Antykoncepcja. Choroby przenoszone drogą płciową. Fizjologia seksu. To ważne zagadnienia edukacji seksualnej. Coraz częściej postuluje się jednak wprowadzenie do programów edukacyjnych kategorii przyjemności. Bo seks powinien być źródłem przyjemności. To dlaczego tak wiele osób wykłada się na rozumieniu, co ta przyjemność w seksie ma w ogóle oznaczać?

Problem numer 1: własna przyjemność jest nieważna

„Problemy z przyjemnością wynikają z tego, jak rozumiemy seks i jak rozumiemy płeć. Moi klienci, zarówno kobiety, jak i mężczyźni, potwierdzają, że uprawiają seks dla przyjemności fizycznej i bliskości emocjonalnej. To wszystkich łączy – mówi Agnieszka Szeżyńska, coachka, edukatorka seksualna i autorka wydanej niedawno książki «Warsztaty intymności». – Różnie jednak rozumiemy przyjemność fizyczną i to, kto tę przyjemność powinien mieć. Wielu mężczyzn mówi, że bardzo ważne dla nich jest to, żeby kobiecie było dobrze. Kobiety mówią, że noszą w sobie przekonanie, że to jemu ma być dobrze. Wydaje się, że chodzi o to samo? Właśnie nie, bo kobiety częściej hierarchizują swoją przyjemność. Zostały nauczone, że w pierwszej kolejności trzeba ją dać drugiej stronie, a dopiero potem można pomyśleć o sobie. Własną przyjemność z seksu kobiety ustawiają na niższym poziomie”. Takie myślenie jest oczywiście konsekwencją utrwalanych przez patriarchalny porządek stereotypów płciowych, obecnych również w sypialniach, tych heteronormatywnych. Bo kobieta nastawiona na budowanie relacji, przyzwyczajona do tego, że jej zadaniem jest opieka nad innymi, w seksie dba o cudzą przyjemność i minimalizuje własne potrzeby. A mężczyzna chce poczuć się wartościowy, w seksie szuka uznania, którego miarą jest jej zadowolenie (rozumiane jako widowiskowy orgazm). On inicjuje i bierze, ona ulega i daje. A potem oboje mają przerąbane, po równo.

Znaki zodiaku a dopasowanie w łóżku: Jak się zachowują poszczególne znaki zodiaku i z którymi seks będzie najlepszy? >>>

Problem numer 2: przyjemność ma wiele znaczeń

To nie tak, że dawno, dawno temu ludzie uprawiali zły seks. Gdyby tak było, ludzkość wyginęłaby już wieki temu, a na to biologia jest za sprytna. Odczuwanie fizycznej przyjemności ze stosunku seksualnego to taki bonus od natury, żeby ludziom się chciało. Żeby mieli motywację do nawiązywania relacji seksualnych, zapewniających przetrwanie gatunku. Dziś jednak rola seksu jest zupełnie inna, więc poszerzyła się także definicja seksualnej przyjemności. „Odchodzimy od reprodukcyjnego podejścia – wyjaśnia Agnieszka Szeżyńska. – Szeroki dostęp do antykoncepcji, przede wszystkim hormonalnej, uwolnił seks od przymusu rozmnażania się. Jest więcej przestrzeni, żeby o seksie myśleć właśnie w kategoriach przyjemności, a nie np. strachu przed niechcianą ciążą”. Dziś w przyjemności z seksu zawiera się np. konsensualność. Czyli przyjemny seks to taki, który wydarzył się za zgodą wszystkich zaangażowanych stron, a nie taki, który wymuszono. Dążenie do przyjemności wymaga świadomości własnych potrzeb i umiejętnego komunikowania tego, czego od seksu oczekujemy, ale również szacunku dla oczekiwań, temperamentu i granic drugiej strony. Edukacja seksualna oparta na przyjemności jest więc lekcją odpowiedzialnych relacji seksualnych, w które wchodzimy dobrowolnie, w których nikomu nie dzieje się krzywda, w których nie ma strony z monopolem na przyjemność. Bez podwójnych standardów, bez bajek o rycerzach i księżniczkach, bez mitów o napalonych histeryczkach.

