksualnym, odchodzę. Możliwe też, że partner zaczyna zdradzać. Ona nie chce go stracić, porównuje się do innych albo fantazjuje na temat kobiet z filmów porno, które jej zdaniem on ogląda. I chce być taka jak one: ekstatyczna, podniecająca, głośna.


Nie jestem pewna, czy to uczciwe podejście – stawianie takiego ultimatum.

Czasami to jest jasna deklaracja, prosty komunikat – zadaję wtedy pytanie kobiecie, czy ona to robi dla siebie, czy dla niego. Bywa, że nikt nie musi stawiać ultimatum. Kobiety czują, że są nieuczciwe, udając orgazm, albo widzą, że partner się bardzo stara, a one nie mogą, albo nie chcą tego puścić, oddać kontroli, poczuć przyjemności.


Kiedy właściwie odkryto kobiecy orgazm?

Przed 2001 rokiem, kiedy Rosemary Basson opracowała nowy cykliczny model reakcji seksualnej kobiety, twierdzono, że orgazm kobiecy dokładnie tak, jak w schemacie męskim jest liniowy. I że jest ukoronowaniem seksu. Podniecenie narasta do szczytowego momentu, a potem następuje odprężenie. Basson pokazała, że to fatalne uproszczenie, że konsekwencją narastającego podniecenia jest satysfakcja seksualna, której nie musi wcale towarzyszyć orgazm.


Czyli on wcale nie musi być warunkiem przyjemności.

Ani żadnym celem, najważniejsze jest zadowolenie. Orgazm może się pojawić, ale nie jest konieczny, żeby kobieta czuła się świetnie w łóżku. Ciekawe jest też to, że orgazm u kobiet może wystąpić przed osiągnięciem maksymalnego podniecenia. Dodatkowo kobiety potrafią osiągnąć kilka orgazmów z rzędu i nie potrzebują określonego czasu na odpoczynek między nimi. Wręcz przeciwnie – po orgazmie mogą odczuwać jeszcze większe podniecenie. Znam dziewczyny, które wchodzą na pewien poziom podniecenia i potem jest już tylko bum bum bum – dochodzą wielokrotnie, nie mogą przestać!


Można orgazmy jakoś podzielić i nazwać? Jakie są rodzaje orgazmu?

Moje klientki opowiadają o różnych typach. Pierwszy to ten porównywany przez nie do stereotypowego orgazmu męskiego – po podnieceniu następuje rozładowanie. Drugi typ to orgazmy pogłębione – to bardzo silne doznanie fizyczne i psychiczne. Ktoś, kto je zna, wie, że aby je przeżyć, trzeba wejść w inny stan świadomości. To wymaga odprężenia – dobrze zacząć od pieszczenia łechtaczki, która warunkuje obrzmienie całego obszaru warg sromowych, okolic obszaru G wewnątrz pochwy, odbytu i zbudowania tak zwanej platformy orgazmicznej. Dzięki temu rozkosz zaczyna się rozlewać na całe ciało.

Sekspozytywny alfabet by G'rls ROOM - Ł jak łechtaczka. Czyli wszystko, co powinnyście wiedzieć o clitoris


Ciało staje się jedną wielką strefą erogenną.

To może być doświadczenie graniczne.


Brzmi lepiej niż orgazm wielokrotny.

Nie ma co stawiać na ilość, to bardzo męcząca fizycznie operacja. Orgazm pogłębiony to nie jest umiejętność przechodzenia z jednego orgazmu w drugi, tylko podnoszenie i rozprowadzanie energii seksualnej. To jakby uwalnianie całej rozkoszy ukrytej w ciele.

Czasem rozróżnia się orgazmy łechtaczkowe i pochwowe, ale to już lekko archaiczne kategorie, bo wiemy, że te drugie właściwie nie istnieją – za wszystko odpowiadają zakończenia nerwowe łechtaczki. Generalnie orgazmy bardziej zależą od tego, co w głowie niż od techniki stymulacji i obszaru, którego dotykamy.


A punkt G, A i strefa AFE?

Punkt G to cały obszar, o który ciągle trwa walka. Nie ma zgody wsród naukowców co do jego istnienia, nieustannie się go kwestionuje. W każdym razie nazywany jest strefą, bo to nie jest punkt, jakiś guzik, który można wcisnąć, tylko obszar, który nabrzmiewa, kiedy się go masuje i stymuluje. Jakby się miało lekko chropowate wybrzuszenie na przedniej ścianie pochwy, mniej więcej dwucentymetrowe.