Problem numer 3: wciąż wierzymy w mity

Jak pogodzić się z faktem, że średniowiecze odeszło i nie wróci? Choć ruch pozytywnej seksualności skutecznie zmienia myślenie o potrzebach seksualnych i przyjemności, daje kobietom prawo do jej egzekwowania i przeżywania, wciąż mierzymy się z mitami dotyczącymi kobiecej seksualności. A nieprawda radości szkodzi. „Nie minęło jeszcze wiele czasu, od kiedy kobiece pożądanie zostało społecznie rozpoznane. Jeszcze na przełomie XIX i XX w. kobieta pożądliwa była uznawana za chorą. Może nam się wydawać, że to zamierzchłe czasy, ale 120 lat w historii świata to nic, więc wciąż uwalniamy się od tamtej narracji, w której kobiecą pożądliwość traktowano jako dysfunkcję” – potwierdza Agnieszka Szeżyńska. W średniowieczu uważano na przykład, że orgazm jest konieczny, żeby mogło dojść do zapłodnienia. To przekonanie brało się z nieznajomości anatomii. Uważano, że żeńskie i męskie genitalia są takie same i tak samo działają, z tą różnicą, że kobieta ma swoje w środku, pochowane, a mężczyźnie wszystko dynda na wierzchu. Dziś z tej średniowiecznej wiary w związki orgazmu i poczęcia chętnie korzystają skrajnie prawicowi politycy i publicyści, odmawiający prawa do aborcji kobietom, które zaszły w ciążę w wyniku gwałtu. Bo skoro zaszła w ciążę, to znaczy, że miała orgazm. A skoro miała orgazm, to znaczy, że jej się podobało. A skoro się podobało, to znaczy, że nie był to gwałt. Spokojnie, na osoby posługujące się taką logiką czeka specjalne miejsce w piekle. W XIX w. z kolei uważano, że kobiece pożądanie to pierwszy objaw choroby psychicznej. Kobiety – żeby uchronić je przed popadnięciem w obłęd – poddawano różnym zabiegom medycznym, z masażem miednicy na czele. W osłupienie wprowadził ludzkość raport Alfreda Kinseya – to już lata 40. XX w. – z którego wyszło, że kobiety się masturbują ot tak, dla przyjemności. A 20 lat później duet badawczy Masters i Johnson (para, która była inspiracją dla świetnego serialu „Masters of Sex”) dowiódł, że źródłem kobiecej przyjemności nie musi być stymulacja waginalna, bo do orgazmu może kobietę doprowadzić również stymulacja łechtaczki. Tak, kobiecy orgazm to niezły rebus. Choć dziś już wiemy, że podczas penetracji osiąga go jakieś 20 proc. kobiet (niewiele), wciąż są kobiety, które udają, że go mają, albo kłamią, że miały, żeby nie urazić partnera. Jest też przeciwstawna frakcja. Tych, które wstydzą się tego, jak orgazm przeżywają, więc starają się hamować. Ten wątek został świetnie pokazany w serialu „Sex Education”. Dziewczyna za każdym razem, gdy szczytuje, zakrywa swojemu chłopakowi twarz poduszką. Robi to, bo uważa, że jej twarz w trakcie orgazmu wygląda nieatrakcyjnie. „To strach przed dopuszczeniem do głosu swojego wewnętrznego zwierzęcia – tłumaczy Agnieszka Szeżyńska. – Wolna ekspresja przyjemności cielesnej, która pojawia się podczas orgazmu, jest reakcją fizjologiczną. Krzyk, to, że ciało się wygina, że na twarzy pojawia się grymas – to wszystko jest naturalne. Gdy sobie pozwalamy na taką wolną ekspresję, uwalniamy zwierzę, które w nas siedzi. Cywilizacja z kolei przeciwstawia się zwierzęcości. Mówi, że jeśli chcemy być ładni, grzeczni i fajni, to nie możemy zachowywać się jak zwierzęta”. Nie da się przeżywać przyjemności na włączonym hamulcu.

 

Problem numer 4: mylimy przyjemność z orgazmem

Jak uprawiać seks, żeby brak orgazmu nie wykluczał przyjemności? Seks musi zakończyć się spektakularnym finałem, żeby uznać go za dobry? Tak ci się tylko wydaje. Okej, tak wydaje się większości. Bo wciąż bardzo wiele osób utożsamia przyjemność wyłącznie z orgazmem. Był – ekstra, nie było – coś poszło nie tak. A co w sytuacjach, gdy czasem orgazmu nie ma? Czasem, bo nie mówimy o przypadkach kobiet, które nie mają orgazmów w ogóle. Czy seks, który nie kończy się orgazmem, wciąż może być przyjemny? Albo inaczej: czy utożsamianie przyjemności z orgazmem może odbierać przyjemność z seksu? „Jeden z moich ulubionych mitów to ten, że seks bez orgazmu jest nieudany. Bzdura. Seks bez orgazmu jest aktem seksualnym, a o tym, czy on nam się podoba, czy nie, decydujemy my – tłumaczyła terapeutka Marta Niedźwiecka w jednym z odcinków swojego podcastu «O zmierzchu» (odcinek «OM jak OrgazMMM», dostępny m.in. w Spotify). – Orgazm może się zdarzyć, ale nie musi. To powszechne ciśnienie, żeby kwitować każdy stosunek seksualny najbardziej odlotowym orgazmem, wydaje mi się straszną patologią i sprowadzaniem tego bardzo głębokiego i bardzo zróżnicowanego doświadczenia prawie że do mechaniki płynów. Orgazmy są super, ale ciśnienie na ich osiąganie wcale nie jest super. Jeżeli to, że szczytujesz, jest dla ciebie konieczne, żeby czuć zadowolenie, albo to, że druga strona szczytuje, jest dowodem na twoją sprawczość, to znaczy, że dzieje się coś trudnego, trzeba iść do kącika i się nad sobą zadumać”. Co w takim razie może być źródłem przyjemności w seksie, który nie kończy się orgazmem? To samo, co w tym, który się nim kończy. Dotyk, poczucie bliskości, poczucie bezpieczeństwa, świadomość pogłębiania więzi – co kto lubi i czego potrzebuje. To jak zawsze mieć przyjemność z seksu? Wystarczy, że będziesz go uprawiać wtedy, kiedy chcesz, z kimś, z kim chcesz, i tak, jak chcesz.

Świadomość własnego ciała to podstawa

To ćwiczenie pomoże ci ją rozwijać.

Połóż się wygodnie i zamknij oczy. Przeskanuj w myślach swoje ciało. Skup się na palcach u stóp, stopach, kostkach. Poruszaj nimi, sprawdź, jak się czują. Idź w górę ciała, starając się poczuć po kolei każdą jego część: łydki, kolana, uda, genitalia, biodra, tułów, ramiona, ręce, dłonie, szyję, głowę, twarz. Zaciskaj mięśnie, przeciągaj się, uaktywniaj różne partie swojego ciała. Obserwuj jego reakcje. Usłysz to, co chce ci powiedzieć. Podziękuj mu w myślach za to, że cię nosi, że pozwala ci iść przez świat, doświadczać tego, co jest wokół, i odczuwać przyjemność. Zapisz swoje wnioski z waszego spotkania.

Ćwiczenie pochodzi z książki „Warsztaty intymności”

Kreatywność też się przyda

To zadanie pomoże ci urozmaicić swoje życie seksualne na co dzień.

Stwórz „słój erotycznych pomysłów”. Wrzucaj do niego zapisane na małych karteczkach aktywności seksualne, które lubisz, i te, których chcesz spróbować. Gdy nadarzy się okazja, wylosuj ze słoja aktywność i zaproponuj partnerowi/partnerce wprowadzenie jej w życie.

Ćwiczenie pochodzi z książki „Warsztaty intymności”

„Warsztaty intymności” - teoria i ćwiczenia. Książka Agnieszki Szerzyńskiej to skuteczny trening rozwoju seksualności. Dla każdego.