Punkt A, albo strefa AFE, to obszar za punktem G, na przedniej ścianie pochwy, ale głębiej – tuż przy szyjce macicy. Pobudza się ją przy głębokiej penetracji.

Ciekawostka: dzięki celebracji obszaru G można uzyskać wytrysk. Deborah Sundahl, specjalistka od obszaru G mówi, że w starożytnych społeczeństwach naturalne było to, że kobiety ejakulowały. Tak jak mężczyźni ejakulują i potrafią oddzielić orgazm od wytrysku, tak robiły kobiety. Tylko że u mężczyzn to się połączyło, a u kobiet nie. Dlatego na nowo musimy się tego uczyć, żeby orgazm był połączony nie tylko z doznaniem całkowitego puszczenia, uwolnienia, rozprzężenia, ale też z wypuszczeniem naszych soków. Nie wiemy jednak, czy to prawda.


Przyjmuje się, że istnieją dwa rodzaje wytrysków?

Tak. Pierwszy wytrysk to lubrykacja na poziomie wstępnego podniecenia – przy erotycznym nastroju, flircie, sekstingu, pettingu, pocałunkach. Gdy kobieta jest pobudzona, nabłonek przy wejściu do pochwy obrzmiewa i przez setki małych przewodzików wydziela śliski, przejrzysty płyn. Wargi sromowe też posiadają gruczoły, które produkują śluz. Zadaniem lubrykacji jest ułatwienie stosunku seksualnego i ewentualnego zapłodnienia. Drugi to wytrysk z gruczołów przy cewce moczowej, który pojawia się w wyniku pobudzenia obszaru G.

Ale ważniejsze od opisywania punktów i stref jest moim zdaniem to, co powiedziała Basson – że kobieca motywacja do seksu dalece wykracza poza to, co nazywamy męskim pożądaniem. Według niej o tym, czy mamy ochotę na seks, czy nie, przede wszystkim decydują emocje. A orgazm nie jest doznaniem natury fizjologicznej, bo jego przeżywanie nasila u kobiet poczucie więzi, bliskości, intymności z partnerem.


Ale czy to nie jest stereotyp? Wszystkie opowieści o tym, że kobieta potrzebuje specjalnej atmosfery, klimatu? Że musi coś czuć do mężczyzny, z którym idzie do łóżka? Wydaje mi się, że niektóre dziewczyny po prostu lubią seks, i miłość czy nawet bliskość nie jest żadnym warunkiem orgazmu.

Z tego, co mówią moje klientki w gabinecie, wynika, że nie dla wszystkich to jest stereotyp. Oczywiście, różnie bywa – niektóre dziewczyny czują większe pożądanie, jeśli nie ma miłości, są najbardziej dzikie podczas romansów. Inne odwrotnie: mogą mieć seks tylko z kimś, kogo kochają.


Co jeszcze wpływa na orgazm?

Wiek, wykształcenie, status majątkowy – wszystko może na niego wpływać. Ale nie musi. Ważne, żeby kobieta zrezygnowała z kontroli i znała swoje ciało. I była w dobrej relacji, z mądrym partnerem albo partnerką. Orgazm bierze się z pożądania, a ono wymyka się takim kategoriom jak pieniądze czy liczba skończonych fakultetów. Wymyka się nawet osobowości.


Jak kobiety opisują swoje orgazmy?

Kiedy tylko zaczynają o nich mówić zmienia im się twarz, pojawia się na niej blask, świecą się oczy. Są wdzięczne, jeśli zdołały się ich nauczyć, i dziękują, chociaż mój udział w tym procesie był mikroskopijny. Każdy orgazm celebrują jak sukces, bo on je zbliża do partnerów, ale też dzięki nim dowiadują się dużo o sobie. Więc w momencie, kiedy zaczyna im się to udawać, jest wielka radość. A czasem mówią: I o to było tyle zachodu? Przyjemne, fajne, ale bez przesady!


Agata Loewe (na zdjęciu poniżej w obiektywie Michała Boreckiego) – psychoterapeutka, seksuolożka, założycielka Instytutu Pozytywnej Seksualności. Członkini Światowej Organizacji Zdrowia Seksualnego WAS. Od 2009 roku współpracuje z instytucjami działającymi na rzecz równości w zakresie płci i dostępu do praw seksualnych. Prowadzi prywatną praktykę, organizuje zajęcia dla osób, które chcą lepiej rozumieć swoją seksualność.

Wywiad ukazał się w książce Seksuolożki autorstwa Marty Szarejko wydanej nakładem wydawnictwa Znak Horyzont.